Legion Durnia Białego – suplement

Zacytujmy się wzajemnie

Z tej okazji pozwolę sobie przypomnieć własny tekst z 2011 r. (opublikowany pod sam koniec istnienia poprzedniej wersji portalu Konserwatyzm.pl) nie tyle by się pochwalić, że przewidywania i ostrzeżenia okazały się trafne, a – jak to w Polsce – co mogło pójść źle w tej sprawie, to poszło. Teraz bowiem, skoro (też jak zwykle) prewencja nie poskutkowała – ważniejsze jeszcze jest to co można zrobić, by ukręcić w końcu łeb potworkowi używanemu do szczucia na Polskę i Polaków.

Jak to w internecie bowiem – słowo stało się ciałem, a w każdym razie zdjęciem, linkiem, cytatem, słowem z każdą chwilą nabiera cech źródła historycznego, a tym samym użytecznego narzędzia polityki. Zastanawiająco obfite żniwo zbiera zasygnalizowana już w starym tekście metoda „ja zacytuję tego pana który mnie cytował” czyniąca z internetu nie tylko ocean informacji, ale i zatrutą studnię dezinformacji.

Na rympał

Pierwszy nawrót historyjki o „polskim SS” sprzed pięciu laty – wygląda z dzisiejszej perspektywy jak test. Oto z jedynej opowiastki i fałszywki z rzekomą „naszywką legionistów” (będącą w istocie… znakiem formacji wchodzącej w skład Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie) – doszliśmy już do rozbudowanej legendy, ubranej nawet we… własną stronę internetową. A przecież co ma własną stronę www – istnieje lub przynajmniej istnieć powinno, poza siecią bowiem nie ma niczego! Stronka o rzekomym „Legionie” już wprost eksploatuje ten mit, bez żenady fałszuje podpisy pod kradzione z netu zdjęcia, maluje loga i znaki, pisze życiorysy. Jej twórcy muszą mieć pełną świadomość kłamstwa, które kolportują – tymczasem okazuje się, że tak dalece posunięta bezczelność daje znakomite i zapewne oczekiwane wyniki.

Działa bowiem jeden z najprostszych, a jednocześnie najskuteczniejszych wytrychów do ludzkich umysłów: zasada „no przecież coś w tym musi być, przecież nie mogliby tak wszystkiego wymyślić!” – znana dobrze z tak wielu innych sfer życia, nie tylko zresztą publicznego. Tak jak twórcom reklam znudziło się już wymyślać jakieś cudowne enzymy dodawane do proszków i kremów, więc mówią już wprost o zawartych w nich „kapsułkach szczęścia”, jak najbrzydszy nawet facet wyrwie najlepszą laskę z dyskoteki jeśli tylko się nie zawaha – tak przeciętny umysł niemal zawsze ustąpi przed nieograniczoną w istocie siłą pewności siebie. Odpowiednio bezczelne, pozbawione wahań kłamstwa rozbraja najbardziej nieufnych. „No nie wiem…” – myślą sobie. „Nie interesowałem się bliżej… nie czytałem o tym wszystkiego… Na pewno jeśli ktoś coś mówi/pisze, to wie co mówi…” – następuje ucieczka pod osłonę przyjmowanego z góry autorytetu, która zwalnia od wątpliwości, chęci weryfikacji, a czasem nawet zwykłego zdrowego rozsądku.

Współcześni ochotnicy do SS

Metoda ta jest stosowana z powodzeniem, jak wspomniano, w wielu aspektach życia i warto z ręką na sercu zastanowić się ile razy jej ulegliśmy prywatnie, dokonując zakupów, czy wyborów politycznych. W przypadku rzekomego „Legionu Orła Białego” sprawa jest jednak o tyle poważna, że nie chodzi tylko o głupi żartem, czy przykład pseudo-nauki, hoax na miarę „człowieka z Piltdown – ale o antypolską prowokację. Mamy już konkretne przykłady, że nie są to bynajmniej ostrzeżenia na wyrost. Polacy bywają już wymieniani wśród nacji idących u boku Hitlera na ZSSR (co na Wschodzie prostował polski głos w Donbasie, red. Dawid Hudziec). Fałszywkę z radością podchwytują też zawodowi tropiciele „polskiego antysemityzmu”. Wymyślone „polskie SS” zaczyna łączyć się z wygłaszanymi z powagą i autorytatywnie tezami o „przegranej przez Polskę II wojnie światowej”, czy z płaczem historycznych ignorantów nad niedoszłym sojuszem z Hitlerem. A wszystko to zmieszane razem bardzo podoba się co najmniej czterem ośrodkom: po pierwsze żydowskim, zainteresowanym przypisaniem Polsce winy za holocaust; po drugie niemieckim – chcącym winę tę rozproszyć i zdjąć z siebie; po trzecie tym zachodnio- i środkowo-europejskim, które faktycznie dziedziczą bagaż kolaboracji, przegranej wojny i udziału w ludobójstwie i chętnie by się nim podzieliły i po czwarte tym rosyjskim, które mają już dość pisków polskiej myszy i z przyjemnością spełniłyby płynące znad Wisły prośby o uznanie Polski państwem historycznie wrogim i skłonnym w imię tej wrogości nawet do nazizmu.

Kolportowanie bajki o „Legionie Orła Białego” nie jest więc ani dowodem nonkonformizmu, ani dobrym żartem, ani nawet dowodem skrajnie posuniętego patriotyzmu na nutę konsekwentnie antykomunistyczną – tylko po prostu działaniem na szkodę Polski i na rzecz tych wrogich, antypolskich ośrodków. I jako takie winno być ukrócane i tępione.

Konrad Rękas

“Legion Durnia Białego”

W roku 1973 Marsjanie niepostrzeżenie inwigilując ziemię przełamali swoją początkową niechęć i wyrazili zgodę na rekrutację Polaków do specjalnego oddziału Zielonego Orła. Niestety, rząd wszystko zatuszował…

Podczas inwazji na Ziemię Marsjanie zdobywali stopniowo sojuszników wśród różnych ras i nacji, najwięcej sceptycyzmu zachowując wobec Słowian, bowiem sami takich ilości spirytusu używali wyłącznie do przezwajania protonowych silników swych gwiazdolotów. Ostatecznie jednak ujrzawszy, że po przyjęciu pewnych dawek rasa (uważana dotąd za niższą) w końcu zielenieje – podczas spotkania na księżycu Vegi, 16 kwietnia 1973r., mniej więcej w porze herbatki – wicehubergruber inwazji na Ziemię XCGSVhuag-26 podjął tajną decyzję o sformowaniu z ochotników pierwszego zaciągu polskich sojuszników Marsa, pod nazwą Legion Zielonego Orła. Świadczy o tym relacja Czesława Trąbki, wioskowego głupka ze wsi Dobrośladów, który widział pierwszy obóz treningowy legionistów. „Jechałem z remizy i jakoś zdrzemnęło mi się, budzę, patrzę, a tu obóz pikny, gontem kryty, na nim orzeł zielony wisi i nasi jak z kosmosu wycięci…” – opisywał wiele lat później pan Czesław. Jego relację potwierdza również opinia Euzebiusza Grzdyla ze wsi Małowiele, który kiedyś słyszał, jak miejscowy sołtys mówił, że też chciałby dołączyć do zielonych. Na podstawie tych dwóch wyczerpujących zeznań udało nam się odtworzyć wzór munduru, sztandaru, medalu za odwagę oraz szlak bojowy Zielonych Legionistów. Niestety, chwilowo nie możemy przedstawić innych dowodów, ponieważ z pewnością zostały one ukryte i zniszczone przez przeciwników idei sojuszu polsko-marsjańskiego.

Brzmi znajomo?…

Wielu – zwłaszcza młodych – sympatyków idei narodowych (a w szczególności narodowo-radykalnych) głęboko żałuje, że nie nigdy nie istniało polskie Waffen-SS, że nie można świętować polskiego braterstwa broni z Wehrmachtem i że zostaje tylko sączenie koniaku za chłopców z Charlemagne. Nie mamy w tym przypadku zresztą do czynienia z resentymentami nazistowskimi – ale najczęściej z miszmaszem „antykomunizmu” i nonkonformizmu, w połączeniu ze skrajnym estetyzmem. Po prostu chłopcy spod znaku hackenkreuza byli „ładni” – mieli fajnie skrojone mundury (już 40 lat temu polskie dziewczyny kochały się w tak ubranym Klossie…), byli „twardzi i nie kucali”, a teraz „te żydki z telewizji źle o nich mówią, więc musieli być fajni”.

