Lewicki: Kogo się trzeba bać w Niemczech?

Już tam politycy i usłużne im media wiedzą najlepiej kogo się trzeba bać i z grubsza ich przekaz jest stabilny i wyraża się w tym, że bać się trzeba ich politycznych konkurentów, za którymi stoją oczywiście ciemne siły zewnętrzne, spośród których najczęściej wymienia się oczywiście Rosję i Putina. Putin jest dla takiego schematu wyjątkowo przydatny, gdyż wróg powinien być osobowy bo wtedy jest najbardziej przekonujący, najlepiej wpływa na wyobraźnię. Od dawna wiedzą już o tym nawet twórcy bajek dla dzieci.
Tymczasem ostatnio pojawiają się informacje, które mogą zakłócić  ten stabilny obraz. Oto, jakiś tydzień temu, w dzienniku Rzeczpospolita pojawił się wywiad z publicystą i pisarzem z Erfurtu – Sergejem Lochthofenem.  Już sam tytuł szokuje: „AfD ma być wielka. Zalecałbym Polakom fortyfikowanie granicy na Odrze i Nysie”. Mogłoby się wydawać, że taki tytuł jest tylko próbą przyciągnięcia uwagi, ale tak nie jest i pan Lochthofen zupełnie na poważnie straszy nas możliwym rozwojem sytuacji w Niemczech. Według niego politycy AfD nie mówią otwarcie o odebraniu Polsce terytorium, ale za kulisami – już tak. Część z nich pochodzi z rodzin wysiedlonych po drugiej wojnie światowej z dzisiejszej Polski. Dogadywanie się z Rosją AFD ma mieć w swoim DNA, ale na razie mówi tylko o potrzebie wznowienia działania rurociągu Nord Stream 2. Jednak jak przejmą władzę, to pojawi się chęć podzielenia się Polską z Rosjanami.
Trzeba przyznać, że nie tylko AfD ma w swoim DNA dogadywanie się z Rosją – domyślenie kosztem Polski. Mają tak prawie wszystkie niemieckie partie, za wyjątkiem może Zielonych. Choć i z nimi to jest pewnie tak, jak z tym prokuratorem z powieści Gogola Martwe Dusze: „Jeden tam tylko jest porządny człowiek – prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia” . Czy mamy zatem już dziś zabierać się za „fortyfikowanie granicy na Odrze i Nysie”? Tak naprawdę to umacnianie tej granicy, dbanie o jej polityczne powszechne uznanie, zawsze, od samego końca wojny, od roku 1945, było głównym zadaniem polskiej polityki.
I wydawało się, że poprzez układ z RFN z roku 1970 ta sprawa została załatwiona. Jednak prawie dwadzieścia lat potem okazało się, że ona znowu jest aktualna i trzeba było to potwierdzić w Traktacie „dwa plus cztery”, podpisanym w Moskwie w dniu 12 września 1990 roku, którego oficjalna nazwa brzmiała: ”Traktat o ostatecznym uregulowaniu w odniesieniu do Niemiec (Vertrag über die bschließende Regelung in Bezug auf Deutschland)”.  A teraz od tego traktatowego „ostatecznego uregulowania” upłynęło kolejne 36 lat i może okazać  się, że nie było ono takie całkiem „ostateczne”,  i że trzeba będzie budować fortyfikacje na granicy.
Tu oczywiście znajdą się tacy, co stwierdzą, że takie rozwiązanie jest niemożliwe, gdyż zarówno Niemcy jak i Polską należą do paktu NATO, a zatem konfrontacja zbrojna między nimi nie jest możliwa. Mogłoby się wydawać, że teoretycznie tak jest, ale aby przekonać się o mankamentach takiego myślenia wystarczy przytoczyć przykład Grecji i Turcji. Oba te państwa należą do NATO, nawet dłużej niż Polska i Niemcy, a jednak nikt trzeźwo myślący nie będzie zaprzeczał, że Grecja zbroi się tylko przeciw Turcji, zaś stosunki między tymi państwami wielokrotnie balansowały na krawędzi otwartego konfliktu. Jeśli tam jest możliwa wojna i obie strony się do niej przygotowują to dlaczego konflikt zbrojny miedzy Niemcami i Polską ma być wykluczony?
Co więcej, znalazłem ostatnio, na popularnym portalu militarnym Binkov’s Battlegrounds, analizę przedstawiającą możliwy wynik takiej wojny miedzy Polską i Niemcami (Poland vs Germany: Who’d win a war in 2029?), która miałby miejsce w roku 2029. Po przeanalizowaniu sił obu państw konkluzja jest taka, że Niemcy powinny wygrać w przedłużającym się konflikcie, ale Polska też nie jest bez szans i naszą realistyczną drogą do zwycięstwa powinna być szybka i głęboka ofensywa wymuszająca na Niemcach kapitulację.
Dzisiaj sama możliwości otwartego konfliktu miedzy Niemcami i Polską wydaje się czymś absurdalnym, ale nie należy zapominać, że jeszcze podczas trwania ostatniej wojny, w kwietniu 1945 roku, Anglicy planowali przyszłą wojnę przeciwko ZSRR, swemu ówczesnemu sojusznikowi, i nadali tej operacji kryptonim „Unthinkable” (ang. „operacja Nie Do Pomyślenia”). A jednak to co nastąpiło potem, czyli cała Zimna Wojna, było tylko prostym rozwinięciem tej koncepcji. Dziś taka wyobrażona wojna niemiecko-polska też jest, na razie, „unthinkable”.
Wracając zaś to tego co realnie dzieje się w Niemczech, trzeba zauważyć także inne procesy polityczne, niż tylko wzrost AfD. Generalnie następuje tam trwała polaryzacja sceny politycznej i umacnianie się AfD na jednym jej biegunie, zaś skrajnej lewicy, takiej nawet nie odcinającej się od Lenina i Stalina, na przeciwnym biegunie. Niedawny sondaż znanej niemieckiej firmy zajmującej się badaniem opinii publicznej INSA wskazuje, że aż 42 proc. Niemców wolałaby żyć w kraju socjalistycznym niż kapitalistycznym. Już bardzo niewiele brakuje tu do większości. Wynika z tego, że Niemcy nie tyle brunatnieją, co stają się coraz bardziej czerwone. Ten pęd do polaryzacji sprawia, że na scenie politycznej jest tam coraz mniej miejsca na stare umiarkowane partie, głównie dla CDU, która przecież w liczącej 77 lat historii RFN, aż przez 53 lata obsadzała urząd kanclerza. Dziś to już przeszłość i CDU ma tylko 20 proc. poparcia, a kanclerz Merz jest oceniany pozytywnie tylko przez około 10 proc. wyborców. To już jest próg katastrofy politycznej, do której, także w Polsce, trzeba się przygotować.

Stanisław Lewicki

Facebook
Click to rate this post!
[Total: 5 Average: 4.2]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *