Legitymizacja to nie legalizacja

No i znów mamy do czynienia w Polsce z burzą wokół tzw. legalizacji związków partnerskich. Kolejny raz też możemy wysłuchać tych samych argumentów zwolenników i przeciwników owego prawa. Warto więc przy tej okazji sprostować kilka z najczęściej powtarzanych sloganów i haseł obu stron tego sporu.

  1. Zwolennicy wprowadzenia do polskiego ustawodawstwa instytucji „związków partnerskich” ciągle posługują się zwrotami w stylu: „Legalizacja„, „trzeba uszanować wolność i godność ludzi żyjących w ten sposób„, etc. Takie sformułowania są jednak semantycznym nadużyciem, gdyż sugerują, iż na chwilę obecną w Polsce heteroseksualne konkubinaty i homoseksualizm są prawnie zakazane (czyli „nielegalne”) albo nawet karalne. A coś takiego jest oczywistą nieprawdą. W naszym kraju od dziesiątek lat (niestety) nie ma już praw, które zakazywały lub karały praktykowanie pozamałżeńskich kontaktów erotycznych (tak hetero, jak i homoseksualnych). Nie można nawet mówić, byśmy mieli w Polsce do czynienia z formalną nielegalnością owych czynów przy jednoczesnej ich dekryminalizacji, a więc stanem, w którym prawo co prawda oficjalnie czegoś zakazuje, ale jednocześnie nie przewiduje sankcji karnych za naruszenie danego prawa. Wprost przeciwnie rozmaite nie-małżeńskie związki seksualne są w Polsce nie tylko legalne, ale nawet mogą być propagowane i reklamowane w przestrzeni publicznej. Oprócz prawnego zakazu kazirodztwa, zoofilii i molestowania nieletnich, polskie prawodawstwo nie zabrania ani też nie przewiduje żadnych sankcji karnych za dobrowolne, acz niemoralne relacje seksualne. W naszym państwie prawnie zakazana nie jest nawet poligamia i bigamia – coś takiego jest karalne jedynie wówczas, gdy współistnieje już z zawartym w obliczu prawa małżeństwem). Na płaszczyźnie prawnej nie tylko, że czynny homoseksualizm jako taki jest legalny, ale nie istnieją tu żadne rozróżnienia , które w choćby nieśmiały sposób dawałyby społeczeństwu sygnał, iż coś jest z sodomią nie tak (np. wiek od którego legalna staje się aktywność seksualna jest taki dla kontaktów hetero, jak i homo; nie ma zakazu homoseksualnej prostytucji, etc.). Co więcej, homoseksualizm zdążył się już w naszym kraju zyskać pewne (na razie skromne) oznaki specjalnej ochrony prawnej w postaci wprowadzenia do kodeksu pracy klauzuli zakazującej tzw. dyskryminacji ze względu orientację seksualną. W sferze zaś praktycznej (choć jeszcze nieprawnej).

    Mówienie zatem w kontekście batalii o związki partnerskie o „legalizacji„, „walce o wolność i godność” jest w najlepszym wypadku niezrozumieniem używanych pojęć, a w najgorszym zwykłą demagogią mającą wprowadzać opinię publiczną w błąd.

  2. Instytucja związków partnerskich nie jest zatem legalizacją hetero lub homoseksualnych konkubinatów, ale stanowi ich prawną legitymizację. Państwo w ten sposób nie tyle by czyniło legalnymi i bezkarnymi takowe związki, ale by je nagradzało i do nich zachęcało, dając im dodatkowe uprawnienia i przywileje. W ten sposób rządzący dają znak społeczeństwu, iż takie związki są przez nie popierane i pożądane.

  3. Także w narracji przeciwników instytucji związków partnerskich pojawiają się nieraz wypowiedzi błędne albo co najmniej dwuznaczne. Pomijając już to, że idąc w ślad za poplecznikami owego pomysłu również oni nieraz mylą pojęcie legitymizacji z legalizacją, to jednym z tego przykładów jest zarzekanie się słowami: „Jak ktoś chce współżyć homoseksualnie, to nam nic do tego, ale sprzeciwiamy się temu, by państwo swym autorytetem coś takiego sankcjonowało„. Takie stawianie sprawy jest jednak również błędne. Rządzący oczywiście mają prawo dla osiągnięcia większego dobra bądź uniknięcia większego zła, tolerować pewne niemoralne i zarazem wydatnie szkodliwe społecznie zachowania w sferze seksualnej (a czymś takim są np. homoseksualizm, nierząd, cudzołóstwo czy prostytucja). Ale to wcale nie znaczy, że z samej zasady owe nieprawości choćby i były dokonywane tylko prywatnie, mają być wyjęte spod prawnych zakaz, restrykcji i kar. Otóż nie. Władze cywilne mają obowiązek w różny sposób sygnalizować społeczeństwu, iż niemoralność seksualna nie jest przez nie mile widziana. Nie zawsze musi to odbywać się na drodze jawnych represji, ale gdy roztropność na to pozwala, również i takowe powinny być zaangażowane w zwalczanie i ograniczanie przed i pozamałżeńskiego seksu. Takie jest zresztą nauczanie katolickie i taki przykład dali nam świątobliwi oraz oddani Bogu władcy, jak np. św. Ludwik IX, który polecał, by karać grzechy nieczystości albo Bolesław Chrobry represjonujący winnych cudzołóstwa za pomocą przybijania ich genitaliów do poręczy grodowego mostu (to ostatnie było zresztą zbyt drastyczną karą). Tradycyjnie zresztą przez wiele wieków w krajach cywilizacji chrześcijańskiej rządzący zakazywali prawnie wielu z dobrowolnych, acz niemoralnych relacji erotycznych.                                 

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Legitymizacja to nie legalizacja”

  1. Kiedy Bolesław Chrobry gwałcił kijewską księżniczkę, to wysyłał jasny sygnał „zaangażowania w zwalczanie i ograniczanie przed i pozamałżeńskiego seksu.” No i dał wyraz swojej świątobliwości.

  2. Dobry tekst i słuszny pojazd po frondzikach i temu podobnych „katolickich” głosach w debacie publicznej. A Pan {soball} chyba pomylił sobie adres z nowaprawica.org.pl

  3. @Thorvald Zapoznawanie się z poglądami prawicowej ekstremy bywa interesujące, dlatego też zaglądam tutaj w wolnych chwilach, a niedawno postanowiłem również zabierać głos. Pisząc o totalniactwie miałem na myśli oczywiście wyrażony przez autora sprzeciw wobec legalizacji. Teksty takie jak komentowany doskonale pokazują dlaczego wygrywa demoliberalizm, a katolicka „alternatywa” nie jest żadną alternatywą. Po prostu państwo katolickie ze względu na swoją niesłychaną butę i brak szacunku dla prywatności ludzi represjonowałoby znacznie więcej Polaków niż stalinowski PRL.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.