Sympatie te (czy raczej odruchy) budziły dotąd co najwyżej uśmiech lub wzruszenie ramion. Ulegający im chłopcy (niezależnie od wieku) wydawali się bowiem mieć raczej niewielkie szanse na nadrobienie historycznego błędu i wstąpienie do Waffen-SS. Zostawał im więc wspomniany koniak, lub pisywanie sentymentalnych tyrad gdzie kto zatykał „sztandary Imperium Europejskiego ze swastyką” i czy były one realne, czy wirtualne.

Sytuacja uległa zmianie dzięki powszechnej dostępności do informacji, co równa się w zasadzie łatwości dezinformacji. Wystarczył jeden artykuł, zamieszczony w ważnym, ale nastawionym w dużej mierze na radosną twórczość własną i szukanie paradoksów, magazynie „Inne Oblicza Historii”, nr 02-03/2007 oraz znany w wersji niemieckojęzycznej tekst Jerzego Kochanowskiego „Polen in die Wehrmacht. Zu einem wenig erforschten Aspekt der nationalsozialistischen Besatzungspolitik 1939-1945. Eine Problemskizze. ” – by nagle własnym życiem zaczął żyć „Legion Orła Białego”, rzekoma polska formacja zbrojna powstała pod koniec II wojny światowej u boku Niemiec.

Podstawą do sformułowania teorii o jej istnieniu (jakkolwiek by to zabawnie nie brzmiało) jest JEDNA i to niejednoznaczna relacja Polaka z Radomia, wsparta szeregiem nieporozumień, najczęściej językowych: a to ktoś nie wie, że Polnischer Baudienst im Generalgouvernement oznacza naszych robotników z GG, a to dorabia się legendę do decyzji Hitlera z 23 października 1944r., kiedy to fuehrer na ponowny wniosek Himmlera i Franka zgodził się na wciągniecie Polaków do formacji pomocniczych HIWI na zasadach uregulowanych w Bestimmungen z 20 kwietnia 1944 itd. Do tego dochodzą zwyczajne mistyfikacje, jak pokazywanie naszywki Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich jako cudownie odnalezionego znaku „Legionu” itp. Zwłaszcza na narodowych forach dyskusyjnych trwa w najlepsza analiza motywów wstępujących do tej formacji, ocenia się jej “działania” w kontekście całokształtu polityki III Rzeszy wobec narodów wschodnich – słowem traktuje się istnienie „Legionu” jako dowiedziony fakt w sytuacji, gdy cała ta historyjka powinna być obalona na poziomie warsztatu historycznego dostępnego uczniowi szkoły podstawowej.

III Rzesza była państwem na wskroś biurokratycznym. Istnienie zjawiska tak kabaretowego, jak kilkunastoosobowy Brytyjski Wolny Korpus jest szeroko udokumentowane od zapisów dotyczących jego powstania, przez rekrutację, utrzymanie, kary porządkowe i skłonności seksualne i żywieniowe zwerbowanych. Tymczasem zdaniem fanów „LOB” w środku tego całej biurokratycznej machiny miała funkcjonować licząca kilkuset ochotników formacja, po której ślad wszelki zaginął.

Dlaczego jednak warto zajmować się tym dość ewidentnym przypadkiem historical fiction? Powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze propagandowy – historia o „LOB” powielana na kolejnych stronach internetowych bez komentarza, że mamy do czynienia z czymś, co nawet nie jest hipotezą naukową – stanowi znakomitą pożywkę dla obrońców „polskich obozów koncentracyjnych”, polskiej współodpowiedzialności za holocaust itd. Wystarczy, że pisząc o naszym współdziałaniu z Hitlerem wskażą źródło swych rewelacji: rodzime dobroduszne portale N-R-owskie zachwycające się wymyślonymi chłopcami od orła i swastyki.

Kolejny aspekt to problem edukacji. Bezkrytyczne użytkowanie internetu, w tym zwłaszcza Wikipedii – zastąpiło nie tylko opracowania książkowe, ale doprowadziło także do zaniku zrozumienia czym jest źródło w znaczeniu historycznym i szerzej naukowym. „Źródłem” w rozumieniu potocznym jest już niemal wyłącznie tworzona ochotniczo Wiki, a nie oryginalny dokument, czy zeznanie świadka poddane odpowiedniej weryfikacji. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdy dla upowszechnienia kłamstwa nie jest konieczne dokonywanie setek ingerencji w różne zasoby archiwalne – a wystarczy napisanie mającego znamiona wiarygodności artykułu do jednego zbioru.

Za przykład jak bardzo kreuje się przy tym rzeczywistość. niech posłuży nie najbardziej znana historia „Batuty”, ale przypadek Ryszarda Filipskiego, popularnego aktora o narodowych przekonaniach. Od lat w jego biogramie na Wikipedii figuruje nieprawdziwa informacja, że w 1993r. startował do Sejmu w barwach Samoobrony. Mimo wielokrotnego dementi ze strony artysty – twórcy wpisu bazowali na jednym artykule sprzed 18 lat, zamieszczonym na łamach „Rzeczypospolitej”, którego ilustrowała mapka z nazwiskiem Filipskiego jako kandydata partii Leppera z Zamojszczyzny. Rzeczywiście, popularny „Hubal” był namawiany do udziału w wyborach, ale ostatecznie nie zdecydował się na ten krok – ktoś jednak ten nieszczęsny tekst z „Rzepy” zapamiętał i z czasem wrzucił na Wiki. Nic nie pomagało – ani odwołanie do książkowych publikacji PKW zawierających dane wszystkich kandydatów, ani przywołanie w dyskusji kompletnej listy startujących z okręgu zamojskiego. Autorzy biogramu upierali się, że informacja jest prawdziwa, a potwierdzenie jej („źródło”) znajduje się gdzieś na stronie Samoobrony. No i z czasem faktycznie się znalazło – w jakimś tekście ktoś od Leppera napisał o starcie Filipskiego jako o fakcie, powołując się na Wikipedię. Wikipedia szybko zaś powołała się w przypisie na ten artykuł. Koło się zamknęło, słowo stało się ciałem. Teraz już „źródło” znalazło swe oczywiste potwierdzenie.

W ten sam sposób za chwilę „Legion Białego Orła” naprawdę stanie się faktem, otorbiając wzajemnie potwierdzającymi się stronami i artykułami. Nie wątpię, że z czasem znajdzie się w nich coraz więcej szczegółów, a np. piszący pod takim tekstem komentarz użytkownik o nicku „Wolf” już dwie publikacje dalej awansuje do cytowanego jako „źródło” „sturmbannfuehrera Wolfa z Kwatery Głównej SS”. Kłamstwo stanie się czymś niebezpiecznie zbliżonym do prawdy, wywołując dwa zasadnicze negatywne skutki: dając pożywkę antypolskiej propagandzie i przedsiębiorstwu holokaust oraz oduczając młodych adeptów idei narodowej krytycznego myślenia i naukowego podejścia do źródeł.

Konrad Rękas

Pierwszy raz opublikowane na Konserwatyzm.pl, 2. kwietnia 2011 r.

[Głosów:2    Średnia:3.5/5]
Facebook

2 thoughts on “Legion Durnia Białego – suplement”

  1. najlepiej zamknąc strony piszące o rzekom istniejacy de facto Waffen SS polskim albo dużej ilości policji i milicji CWILNYCH,WOJSKOWYCH CZY ARAMILITARNYCH polskich i rzekomo wielu(niewielu ) ślązakach i KaszuBach w Waffen SS i wielu(mało) policjach cywilnych,Wermachtowych i cywilno=wojskowych oraz bardzo wielu (niezbyt wielu ale trochę milicJACH wojskowych cywilnych i pEAMILITARNYCH TAKŻEZE śLĄSKA I kASZUB ZAMKNĄC TE PORTALE I TYLE…………

  2. z TYMIŻ W wAFFEN SS pOLAKÓW PRAWIE NIE BYLO(NIE BYŁO ZWYKŁYYCH BYLY PLANY STWORENIA)A pOLAKÓW NIEMIECKIEGO POCHODZENIA BYŁO KILKUDZIESIŚĘCIU NAJWYZEJ CO NAJWYZEJ W MILICJACH I POLICJACH cYWILNYCH I wOJSKOWYCH I MIESZANYCH BYŁO WIECEJ GLÓWNIE sLAZAKOW

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *