Maśnica: KONTR-ZAPISKI czyli o europejskiej hagadzie, romantyzmie idei imperialnej i nędzy hegemonicznego imperium, konfuzji celu i środków oraz wołyńskich obrachunkach

‘When I use a word’, Humpty Dumpty said, in rather a scornful tone,

‘it means just what I choose it to mean- neither more nor less’.

‘The question is’, said Alice, ‘whether you can make words mean

so many different things’. ‘The question is,’ said Humpty Dumpty,

‘which is to be master-that’s all’.

/Lewis Carroll, Alice’s Adventures in Wonderland/

 

     Najtrudniej przychodzi nam konfrontowanie się z własnymi ideami, o czym dobitnie zaświadcza odpowiedź, której – w reakcji na moje Mieszaniny jubileuszowe – udzielił Tomasz Gabiś na swoim autorskim blogu (https://www.tomaszgabis.pl/2026/04/16/tomasz-gabis-zapiski-manarchisty-na-marginesach-artykulu-andrzeja-masnicy-o-chimerze-europejskiego-imperium-mieszaniny-jubileuszowe/).

     Na podjętą przeze mnie próbę ideowej polemiki z proponowaną przez autora Gier imperialnych wizją europejskiego imperium, Gabiś odpowiada przywołując opinię Michela Foucaulta, że polemiki są „pasożytniczą postacią dyskusji i przeszkodą w poszukiwaniu prawdy”. W innym miejscu stwierdza, że moje Mieszaniny są „znęcaniem się nad ideą Imperium Europejskiego”. Osobliwa to reakcja na cały szereg rzeczowych argumentów, szczególnie, że w autorskiej Deklaracji intelektualno-ideowo-politycznej Światowego Ruchu Manarchistycznego – Tomasz Gabiś wyraźnie dystansuje się od tych, którzy „balsamują swoje prawdy niczym egipscy balsamiści swoje mumie”; czyli, jak rozumiem, co najmniej dopuszcza możliwość prowadzenia dyskusji nie-pasożytniczej. Prostodusznie założyłem, że autor także do „swoich” prawd intelektualnego formaldehydu nie używa, do mauzoleum ich nie upycha, że mimo wszystko potraktuje poważnie moje argumenty              i przystanie na skrzyżowanie racji (bo cóż jest ważniejsze od prawdy). Tymczasem, wyjąwszy rzeczowe odniesienie się przez Gabisia do sprawy obrachunków wołyńskich, autor Gier imperialnych raczej oszczędził sobie fatygi, o czym zaświadczają te wyimki Zapisków Manarchisty, w których – w odpowiedzi na postawione w Mieszaninach zarzuty – zechciał zapoznać czytelnika z lokalną trzebnicką kroniką kryminalną oraz agendą wyborczą stowarzyszenia „Razem dla Trzebnicy”, wieńcząc swój coup de grâce pasjonującym wywiadem Głównego Euroimperialisty Kraju dla kanału „Obserwator Unijny”.

     Cóż, jak zauważył Marshall McLuhan, „każde ułatwienie jest zarazem amputacją”. Toteż, tak do końca nie można być pewnym, co w tej świadomie niedopowiadanej i żartobliwie bałamutnej strategii pisarskiej Tomasza Gabisia jest rzeczywiście poważne, a co z rozmysłem poważne być nie zamierza; co jest stylizacją, a co – po postmodernistycznym zwrocie – perspektywicznie dorozumianą „Jego” prawdą, bo też dla klasycznie rozumianej prawdy (prawdy– rzeczywistości) w europejskiej twórczości autora Gier zaczyna brakować miejsca.

Romantyzm europejskiej hagady

Jest też chyba poważniejszy powód tego z dezynwolturą manifestowanego polemicznego absmaku, a mianowicie romantyczny w istocie rodowód i powinowactwo europejskiej publicystyki Gabisia, w której myślenie polityczne podlega poetyzacji przez – przywołuję w tym miejscu słowa Carla Schmitta – „romantyczną grę wyobraźni  z politycznymi treściami i emocjami. To odrealnia polityczne konflikty. Konkretny polityczny problem staje się asumptem dla kreatywnej gry słów. Tym sposobem polityczny dyskurs staje się polem estetycznych i emocjonalnych zmagań, oddalając się od rzeczywistości i czyniąc niemożliwą polityczną dyskusję w prawdziwym tego słowa znaczeniu”.

Nie sposób nie zauważyć, że Gabiś wykłada swoją europejską ideę w warunkach niemal całkowitej kontekstualnej sterylności, pod nieobecność szerszego tła epoki, że sam siebie z rozmysłem i na romantyczną modłę impregnuje na przygnębiający krajobraz europejskiej dekadencji: zaćmienie post-europejskiej już (bo postchrześcijańskiej) duszy, iście demoniczny – mówiąc językiem Marcela de Corte – „paraliż naturalnej wielkoduszności w przekazywaniu życia”, redukcję europejskich historycznych narodów do statusu sublokatorów we własnych ojczyznach. Niezależnie od przyjętej przez autora pisarskiej strategii, to wymowne, ale przecież nie dające się wymazać i przez to krzykliwe – pominięcie nie zwalnia Go jednak od intelektualnej (a tym samym moralnej) odpowiedzialności za głoszone imperialne credo, także wtedy, gdy żaden z noszących w tornistrze marszałkowską buławę domorosłych Cezarów i Napoleonów nie skorzysta z Gabisiowego przepisu, autorskiego know-how „opanowania świata”. Oryginalność, ale też widoczna słabość propozycji Tomasza Gabisia, to, co wyraźnie odróżnia ją od europejskich idei np. Francisa Parkera Yockeya czy Jana Emila Skiwskiego, to Gabisiowe ostentacyjne désintéressement wobec kondycji Europejskich narodów. Nie dziwi zatem, że w wybujale romantycznym krajobrazie „ćwiczeń z zachwytu” nad niegdysiejszą wielkością i przyszłą chwałą imperialnej Europy, autor porzuca posterunek Stańczyka („jako konserwatywnego intelektualisty”), deklarowaną rolę mędrca, który (jak sam o tym wymownie napisał) „wie, iż pod salą balową może nagle otworzyć się przepaść, a woskowany parkiet może zalać się krwią” – zastępując niegdysiejszą, rozważną powściągliwość oraz perspektywę sine ira et studio – wieszczbą ideologa-agitatora. Zapewniający czytelników, że prawda o europejskim imperium jest odporna na wszelkie argumenty, że jest rodzajem „soreliańskiego” mitu, którego – jak utrzymuje – „żadne krytyki  i demaskacje nie są w stanie naruszyć” – Gabiś bezsprzecznie przynależy do tradycji politycznego romantyzmu, do kanonu estetyzującej substytucji metafizyki przez ideologiczne symulakrum; tradycji, którą przenikliwie opisał i osądził przed ponad stuleciem Carl Schmitt.

W Przedmowie autora do drugiego wydania Gier czytam: „Cokolwiek by się nie wydarzyło w nadchodzących latach, niechaj wiarę w jakąś przyszłość Europy podtrzymują i serca nasze pokrzepią….”. Oto kolejne oblicze europejskiej idei Gabisia. Bo oto Jego europejski manifest pełni rolę perswadowanej ku pokrzepieniu europejskich dusz, stylizowanej na myśl polityczną hagady – kanonicznego świeckiego Sursum Corda! Jego metodą nie jest zobiektywizowany przekaz, zniuansowana analiza, ale raczej potwierdzająca wieczną aktualność zasadniczego orędzia wielogatunkowa, wielogłosowa, niosąca pociechę, perswazja. W europejskiej Gabisiowej goim-hagadzie apriorycznie założone jest ponadczasowe petitio principii – odwieczny europejski duchowy  (metapolityczny i moralny) fundament, a co najmniej jakieś ponadnarodowe europejskie spoiwo. W rzeczywistości jednak, ta przed-założona jedność nie istnieje, źródło europejskiej niegdysiejszej mocy wyschło.

Manarchistyczno-romantyczno-wrocławska próba wykładania w kulturowo atroficznym, nihilistycznym krajobrazie późnej i ponowoczesnej Europy, aksjomatu jej rzekomej (nieusuwalnej) jedności, z konieczności skutkować musi podbijaniem świata in abstracto, uwikłaniem w wishful thinking, wyborem trybu postulatywnego kosztem realistycznej diagnozy stanu i analizy możliwości, substytucją dominujących w dzisiejszej Europie stanów rzeczy, wyraźnie nikczemnej natury i rewolucyjnej proweniencji, przez wydrążone z treści ekstatyczne motywy i patetyczny tenor. Właśnie z tego powodu, Gabisiowe symulakrum europejskiego imperium spoczęło na symulakrum europejskiej jedności – widmowym i literacko wyrafinowanym frazesie o Europie, który w miejsce Europy realnej stawia fasadę Europy nadrzeczywistej i wirtualnej i tym samym odmawia zajmowania się realną polityczną europejską jednością: Europą – Unią Europejską; przemożną rzeczywistością, bez uwzględnienia której snucie jakichkolwiek europejskich projektów, niezależnie od ich intelektualnych i literackich walorów, jest zajęciem czysto akademickim.

Pozór alternatywności

Dodatkowo, pryncypialny Eurotelizm Tomasza Gabisia (Europa jako przyczyna, jako środek i jako cel, jako podmiot i przeznaczenie!) znajduje się na wyraźnym kursie kolizyjnym z Jego autorskim przekonaniem, że tworzy – jak powiada – radykalną wobec Unii Europejskiej alternatywę. Rzeczywista (alternatywa) musiałaby wyjść od rozpoznania faktu, że centrum życia niegdysiejszej Europy leżało poza nią, że miało transcendentalny charakter; że nie da się oddzielić godnej tego miana Europy od jej chrześcijańskiej duszy. Taka alternatywa musiałaby chcieć możliwie dotkliwie rozpoznać, co z tamtego (fundującego Europę jako jedność) chrześcijańskiego dziedzictwa pozostało w tej dzisiejszej i rzeczywistej – post-europejskiej już – jedynie nominalnej Europie. Europę przeorała hydra projektów modernistycznych i postmodernistycznych, rzekomo niekonfesyjna. Nosi ona wszakże dwie istotne cechy teologiczne. Jest, po pierwsze, projektem apostatycznym, rodzi się w obrębie cywilizacji chrześcijańskiej i stawia sobie za cel jej wyparcie. Edward Feser, amerykański tomista podkreśla, że (po)nowoczesność jest fenomenem Edypalnym, że chodzi w niej o uwolnienie się od władzy boskiego Ojca i zbezczeszczenie eklezjalnej (nadprzyrodzonej i doczesnej zarazem) natury Matki-Kościoła poprzez jej transformacyjną adaptację do reguł tego świata (pychy żywota i pożądliwości ciała i oczu). Po drugie, jest to projekt ostentacyjnie wręcz heretycki w szerokim tego słowa znaczeniu: dziedziczy po chrześcijaństwie idee (godności jednostki, równości wobec Boga, wcielenia i odkupienia itd.), ale je przewartościowuje (już poza chrześcijańską i teologiczną ramą pojęciową), poprzez immanentyzację  i zakleszczenie w ściśle doczesnych ramach naturalizmu (filozoficznego, a w wersji deistycznej – metodologicznego). Warto także w tym miejscu przywołać stanowisko Erica Voegelina, który analizował europejską nowoczesność jako rodzaj wiecznie powracającej herezji gnostycyzmu, zjawiska – jak je nazywał – immanentyzacji eschatonu, to jest ulokowania celu ludzkiej historii nie  w przyszłym, lecz w obecnym świecie. Gnostycyzm jako rodzaj duchowego imperatywu, pierwotnie i formalnie przecież nurt herezji religijnych, bynajmniej nie rozpłynął się w przypływie naturalizacji świadomości europejskiej, a jedynie adaptował się do niej poprzez samonaturalizację. Reformacja i europejskie rewolucje to symptomy rzeczywistości anty- i post-europejskiej, narzędzia destrukcji i dekonstrukcji duchowej podstawy Europy. Filozofia krytyczna, psychoanaliza, europejski postmodernizm itd. są „europejskie” tylko z nazwy, nie z istoty rzeczy. Podobnie imperium budowane na tych podmienionych podstawach może być „europejskie” tylko z nazwy i przez nieporozumienie.

Toteż rzeczywista nieunijna europejska alternatywa przede wszystkim musiałaby uznać wagę i znaczenie tego dziedzictwa – także, a może przede wszystkim – w dniu dzisiejszym, w Europie jako zhołdowanej i schaotyzowanej przestrzeni wielokulturowej globalistycznej ortodoksji; w Europie do bólu ogłupiałej: z kompradorską klasą polityczną toczącą epokowe boje z chochołami nietolerancji i ksenofobii, z widmami mizoginizmu i hetero-szowinizmu, z koszmarem patriarchatu, „apokalipsą” klimatyczną, z „przymusem” prawdy  i „uciskiem” rzeczywistości, z „zabobonem” natury rzeczy. Realna alternatywa powinna raczej formułować możliwe ideowe strategie dekompozycji i dekoncentracji globalizmu, także unijnego europejskiego hybrydowego globalizmu, nie – jego koncentracji i akumulacji pod auspicjami imperium.

Deklarowana przez Gabisia rzekoma radykalna alternatywa wobec Unii Europejskiej zwyczajnie i bezalternatywnie dostarcza alibi nominalnym „Europejczykom” wszystkich krajów, obozów i wizji, zaostrza europejskie apetyty, waloryzuje europejskie sentymenty  i asocjacje, Erudycyjny, pracowicie i niebanalnie rozwijany Jego europejski manifest, wizja imperialnej Europy, bezspornie przynależy do mainstreamu (pan)europejskiej myśli politycznej, do jego imperialno-federalistycznego czy też karolińsko-habsburskiego nurtu, gdzie sąsiaduje z wybitnym przecież dorobkiem Ottona von Habsburga. Gabisia różni wszakże od Habsburga, Schumana czy de Gasperiego metoda, Jego postmodernizm.    Jest wszakże jasne, że na sposób postmodernistyczny, korzystając z postchrześcijańskiego słownika i antynomicznych kategorii, zwyczajnie nie uda się intelektualnie stawić czoła Nowemu Wspaniałemu (Europejskiemu) Światu, który karmi się właśnie tymi pozbawionymi rzeczywistych desygnatów metaforami i metonimiami. Tomasz Gabiś  z emfazą głosi, że „w wiecznej teraźniejszości” europejskiego ducha jest wszystko: „mamy Boga i bogów, monoteizm i politeizm, Kościół i kościoły, mamy wszystkie wyznania i wiary, herezje, kulty, sekty i ruchy religijne”. Przypomina, że „europejską wspólnotę losu przepaja  duch: rzymski, spartańsko-dorycki, dziewiczo-orleański, jezuicki, awanturniczo-sercowy, konkwistadorski, pruski, narodowo-bolszewicki (…), harcersko-skautowsko-szaroszeregowo-wędrowno-ptasi (…), sytuacjonistyczno-autonomistyczny” itd.itp.  Problem w tym, że te, potwierdzające przebogatą inwencję słowotwórczą wrocławskiego autora, romantyczne zaklęcia nie przełożą się na moc i jedność. Negacja w porządku rzeczywistości, podobnie w porządku poznania – zgodnie z zasadą niesprzeczności (tożsamości) – sprzeciwia się afirmacji. Wewnętrzna dezorientacja dezorientuje, nie afirmuje, rozprasza i dekomponuje, nie wzmacnia i nie konsoliduje. Gabiś okazuje się późnym uczniem neoplatoników, choćby Mikołaja Kuzańczyka, który w De docta ignorantia wywodził, że byt i niebyt, ruch i spoczynek, skończoność i nieskończoność, wielość i jedność – wzajemnie się dopełniają i wznoszą na poziom „wyższej jedności”, ezoterycznej jedności przeciwieństw – na zasadzie coincidentia opositorum.

Propozycja Gabisia „potyka” się także o brak racji dostatecznej. Jego hegemonizm pożeniony został z postulatem budowy światowego imperium europejskiego rozumianego jako liberalne Imperium minimum, co każe postawić pytanie o kompatybilność tak sformatowanego celu i przewidzianych dla jego osiągnięcia – ekspansywnych środków,        o ich adekwatność. Wypada także (co najmniej) postawić pod znakiem zapytania roztropność postulatu budowy imperium pomyślanego jako państwo minimum przez historyczne narody zorganizowane na sposób możliwie od klasycznie liberalnego modelu państwa odległy, coraz bardziej anomiczne, „podbite” przez sieć wielopoziomowych i ponadnarodowych instytucji i agend. Wszystko to razem usprawiedliwia jedynie przypuszczenie, że preferujący gry językowe w kluczu distinctio modalis, chętnie rezygnujący z dyscyplinującego myślenie realizmu poznawczego i pojęciowego, Tomasz Gabiś właśnie przez dobitny akces i wielokrotnie potwierdzany wybór postmodernistycznej, a więc postmetafizycznej, nominalistycznej i idealistycznej  drogi (o czym szerzej pisałem w Mieszaninach) zwyczajnie stępił swój, niegdyś ostry niczym brzytwa, zmysł rzeczywistości i umieścił swój europejski manifest za ekranem tyleż zmyślnych, co poręcznych abstrakcji. Jest rzeczą przedziwną, choć przecież symptomatyczną, że w Przedmowie do nowego  i poszerzonego wydania Gier imperialnych (Kraków, 2025), Tomasz Gabiś pomimo upływu prawie trzydziestu lat od momentu opublikowania pierwszych tekstów imperialnych, w epoce głębokiej transformacji świata i Europy, uchylił się od postawienia pytań o aktualność idei Imperium Europaeum, od dokonania korekty bądź rewizji swojego europejskiego projektu; przechodząc przy tym do porządku dziennego nad – bezsporną obecnie – ściśle imperialną ewolucją UE.

Może więc autor np. pozwolić sobie na snucie dopieszczonych w każdym detalu propozycji, choćby takich, jak projekt organizacji europejskiej jedności na zasadzie uporządkowanej anarchii (UA). Mundus es fabula – powiedział Kartezjusz. Uparcie wracam do tej mniemanej „radykalnej alternatywy”, bowiem o projekcie UA można w języku współczesnej Kartezjuszowi Europy rzec, że jest niczym innym, tylko fumum vendere. Anarchia w świecie może być jedynie nieuporządkowana i przejściowa. A każdy chaos, jak słusznie powiada filozof, cierpi na brak karbowego.

Autor Gier utrzymuje, że wielka idea imperium jest prawdziwym remedium na wymieranie Kontynentu, że odrodzi ona europejskie narody, nie zważając na to, że – jak zauważył Lech Jęczmyk – „imperium zamieszkałe przez ludy starzejące się i wymierające byłoby precedensem”, że „budowanie państwa uniwersalnego jest objawem schyłku, a nie rozkwitu cywilizacji”.   Jest także jasne, że dla europejskich historycznych narodów zmiana perspektywy funkcjonowania z narodowej na kontynentalną oznacza konieczność abdykacji z istotnej części własnych historycznych sposobów życia i hierarchii dóbr, tradycji i przekonań, instytucji  i obyczajów. Już dzisiaj w realizowanej przez światową oligarchię globalistycznej stawce na dekonstrukcję państw narodowych, instygatorzy tak pomyślanej strategii, świadomi faktu, że nie da się tak po prostu unieważnić narodów i państw narodowych w warunkach stabilnych i relatywnie utrwalonych reguł życia, aby przejąć nad nimi kontrolę, obmyśleli plan ich destabilizacji, dezintegracji i rozprężenia i przedstawili tę rzeczywistość dekadencji i rozpadu jako historyczną konieczność – ewokując kolejne globalne problemy i zagrożenia: wojenny, migracyjny, klimatyczny, bezpieczeństwa, zdrowotny, surowcowy itd. Mamy przecież do czynienia z masterplanem, ze strategią – nie z fizyczną i nieodwołalną koniecznością,  nie z fatalizmem. Z drugiej strony, obserwujemy jak kruszeje europejski chrześcijański rdzeń, w zastraszającym tempie nicowane są („nihilizm, najbardziej niepokojący z naszych gości”) na zasadzie, pardon le mot, implementacji prawa unijnego i globalnych reguł porządku społecznego (a więc ponadnarodowych politycznych decyzji) rudymenty Corpus Christianum, wciąż jeszcze rezydujące na europejskich narodowych peryferiach.

Może zatem – nie wiem na ile jest to pytanie retoryczne – zamiast podbijać stawkę kumulowania mocy na europejską i planetarną skalę należałoby zacząć od podjęcia próby udzielenia odpowiedzi na elementarne pytania o duchowy wymiar tej postulowanej imperialnej Europy? Bo skąd niby mielibyśmy wiedzieć, po co chcemy podbijać świat, skoro nie wiemy już, kim i czym  jesteśmy? Czy zatem – zamiast snuć miraże podboju świata – nie należałoby raczej zacząć od podjęcia próby powrotu narodów „do samych siebie”, od europejskich rekolekcji, od odkrycia na nowo człowieka Europejskiego? Wiem, to program mało ambitny, nieoryginalny i mozolny, a przy tym niepokojąco konfesyjny, ale… No właśnie, mogłem coś pominąć, lecz nie znalazłem w europejskiej twórczości Tomasza Gabisia przekonującej próby odpowiedzi na pytanie, dlaczego podbój świata przez europejskiego bezdusznego Golema miałby być dla tego świata dobrodziejstwem? Pod nieobecność w europejskiej twórczości Gabisia drażliwych a domagających się odpowiedzi pytań, potwierdza się jedynie aktualność tamtego pytania, które przed wielu laty postawił na jednym z naszych (to jest środowiska dawnego „Stańczyka”) sympozjonów Krzysztof Dzierżawski: jeśli objawi się koniec końców europejskie imperium, to po czym właściwie poznamy, że jest to imperium nasze?

Nietzsche, którego bon mot o nihilizmie przywołałem wyżej, w innym miejscu dodaje:  „A jeśli długo patrzysz w otchłań, otchłań również patrzy w ciebie” – swoiste memento późnego Europejskiego człowieka.

Obrona Wielkiego Inkwizytora

Gdy Tomasz Gabiś  snuje rozważania nad relacjami władzy w przyszłym imperium, czyni to na sposób historiozoficzny i sięga po wczesnośredniowieczny i średniowieczny model  władzy imperialnej (Sacrum Imperium Romanum Ottonów i Hohenstaufów), niczym po zwierciadło, w którym przegląda się Jego europejski manifest i zarazem jako po matrycę przyszłych stosunków władzy pomiędzy europejskim centrum i państwami-prowincjami imperium. Autor obsadza współczesne europejskie państwa w roli analogicznej do średniowiecznych królów, książąt, kleru, baronów i miast i projektuje wielopoziomową i policentryczną strukturę rozproszonej władzy. W tym względzie podąża m.in. tropami Bertranda de Jouvenela, choć ważniejsze od tego, co łączy myśl Gabisia ze sposobem rozumienia średniowiecznej Europy przez autora On Power, jest chyba jednak to, co Go od Jouvenela, jako filozofa (kumulującej moc na przestrzeni wieków) władzy, widocznie różni. Francuski filozof z iście laboratoryjną precyzją, analizuje proces postępującego na przestrzeni dziejów wzrostu i koncentracji władzy (każdorazowo uzasadniany  koniecznością rozwiązania przekraczających lokalne horyzonty problemów) poprzez centralizację wymiaru sprawiedliwości, prawno-publiczne zawłaszczenie przez  rozrastający się aparat biurokratyczny kolejnych segmentów prywatnych dotąd relacji społecznych, powszechny pobór, monopol przymusu czy monopol fiskalny centralnych państwowych agend). Tymczasem autor Gier myśli kategoriami ładu imperialnego, projektując przyszłą formę imperialnej europejskiej jedności, która sama się – na przekór trwałej tendencji koncentracji władzy, którą opisuje Jouvenel – zechce ograniczy; która wielkodusznie zagwarantuje autonomię europejskim narodom, regionom i gminom. I tym samym przezwycięży absolutyzm państw narodowych. Ta sama dobroduszna  i dobroczynna, samoograniczająca się i respektująca autonomię prowincji władza, jednocześnie wprowadzi europejskie narody na drogę ekspansji, jako koniecznego warunku ich bezpieczeństwa; na wojenny i ofensywny trakt, który zapewni im pokój.   Obecnie, wywodzi Gabiś, w warunkach postępującej desuwerenizacji państw narodowych i pod nieobecność nadrzędnej i ponadpaństwowej formuły efektywnej władzy, wielcy europejscy „baronowie” (w szczególności duumwirat Niemiec i Francji) utrwalają swoją dominującą rolę na Kontynencie, wykorzystując do tego celu międzynarodowe zideologizowane agendy i instytucje i narzucając swoją polityczną wolę europejskim narodom. Trudno się z tym nie zgodzić. Tyle tylko, że Tomasz Gabiś każe czytelnikowi wierzyć, że to właśnie za sprawą Imperium Europaeum (w ramach którego toczyć się będzie rywalizacja prowincji o wpływy, powściągana sprawczą i stabilizacyjną mocą europejskiego centrum) skutecznie zrównoważone zostaną supremacyjne zapędy Berlina i Paryża. To europejskie centrum – jak wykłada autor  – będzie kierującym się europejską racją stanu arbitrem pomiędzy cieszącymi się dużą autonomią prowincjami i stanie na straży europejskiego imperialnego ładu.

Na dopowiedzenie czeka ta postulowana przez autora rola imperialnego centrum, jako swoistego arbitra i w ogóle cała ta przelewająca się obfitość dobrej woli i dalekowzrocznego zmysłu politycznego imperialnej elity. To nagłe tak dobitnie artykułowane zaufanie do władzy ze strony autora o rodowodzie anarchistyczno-klasyczno-liberalno-leseferystycznym w ogóle – dla mnie, który „wychowywałem się”, pozwolę sobie w tym miejscu na drobną poufałość, z Tomaszem Gabisiem na jednym formacyjnym podwórku politycznego realizmu – stanowi rodzaj „zagadki owiniętej w tajemnicę, ukrytej w enigmie”. Bo przecież, realistycznie rzecz ujmując, w postchrześcijańskiej nihilistycznej Europie żadnych wspólnych w wymiarze politycznym (rzeczywiście nieuwikłanych w rywalizację narodów i państw narodowych o wpływy, pozycję i zasoby) dóbr być nie może, a za podawaną do wierzenia fikcją jedności Europy skrywa się realna hierarchia państw europejskich i zróżnicowana rola elit tych państw w definiowaniu celów i dóbr wspólnoty. Relacje gospodarcze i polityczne pomiędzy państwami i narodami; dobra takie, jak „pokój”, „dobrobyt”, „wolność”, „prawo”, „prawda” itd., realizowane są przez europejskie narody wyłącznie na zasadzie hierarchicznej (skądinąd są one przez nie definiowane na sposób polemiczny), poprzez usankcjonowaną na wspólnotowym poziomie, uznaną za prawomocną, uzurpację, jako Nomos Wspólnoty. To najsilniejsze państwa Europy sięgają po władczą gestię transkrypcji celów i interesów własnych na cele i interesy całej wspólnoty, po arbitrum dominium pseudonimizacji celów. Nie ma tu miejsca na rozwiniecie tego wątku, więc powiem dobitnie: Imperium europejskie jako szlachetna idea in abstracto, to w istocie niemiecki Ordnung in concreto. Przy całej relatywnej słabości (przede wszystkim demograficznej) dzisiejszych Niemiec i niezależnie od amerykańskich rachub – a la longue każda formuła europejskiej jedności popadać będzie w faktyczną zależność (dziś realizowaną przede wszystkim przez dyplomację publiczną Berlina na zasadzie „socjalizacji hegemonialnej” – w wydaniu sieci fundacji, instytucji, uczelni, wydawnictw, mediów, konglomeratu korporacji obejmujących wszystkie istotne dziedziny działalności gospodarczej, społecznej, kulturalnej) od klasy politycznej i szerzej elit narodu o ponad ośmiusetletniej tradycji imperialnej. Adam Wielomski w sposób przekonujący broni tezy o imperialnej świadomości Niemiec, jako stale obecnym i powracającym motywie ich historii. Niemcy, naród cesarski, uznają się za powołanych do ustanawiania kontynentalnego porządku, toteż przyjmują odpowiedzialność za Europę. Stawka na ustanawianie reguł dla Europy (kontynentalnego Nomosu) widoczna jest w różnych wariantach niemieckich projektów organizacji kontynentu (idea Rzeszy lub imperium), bądź Europy Środkowowschodniej (związek celny, Mittleuropa). Zgodnie z niemiecką ideą Rzeszy, Niemcy jako Reichsvolk są powołani do organizowania przestrzeni geopolitycznej dla mniejszych europejskich państw, poprzez wyznaczenie im ram prawnych, politycznych i gospodarczych funkcjonowania w szerszej przestrzeni geopolitycznej, przy zachowaniu autonomii prowincji. Oczywiście, historia III Rzeszy kładzie się cieniem na rozumieniu samej idei Rzeszy, która to idea – co warto podkreślić – nie jest ideą par excellence imperialną (i – o paradoksie – czerpie z dorobku  Rzeczypospolitej Chrześcijańskiej – Christianitas). Na tle (pokojowej i skierowanej „do wewnątrz”) idei Rzeszy, niemieckie projekty imperialne (np. idee geopolityczne Ratzela czy Haushofera) mają wyraźnie ofensywny charakter (to F. Ratzel jako pierwszy użył terminu Lebensraum jako motywu ekspansywnego niemieckiego, to jest europejskiego Drang Nach Osten, jako recepty na „niemiecką kolektywną klaustrofobię”). Zasadę szeroko rozumianej imperialnej polityki niemieckiej można ująć w dictum: mówimy o Rzeszy (aktualnie o Unii), myślimy o (robimy) imperium. Profesor Wielomski przekonująco dowodzi tezy, że u podłoża europejskich wojen domowych, bynajmniej nie stoją europejskie nacjonalizmy, ale niemieckie plany imperialnej organizacji Europy drogą działań zbrojnych i pod auspicjami Berlina. Plany co do zasady analogiczne do obecnie realizowanych, wyjąwszy różnicę polegająca na tym, że w naszych czasach narzędziem imperialnej jedności stają się przygotowania do działań zbrojnych względem państwa ex definitione nieeuropejskiego, wobec Europy zewnętrznego i – zgodnie z obowiązującą ideologią imperialną – sposobiącego się do inwazji Europy.  Nota bene, państwa zarazem zbyt słabego, aby powalić Ukrainę, ale dostatecznie silnego, aby nieprzygotowaną do nadchodzącej wojny Europę zwasalizować.

Zadziwiająco wielka jest (raczej   oświeceniowa, gdy idzie o rodowód), ufność wrocławskiego pisarza-publicysty w dobroczynny charakter imperialnego centrum, zarówno we władzę miecza i pastorału sprawowana przez europejskiego Wielkiego Inkwizytora. Równie nieuprawniona jest – rysowana nazbyt chyba grubą kreską – pozorna analogia pomiędzy feudalną naturą rozproszonej władzy Wieków Średnich a ideowym przepisem na konstrukcją ustroju społecznego przyszłego europejskiego imperium w postchrześcijańskiej epoce rozpętania techniki, w warunkach informacyjnej anihilacji czasu i przestrzeni, ustroju nie dającego się okiełznać przez (wyraźnie deficytowe) w erze secesji europejskiej duszy z Państwa Bożego – etyczne  i religijne motywy i hamulce moralne.

Pozostaje przy tym jeszcze problem, raczej przez Gabisia niedopowiedziany, właściwie zignorowany, na jakiej zasadzie mogłoby potencjalne europejskie centrum sięgnąć po imperialną gestię i sprawczą moc? Czy rzeczywiście istnieje jakiś co do zasady alternatywny – względem sankcjonowanego w ramach Unii Europejskiej – model i sposób powołania europejskiego imperialnego centrum, odmienny niż oktrojowanie i arbitralne  z natury rzeczy samoutwierdzenie władczej mocy? Jakich kolejnych kryzysów, katastrof i zagrożeń „domaga się” to właściwe już i (tym razem na pewno) prawdziwie europejskie – imperium, aby dało się władczo perswadować historycznym narodom Europy, że ta właśnie imperialna formuła ich organizacji leży w najlepiej pojętym ich interesie?

Dociekam dalej: czy aby na pewno za tym realizowanym właśnie, jedynym dającym się sensownie pomyśleć, planem zawłaszczenia gestii sprawczej europejskich państw narodowych i europejskich historycznych narodów przez „Brukselę”, modelem pełzającej uzurpacji władzy politycznej i duchowej oraz koncentracji decyzji, nie kryją się aby jeszcze kolejne, dalsze i niejawne poziomy (plany) globalnego europejskiego zawiadywania? Czy europejskie imperium może rzeczywiście być ponadnarodowym, afirmującym różnorodność europejskich narodów, ładem kulturowo-cywilizacyjnym, czy też skazane jest ono na bycie podmienioną nazwą dla hierarchii, w której to nie europejskie narody, ale światowe, zewnętrzne ośrodki mocy uzyskują dominująca pozycję dla realizacji własnych idei, racji      i interesów? A może w ogóle de facto imperialna przecież europejska struktura władzy (ta rzeczywiście istniejąca – unijna, żarłoczna, ideologiczna, destrukcyjna i perwersyjna zarazem) jedynie przesłania niedający się zamknąć w sformalizowanych ramach prawno-ustrojowych i opisać w kategoriach filozofii politycznej, podmiot polityczny, światową poli-oligarchię, plutokratyczny oligopol, który ustanawia i egzekwuje planetarne reguły porządku: Nomos Ziemi; który funduje Europie – jako agendzie globalizmu właśnie – obecny kształt jej imperium, z przyczyn propagandowo-sentymentalnych nazywając je Unią Europejską? Wnoszę z lektury Gabisiowych Zapisków, że autor konsekwentnie trwa  w przekonaniu, że możliwy jest scenariusz przezwyciężenia obecnej unijnej formuły poprzez jakiś rodzaj reanimacji, może renesansu swoistej quasi-średniowiecznej imperialnej ramy wielopoziomowego i rozproszonego układu władz osadzonego na konkurencyjnych – lecz tożsamych w wymiarze duchowo-religijnym – hierarchiach, jurysdykcjach, lojalnościach i zależnościach. Tylko, że autor jakoś nie udziela odpowiedzi na pytanie, skąd weźmie się owo duchowe podłoże i spoiwo, pod nieobecność tamtej, nieobecnej już w europejskiej świadomości, scalającej ludy i narody niebiańskiej ojczyzny, bez której ta ziemska i europejska imperialna ojczyzna jest niczym innym tylko chimerą. Oczywiste jest także – jak sądzę – że cena za doprowadzenie do postulowanego przez Tomasza Gabisia europejskiego planetarnego imperium byłaby trudna do wyobrażenia.

Europa jako hegemon

Zachodzę w głowę, w jaki sposób, na przestrzeni minionych lat rozwoju Jego europejskiej idei, udało się Tomaszowi Gabisiowi połączyć wizję Nowo-średniowiecznego w istocie – uporządkowanego na sposób anarchistyczny lub na zasadzie konfederacyjnej – ładu, z postulowanym przezeń  ekspansjonizmem, jako warunkiem uzyskania przez Europę światowej hegemonii. To właśnie przy pomocy klucza ekspansjonizmu Gabiś otwiera wrota do, mówiąc językiem Mackindera, geopolitycznego „Serca Lądu”, aby zrealizować rzeczywisty i nieliteracki cel imperium, którym jest światowa hegemonia – na wzór amerykańskiego prymatu, w cieniu którego autor Gier pisał swój europejski manifest.

Czy jednak wizja światowej hegemonii Europy nie jest wizją świata po Apokalipsie? Do czego nas prowadzi – oczywiście w sensie intelektualnym – europejskie pisarstwo polityczne autora Gier, na którym wyraźnie ciąży strategia prymatu, dążenie do zdominowania innych państw i bloków państw, w szczególności Rosji, przez Europę, już dzisiaj definiującą się jako Anty-Rosja, w ramach postulowanego Imperium Mundi – uniwersalnego państwa światowego, „wielkiego zwierzęcia” panującego nad całą planetą? Przez Europę – sprawującą kontrolę nad światem na zasadzie substytucji polityki międzynarodowej przez politykę de facto wewnętrzną – dziedzinę decyzji europejskiej elity władzy.

Tomasz Gabiś w swojej imperialnej publicystyce – to wątek i motyw przeze mnie pominięty, ale zasługujący przecież na krótką z konieczności refleksję – odwołuje się do geopolitycznych wizji świata, do dorobku wiodących twórców (klasycznych) geopolitycznych koncepcji, takich jak Halford Mackinder, Friedrich Ratzel, Karl Haushofer, Nicholas Spykman, Carl Schmitt, Zbigniew Brzeziński czy Aleksander Dugin. Dla klasycznej geopolityki wyspiarskie, bądź lądowe położenie państwa-mocarstwa (jedynie mocarstwa są rzeczywistymi podmiotami światowej polityki: kontrolując handel, surowce, szlaki komunikacyjne, narzucają małym państwom reguły gry) przesądza o jego kulturze strategicznej i kierunkach polityki zagranicznej. Toteż, tzw. teoria geopolityki uznaje dualizm geograficzny (podział mocarstw na morskie i lądowe) za klucz do zrozumienia historii świata, wskazując na swoisty fatalizm wrogości mocarstw lądowych i morskich, rzekomo „wymuszony” na historii przez geografię. Mamy zatem, geopolityków Morza  i geopolityków Lądu, np. Mackindera   i Spykmana z jednej, Haushofera, Schmitta i Dugina z drugiej strony. Koncepcja Haushofera jest odwróceniem strategii Mackindera (którego Haushofer podziwiał), a z drugiej strony Dugin (uznający się za dłużnika Schmitta) o 180 stopni odwraca ideę twórcy projektu Doktryny Monroe dla Europy Środkowowschodniej, przedstawiając wizję organizacji przez Rosję przestrzeni od Władywostoku po Dublin. Każdy z głównych konceptów geopolitycznych jest propozycją ofensywy, ekspansji, za każdym razem Behemot rusza na Lewiatana, albo Lewiatan inicjuje śmiertelny bój z Behemotem. W moim przekonaniu jest to perspektywa zmistyfikowana. Jej geograficzny mistycyzm: Wielkie Wyspy, Serca Lądu i Półksiężyce, a więc wyabstrahowane z charakterystyki położenia geograficznego i uwarunkowań topografii, pojęcia, definicje, metafory – przesądzające o wrogości, rywalizacji i wojnie – zasadniczo nie dają się uzgodnić z realizmem politycznym. Lądy i morza, jaka przemożna geograficzna rzeczywistość są przecież względem siebie komplementarne, dopełniają się, właśnie przez to, co je różni. Hipotetycznie biorąc, nic nie stoi na przeszkodzie, aby w sytuacji zagrożenia ze strony kontynentalnych Chin, wyspiarska Japonia, wraz z wyspiarską Australią i np.  kontynentalnymi Indiami weszły w sojusz z Rosją skierowany przeciw ekspansywnej polityce Pekinu. Podobnie potencjalny sojusz USA – Rosja (np. przeciw Chinom) – jak dowodzi historia – nie musi być jedynie czczą spekulacją. Z punktu widzenia realizmu politycznego, geopolityka dzieląca świat na odwiecznie rywalizujące potęgi lądowe i morskie ma charakter ideologiczno-polityczny. Jest ubraną w pozór nauki ideologią par excellence imperialną, przemieniającą geografię w teoremat. Geografia, położenie geograficzne nie tworzy „charakteru” państwa, może natomiast znacząco wpływać na jego uprzywilejowaną (Stany Zjednoczone chronione przez „stopping power of water”, by przywołać frazę Johna Mearsheimer ’a z jego Tragizmu polityki mocarstw, czy też głębia strategiczna państw dużych terytorialnie), bądź drugorzędną (np. państwa bez dostępu do mórz, państwa pozbawione strategicznych surowców czy państwa terytorialnie małe) pozycję. Jest zrozumiałe że mocarstwa(o) morskie przeciwdziałają kumulacji przez wiodące mocarstwo lądowe względnie koalicję mocarstw lądowych zasobnych mas lądowych Euroazji, ale w ostatecznym rozrachunku, to jednak nie cechy „morskości” i „lądowości” przesądzają      o relacjach mocarstw, ale realna dystrybucja siły na – mówiąc sławami Zbigniewa Brzezińskiego – „wielkiej szachownicy świata”. To prawda, że wielkie wody utrudniają inwazję lądową, ale oprócz – by tak rzec – geopolitycznej fizyki (i logistyki), potencjału państwa i jego topografii, znaczącą role odgrywa metafizyka, kondycja moralna jego obywateli, duch bojowy, gotowość do poświęcenia, wola przetrwania; np. to, czy ich klasa polityczna komunikuje się ze światem językiem azylantów politycznych, czy władczym suwerennym językiem państw-podmiotów wielkiej globalnej gry o status i pozycję. Zgadzam się  z Mearsheimerem, że państwa, niezależnie czy lądowe, czy morskie, działają według tożsamych uniwersalnych reguł: w warunkach anarchii relacji międzynarodowych, obawiając się innych i nie będąc pewnymi ich intencji, dążą do przetrwania (i wzrostu) kalkulując, racjonalizując koszty. Stąd, bilans sił oraz matematyka zagrożenia, strachu i dzielności są ważniejsze od mapy i ich położenia.

U podłoża imperialnej europejskiej wizji imperialnej Tomasza Gabisia, jako się rzekło, leży zasada prymatu, motyw światowej hegemonii. Cóż, imperia hegemonistyczne – jak słusznie odnotował Jan Emil Skiwski – „są nastawione na pożarcie świata”. Dążą one (nie jest przypadkiem, że Tomasz Gabiś sięga po tę formułę) do „panowania nad światem” i powołują się na szczególną legitymację, na misję cywilizacyjną stanowienia dla świata reguł dobrego życia. Dźwignią tak rozumianego imperium jest ekspansja jako stały  motyw aktywności ześrodkowanej wokół wywierania przymusu i zawsze obecnej w tle przedsięwzięć perswazyjnych, groźby możliwego podboju, destrukcji odrębnych, historycznie, kulturowo i religijnie uwarunkowanych sposobów życia historycznych narodów. Hegemon stawia sobie za cel (co aż nadto dobitnie widzimy w naszych czasach – w czasach po „końcu historii”) przejęcie kontroli nad zasobami innych ośrodków władzy poprzez odebranie (lub co najmniej ograniczenie) autonomii i sprawczości nominalnie suwerennych ośrodków władzy państwowej, narzucenie własnych, jako powszechnie obowiązujących, reguł i norm porządku społecznego.

Perspektywa hegemoniczna (strategia prymatu) istotnie różni się od idei budowy wielkich przestrzeni, czyli bloków państw łączących się w regionalne lub ponadregionalnej ośrodki władzy. Regionalne ośrodki władzy mogą popaść w zależność od hegemona, czy wręcz bywają animowane przez państwo hegemoniczne (casus UE), ale alternatywnie, będąc związkiem państw, same wchodzą  w alianse, w tym tworzą bloki polityczno-wojskowe dla uzyskania relatywnej przewagi (równoważenia siły) nad konkurencyjnymi blokami państw. W oczywistej opozycji do ambicji tworzenia państwa hegemonicznego i uniwersalnego na wzór Stanów Zjednoczonych pozostaje na przykład postulowany przez Carla Schmitta „pluralizm wielkich przestrzeni”, idea koncertu grossraumów (pomyślanych na podobieństwa XIX-wiecznego Metternichowskiego po-wiedeńskiego koncertu mocarstw), którą przybliżają polskiemu czytelnikowi, m.in. w pracy Państwo narodowe i jego wrogowie, M. i A. Wielomscy. Idea koncertu grossraumów pomyślana jako propozycja zawarcia przymierza dla świata pojałtańskiego, jako projekt powołania oligarchicznej struktury wielkich państw dzielących się strefami wpływów i równoważących swoją potęgę, to jest pilnujących równowagi sił, uprawdopodabnia, by tak rzec, pokojowy klincz bloków-koalicji (choć w mniejszym stopniu niż duumwirat okresu Zimnej Wojny). U podłoża tak ukształtowanego systemu międzynarodowego leży takie rozumienie i wizja stosunków międzynarodowych, gdzie respektuje się potęgę innych graczy i porozumiewa (uzgadnia interesy) na zasadzie nieingerencji w zastrzeżone strefy wpływów. Oczywiście idea pluralizmu Grossraumów nie jest i nie może konkurować ze słoneczną wizją Kantowskiego „wiecznego pokoju”.

Dygresja o konfuzji celów i środków

Jako, że Tomasz Gabiś poświęcił – w odpowiedzi na moje polemiczne uwagi – istotny fragment Zapisków rozważaniom nad celem przyszłego imperium, jakim jest „panowanie nad światem”, warto zatrzymać się nad sposobem, w jaki legitymizuje tak sformułowany cel europejskiego imperium. Nie jest on, powiada autor, „…ani dobry, ani zły, jest naturalnym celem imperium” i jako taki  usytuowany jest „poza dobrem i złem”. Autor dodaje, że „kwestią odrębną jest ocena sposobów i metod sprawowania władzy nad światem”.

Nie sposób uwolnić się od szeregu narzucających się pytań. Czy przywołany przez autora Gier imperialnych dla zilustrowania poprawności przedstawianego wywodu cel Komisji Europejskiej, którym ma być „panowanie nad Europą” ma rzeczywiście neutralny moralnie charakter? I po co Komisji Europejskiej to panowanie? Dla realizacji jakich celów? Czy „panowanie nad Europą” (tak jak „panowanie nad światem”) są celami ostatecznymi, czy może są jedynie środkiem do realizacji dalszych celów – są po coś? Po co podbijamy Europę i docelowo świat? A gdy już je podbijemy, to co z tym „podbitym” światem będziemy czynić, ku jakiemu celowi go prowadzić?

Zapytam jeszcze inaczej: co owo „panowanie nad światem” miałoby znaczyć? Czy myślimy o panowaniu nad  regułami i normami życia historycznych wielowiekowych narodów, kultur i cywilizacji? Czy wielkodusznie (ale skąd niby nagle objawi się ta wielkoduszność?) odstąpimy od panowania (kontroli) nad ich zasobami i własnością?; nad ich wolnością; nad nominalnie zorganizowanymi przez te narody państwami i administrującymi nimi (krajowymi) rządami?

To kontinuum celów, które są w istocie środkami i środków wiodących ku kolejnym celom, pytań o cel (cele), dla których odpowiedzi na poprzednie pytania o cel i cele, stanowią jedynie asumpt do stawiania kolejnych pytań o cele jeszcze dalsze, uzmysławia nieadekwatność liberalnej par excellence argumentacji Gabisia na temat mniemanej formalno-rzeczowej rozdzielności celów imperium oraz sposobów i metod ich realizacji.

Boecjusz powiada, że „co ma dobry cel, jest dobre, co zły cel, samo jest złe”. Cel, czyli intencja, z jaką zostają użyte środki do celu prowadzące, wprawia w ruch wolę i determinuje sposób stosowania środków. To „od celu zależy moralny gatunek działania” – wywodzi św. Tomasz z Akwinu w De bono. Miał rację Jan Emil Skiwski, gdy pisał, że „zasada ‘cel uświęca środki’ ( …)jest zasadą każdej realizacji. Każda polityka ma swój cel główny i temu celowi wszystko inne musi być podporządkowane”.

Jeśli więc dla przykładu ktoś stawia sobie za cel ukończenie studiów albo nauczenie się języka, to przede wszystkim musi „zapanować nad sobą”, narzucić sobie samodyscyplinę, niezbędną dla realizacji celu sumienność (mądry student konkuruje „ze sobą’, ze swoimi słabościami, nie z koleżanką studentką z roku). Analogicznie mają się rzeczy, gdy – już w wymiarze publicznym i wspólnotowym – realizujemy np. program sanacji finansów publicznych, to (właśnie jako wspólnota polityczna) narzucamy sobie kolejne reguły ograniczające naszą faktyczną i potencjalną chaotyczność i bylejakość. Gdy natomiast stawiamy sobie za cel „panowanie nad światem”, nad możliwie wielkimi terytoriami i rozlicznymi strukturami – w sytuacji nominalnej anarchii i faktycznej nieformalnej hierarchii państw – to w tym przypadku zasadniczo nie chodzi o panowanie „nad sobą”, ale (ogólnie rzec ujmując) o panowanie „nad innymi”, o zajęcie uprzywilejowanego miejsca dawcy obowiązujących norm i reguł gry, niezależnie od tego czy prymat „panującego nad światem” państwa skrywa się za parawanem takich czy innych instytucji, konwencji i traktatów. Są to cele o wyraźnie odmiennej naturze. Zasadniczo przecież nie istnieją granice dla tego, co ludzie zechcą (mogą) czynić, aby zdobyć „panowanie nad światem”, ponieważ fizycznie mogą, a – dla osiągnięcia tak zakreślonego celu – zrobią wszystko, co konieczne, szczególnie, że żyjemy w czasach braku skrupułów, w warunkach erozji sensus fidei.

Jako, że bez wiary w rzeczywistość przekraczającą świat fizyczny, świat materialny, cywilizacje, kultury, narody przestają odczuwać zasadniczy powód, aby postępować etycznie  i moralnie, świat zmienia się w arbitralny produkt człowieka, otrzymuje czysto antropogeniczną sankcję. Człowiek sądzi, że jest Panem siebie i świata. Celowość ustępuje miejsca materialnym i politycznym kalkulacjom, bezpardonowej rywalizacji o przestrzeń, zasoby i biomasę (czyli tzw. kapitał ludzki) – kalkulacjom i rachubom wyzutym z myślenia o celach innych niż czysto materialne i hedonistyczne.

W swojej imperialnej publicystyce Gabiś przesądza, że moralne jest to, co sprzyja imperium, a niemoralne to, co mu zagraża – i tym samym znosi (kardynalną z etycznego punktu widzenia) – granicę dla tego, co można w sposób usprawiedliwiony moralnie czynić.  W czym dokładnie tkwi problem z tak autotelicznie i zarozumiale zakreślonym przez Gabisia celem? Otóż cel w postaci Imperium Mundi kładzie „zbyt duży ciężar na zepsute ludzkie plemię, na nieszczęsne ramiona ludzkiej natury”. Jest to ciężar, który  przekracza ludzkie możliwości, „nie w sensie niemożności jego realizacji, ale demoniczności zamysłu” – powiada Nicolás Gómez Dávila. Człowiek nie jest zdolny do (imperialnego) panowania nad światem bez tragicznych konsekwencji dla życia wielkich rzesz ludzkich, dla rozlicznych narodów i kultur. Ten cel przerasta (i w tym sensie przekracza) człowieka, gdyż wymaga olbrzymiej kumulacji mocy, także, a może przede wszystkim tej mocy duchowej, która stoi za planetarnym rozpętaniem techniki, dla której granicy nie stanowią, ani natura i biologiczna konstytucja człowieka, ani jego moralność, ani jego – będąca pancerzem ochronnym przed czającym się w jego wnętrzu, zawsze zagrażającym mu chaosem – kultura. Spuszczona ze smyczy przez globalną (owładniętą manią transgresji, w tym transhumanizmu) oligarchię – technika (to jest rozporządzająca nią klasa panująca) – krok po kroku „znosi” i „unieważnia” naturę rzeczy, dekonstruuje moralność i „likwiduje” sumienie, zawłaszcza kulturę, eksploatując biologiczną „ułomność” i „ekscentryczną niegotowość” człowieka (jego, stosując klasycznie europejskie kategorie, grzeszność).

Oto kolejny element wadliwej architektury autorskiej idei imperialnej: brak bowiem dostatecznej racji (adekwatnej przyczyny) dla wyprowadzenia przez autora Gier imperialnych z „grzesznego rodu ludzkiego” dobrego światowego imperium (na modłę liberalnej świeckiej teodycei spod znaku Mandeville’a i Smitha, systemów moralnych, których autorzy wywodzą, że dobro publiczne jest skutkiem wolnej rywalizacji jednostkowych egoizmów). W istocie rzeczy stawka na imperialną ekspansję jest zapowiedzią nadchodzącej ery rozstrzygnięć, bynajmniej nie intelektualnej natury. Tym bardziej podkreślić wypada, że człowiek istotnie powołany jest do ekspansji, ale ekspansji duchowej wertykalnej, nie przyrodniczej i horyzontalnej. Życie nie jest oddolnym pędem, ale darem „z góry” – jak podkreśla Fulton Sheen.

 „Architekci imperiów są zawsze, bez wyjątku, architektami ruin” – zauważył Marcel de Corte. Napoleon Bonaparte wywodził, że jego żołnierze „byliby idealni, gdyby nie posiadali ani rodziny, ani ojczyzny”.  Jak przyjemnie byłoby podbijać świat, gdyby nie było rodzin, wspólnot lokalnych i państw narodowych; gdyby ludzie nie mówili odrębnymi dialektami i nie dziedziczyli historii, więzów krwi i kultury. Jaki i kim musiałby być człowiek, aby móc zrealizować tak potężny cel, jakim jawi się „panowanie nad światem”, bez kumulacji zła, wynikającej z konieczności złamania woli oporu ludów, państw i narodów? Warto zwrócić uwagę, jak niekonsekwentna i rozłamana jest antropologia leżąca u podstaw imperialnej twórczości Gabisia, który nie jest przecież pelagianinem. Dla realizacji celu tak ambitnego, jak „panowanie nad światem” rzeczywiście lepiej byłoby gdyby rządziły nami Trony i Chóry Anielskie!

Wołyń wczoraj i dziś

Przechodzę do sprawy obrachunków wołyńskich. Tomasz Gabiś skrupulatnie wylicza w Zapiskach warunki i okoliczności, w jakich przychodzi się Polsce upominać o realizację polskiego wobec Ukraińców „prawa Antygony”, wskazując m.in. na żmudne i trwające latami prace archeologiczne, niepolską jurysdykcję i kontekst międzynarodowy, skalę zbrodni i jej terytorialny zasięg, upływ czasu, który pogłębia anonimowość i deterytorializuje ofiary, brak po polskiej stronie dostatecznych sił i środków. Słusznie przy tym rozróżnia autor pomiędzy ekshumacjami i godnym pochówkiem – z jednej strony, oraz upamiętnieniem – z drugiej strony, na koniec dopowiadając, że na rzeczywiste upamiętnienie „strona ukraińska (…) nigdy się nie zgodzi”. Gabiś uparcie powraca do motywu „obsesji dołów śmierci”, „przerostu pamięci” jako rzekomo nieuleczalnej choroby polskiej duszy, zalecając – parafrazuję – „rozluźnienie krawatów”.

Co powiedzielibyśmy o kimś, kto zarzuciłby „przerost pamięci” i „obsesję śmierci” bliskim dwóch polskich obywateli, Bogusława Wosa i Bogdana Ciupeka, którzy zginęli w listopadzie 2022 roku wskutek wybuchu ukraińskiej rakiety pod Przewodowem. Rzeczypospolita Polska w styczniu 2024 roku umorzyła śledztwo w sprawie ustalenia przyczyn tragedii, podczas gdy strona ukraińska odmówiła przyjęcia za nią odpowiedzialności. Nic także nie wiadomo o tym, aby Kijów pospieszył z jakąś formą zadośćuczynienia dla rodzin poległych polskich obywateli (w niepolskiej przecież wojnie), bo też władze Rzeczypospolitej oficjalnie nawet nie formułowały takiego oczekiwania. Czy polskie żądanie wzięcia na siebie przez stronę ukraińską odpowiedzialności oraz zadośćuczynienia byłoby wyrazem polskiej „obsesji śmierci”? Myślę, że w tej sprawie z Tomaszem Gabisiem zgodzimy się, że nie. Nie jestem już jednak pewien, czy nie ma między nami różnicy zdań w ocenie postępowania strony polskiej w sprawie Wołynia, czy mianowicie uznać należy za powinność Państwa Polskiego dochodzenie w kwestii wołyńskiej sprawiedliwości, nad którą przecież Gabiś w Zapiskach wymownie i konsekwentnie przechodzi do porządku dziennego; zastępując ją terminem „nasza polityka Pamięci” i wyłączając z tak zredukowanego znaczeniowo, przeniesionego w dziedzinę tego, co polityczne, pojęcia sprawiedliwości kwestię upamiętnienia ofiar? Autor wywodzi, że „nie mamy sił i środków, aby im ją (tę naszą politykę Pamięci Ukraińcom – am) narzucić i wyegzekwować…”.

W sprawie upamiętnienia ofiar rzezi wołyńskiej Gabiś już z góry przesądził, że na to „strona ukraińska (…) nigdy się nie zgodzi”. Trzask prask i po sprawie.  Prawdopodobnie wychodząc z podobnych przesłanek, były prezydent RP rzucił przed kilku laty pod adresem (nieżyjącego już) wielkiej prawości kapłana, by ten „nie wywijał widłami nad grobami poległych” – z góry uznając, że trzeba „poświęcić” pamięć poległych w służbie większej sprawie. A nie ma przecież obecnie większej sprawy – dla wspólnoty, która wyłoniła się z wojennych europejskich i światowych pożóg po to, aby nieść Europie pokój, aniżeli …wojna. Czy jednak rzeczywiście, mając na uwadze nasze frontowe położenie i odgrywaną w wojnie z Rosją rolę, dostępne prawnomiędzynarodowe, dyplomatyczne, wojskowe i ściśle polityczne instrumenty oddziaływania, naszą jedyną racją jest nasza słabość dla niepoznaki nazywana powściągliwością? A w sprawie Przewodowa, czy elementarnej sprawiedliwości nie mogliśmy, nie potrafiliśmy, czy też nie chcieliśmy wyegzekwować – uznając się za sługi sprawy, której komplikować nie można i nie należy?

Dla przypomnienia. We współpracy z Ukrainą i Federacją Rosyjską, w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia przeprowadzone zostały, przy udziale polskich specjalistów, ekshumacje dołów śmierci – zamordowanych przez NKWD – jeńców obozów w Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie. Następnie krajowe konsorcja, odpowiednio w roku 2000 (Charków, Katyń i Miednoje) oraz w roku 2012 (Kijów-Bykowania) oddały do użytku, wybudowane polskim sumptem dla upamiętnienia ofiar tamtych wojennych zbrodni kolejne wojenne nekropolie-pomniki. Na każdym z cmentarzy znalazły się m.in.: ołtarz z krzyżem i ścianą ołtarzową, na której wyryto nazwiska ofiar, dzwon pamięci, obeliski z godłem państwowym i krzyżami Virtuti Militari i Kampanii Wrześniowej; indywidualne tabliczki epitafijne pomordowanych. Na wszystkich nekropoliach znajdują się także tablice z inskrypcjami, np. na Polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu umieszczono inskrypcję: „W hołdzie ponad 4400 spoczywającym w Lesie Katyńskim oficerom Wojska Polskiego – jeńcom wojennym z obozu w Kozielsku zamordowanym wiosną 1940 r. przez NKWD. Naród Polski”.

„Zamordowanych przez NKWD” – wojenna nekropolia i inskrypcje – słusznie się należały, podczas gdy „zamordowanym przez UPA” – już nie? Dlaczego? Bo nie można? Bo się nie da? Przecież z (barbarzyńską rzekomo) Rosją się dało, to czemu z (niemal) europejską Ukrainą ma się nie dać? Trudno chyba uznać za przełom w sprawie wołyńskich obrachunków zgodę czynników ukraińskich na piątą ekshumację, kiedy wie się, że na ekshumacje czeka kolejne około dziesięć tysięcy dołów śmierci. A może, abstrahując od naszej podrzędnej, prowadzącej z pozycji „przepraszam”, polityki europejskiej i ukraińskiej, rację ma Bronisław Łagowski, gdy twierdzi, że „tak długo jak nasz stosunek do Ukrainy będzie funkcją naszej nienawiści do Rosji” polityki realistycznej, zgodnej z naszym interesem, nie będziemy zdolni prowadzić. Ważniejsze będzie dla nas, choćby i moralne, nad Moskalem zwycięstwo, które przyniesie (zdjętej bolesnym resentymentem) polskiej duszy ukojenie, niźli ryzykowne, mało wdzięczne „szarpanie się” z „koalicją chętnych”, które „starszym i mądrzejszym” naszym kuratorom spodobać się nie musi. Może dlatego, spośród prezydentów po-sowieckiej Ukrainy, jedynym, któremu Rzeczypospolita nie przyznała Orderu Orła Białego, był Wiktor Janukowicz, który na tle poprzedników i następcy zdecydowanie wyróżnił się jednym: tamci honorowali, wynosili i wynoszą Banderę, Szuchewycza et consortes na narodowe ołtarze chwały, wprowadzają do panteonu bohaterów narodowych, podczas gdy Janukowicz anulował przyznane im przez poprzednika honorowe tytuły.

Państwo polskie ma obowiązek pamiętać i zabiegać  o godne upamiętnienie ofiar Rzezi. Stosunek Kijowa do bestialsko pomordowanych kobiet, starców i dzieci jest elementem polskiej racji stanu. Jeśli wojna przeciw Rosji będzie miała dla Warszawy pierwszeństwo, bo polskie elity tak właśnie definiować będą nasz interes narodowy, bezwarunkowo wspierając Ukrainę w tej wojnie, to właśnie wojna, nie sprawiedliwość, a więc dobro polskiej wspólnoty narodowej, będzie miała bezwzględny priorytet. Nigdy jednak dość powtarzać, kult bohaterów UPA-OUN na Ukrainie nie jest i nie może być obojętny dla polskiej racji stanu, przenika bowiem do kultury, nauki, edukacji społeczeństwa i elit ukraińskich, „wychowuje” ukraińskie elity przede wszystkim w głęboko antychrześcijańskim duchu Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty: „Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy (…) Nienawiścią i  podstępem będziesz traktował wrogów Twego Narodu”.

Tomasz Gabiś wskazuje na to, że  „polityka Pamięci jest polityką siły, a nie prawdy i słuszności – o tym zapominać nie wolno”. Od siebie dodam, że już Tukidydes w Wojnie Peloponeskiej pisał, że „sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zagwarantować”. Mając na uwadze „pośmiertny los” ofiar mordów UPA i NKWD możemy wszakże dostrzec, że o determinacji w dochodzeniu przez Państwo Polskie sprawiedliwości i zadośćuczynienia ofiarom ukraińskiej i sowieckiej zbrodni wojennych nie decyduje wyłącznie polityka (relatywnej) siły. Ekshumacja i upamiętnienie ofiar zbrodni NKWD nie byłyby bowiem możliwe bez upublicznienia w 1992 roku przez Federację Rosyjską dokumentów NKWD dotyczących zbrodni (nb. za stroną rosyjską bezzwłocznie podążyli Ukraińcy, którzy przekazali Polsce w roku 1994 tzw. „ukraińską listę katyńską”). Jeśli nie zgodzimy się na nazwanie tego postępowania Moskwy „gestem dobrej woli”, to rodzi się pytanie, jakich instrumentów nacisku użyła („nie mająca sił i środków”) Polska względem Moskwy, aby wymusić ten ruch Moskwy? Albo inaczej, dlaczego w sprawie zbrodni NKWD można było, a w sprawie zbrodni UPA się nie da (mimo że „Wołyń” pochłonął kilkakrotnie więcej Polskich ofiar)? Odpowiedź jest dobrze znana i nie ma potrzeby się o tym rozpisywać. Rosja wyzwoliła się z uścisku bolszewizmu, Ukraina rządzona jest przez ideowych dziedziców i strażników pamięci przywódców ruchu ukraińskiego integralnego nacjonalizmu i ukraińskich zbrodniarzy wojennych. Gdy idzie o stosunek do własnej historii, oba narody dzieli przepastna różnica, bo Rosja potrafiła uznać i potępić sowieckie zbrodnie i przy tym suwerennie obroniła się przed destrukcyjną kampanią przezwyciężania własnej tragicznej historii, podczas gdy Ukraina przyhołubionym (z powodu antymoskiewskich powojennych rachub, przez amerykańskie i niemieckie służby via organizacja Reinharda Gehlena, pierwszego szefa BND) zbrodniarzom spod znaku UPA i OUN nadaje tytuły bohaterów, wiedząc, że dla strategicznego celu, jakim jest podbój Rosji – dyscyplinowana przez swych zachodnich protektorów – Polska niechybnie poświęci własne lokalne i narodowe (nieodwoływalne przecież) obowiązki oraz interesy, przykładnie wypełniając rolę „najemnika” koalicji chętnych, służąc Ukrainie praktycznie bezwarunkowo.

Ku czemu nas prowadzi europejska polityka historyczna?

Wygląda na to, że imperialna reguła „wewnętrznej pacyfikacji”, radykalnie objawiająca się intelektualną auto-pacyfikacją krajowych elit już obowiązuje. Każdy kto zna Gabisiowe próby imperialnej rewizji historycznej rozumie, że cel jest wszystkim, toteż a la longue imperialna polityka pamięci (bo już dzisiaj pracujemy na rzecz „wiecznego imperium”, Imperium Europaeum in statu nascendi) jest najzupełniej zgodna z wysiłkami władz ukraińskich, aby należycie uhonorować „bohaterów” walki z rosyjskim (tylko dla niepoznaki ustylizowanym na bolszewickiego zbira) ciemiężcą. Warto w tym miejscu przywołać słowa autora, który w Krótkim wstępie do krótkiego kursu imperialnej (makro) historii XX wieku wywodzi: „Mimo iż na płaszczyźnie historii narodowej działalność Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów jest oceniana odmiennie przez Polaków i Ukraińców, to należy im się szacunek (podkreślenie moje – am) jako oddziałom Imperium Europejskiego walczącym z geopolityczną ekspansją Imperium Sovieticum”. Powtórzę: „walczącą z geopolityczną ekspansją Imperium Sovieticum”. Chciałoby się dopowiedzieć: Rosja już zawsze i bezapelacyjnie  ekspansywna, także wtedy, gdy w tragicznym czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, kosztem kilkudziesięciu milionów ofiar stawia opór i kontratakuje. Wszak nie od dzisiaj wiadomo, że wszystkie toczone przez Rosję wojny musiały mieć ekspansywny i zaborczy charakter. Ex definitione. Może dlatego, autor, raczej odległy w swych sądach od Matejkowskiego Stańczyka, sugerujący, aby władze Polski zastosowały wobec Ukrainy zasadę „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, wykazuje brak zainteresowania jej aplikowaniem do stosunków polsko-rosyjskich.

Czytelnik Gier co najmniej domyśla się, że zapowiadane imperium europejskie dopełni dzieła pełnej i dumnej rehabilitacji pokolenia awangardy niespełnionego europejskiego wielkiego celu w postaci Drang Nach Osten, tej nieznającej horyzontu przestrzeni, która Europie zwyczajnie „się należy”. Przyszłe imperium dokona imperialnej rewizji dziejów walki o europejską przestrzeń życiową poprzez nieodwołalną windykację i waloryzację, uwięzionej w agresywnie anachronicznych ramach narodowych egoizmów, dumnej imperialnej opowieści o sprzymierzonej przeciw „wschodniej satrapii” europejskiej mocy, w tym o wielonarodowych zbrojnych formacjach, w tym formacjach ukraińskich, które toczyły dziejowy bój – rzekomo w interesie Europy – ramię w ramię z bohaterskimi żołnierzami Wehrmachtu – bój o przestrzeń życiową, czyli o przyszłość europejskiego imperium. I nie był  to przecież bój ostatni.

Dość powiedzieć, że w cytowanym powyżej tekście Gabiś, pisząc „realną imperialną historię XX wieku”, w odniesieniu do formacji zbrojnych III Rzeszy konstatuje: „Na płaszczyźnie ideologiczno-politycznej były to dywizje nacjonalistyczno-socjalistycznego Imperium Germanicum i walczyły pod jego sztandarami, ale na płaszczyźnie geopolitycznej, geostrategicznej i metastrategicznej były to dywizje Imperium Europejskiego walczące pod jego niewidzialnym sztandarem”.  W mojej ocenie Europa jako Anty-Rosja, dla której Rosja staje się wrogiem, nie tylko egzystencjalnym, ale zgoła metafizycznym, zarazem Europa wymierająca i z „podmienianą” ludnością, zaprzężona       w wojenny rydwan światowej oligarchii, walcząca pod jej niewidzialnym demonicznym sztandarem, to Europa coraz bardziej przypominająca kontynent, o którym Mao De Zong powiadał, że jest „ubogim półwyspem Euroazji”. Kontynuatorom dziejowej misji Drang Nach Osten mogę jedynie zadedykować memento ich anglosaskich towarzyszy broni: „Be careful what you wish for”.

Wróćmy jeszcze na koniec do pytania o Telos, o rację (przyczynę celową) budowy  imperium stawiającego sobie za cel panowanie nad światem. Po co światu hegemon świata? Dla kogo tak naprawdę ten świat ma być opanowywany? Na czyją cześć – interesuje mnie w tym miejscu duchowy wymiar tej ofensywnej imperialnej ideologii –  dla czyjej chwały opanować mamy Ziemię? Dla Boga-człowieka czy może raczej dla człowieka-Boga? Bowiem, jak słusznie zauważył Michael E. Jones, różnica pomiędzy Państwem (Miastem) Bożym i Państwem (Miastem) światowym, to wybór pomiędzy Chrystusem a Drakulą. Chrystus przelewa własną krew, abyśmy mieli życie wieczne, podczas gdy Drakula żąda daniny krwi innych, aby  życie wieczne zdobyć wyłącznie dla siebie.

Warto przywołać w tym miejscu proroctwo i klątwę Dostojewskiego: „Cała zachodnia cywilizacja wybierze wiarę w człowieka jako samo-odkupiciela i w ten sposób skończy w niewolnictwie”.

Mimo wszystko, jak mawiał nasz (Tomasza Gabisia i mój) zmarły przyjaciel, nie powinniśmy się lękać niczego oprócz lęku. Ma bowiem rację Johan Huizinga: „ostatnie słowo nie należy do człowieka”.

 

Andrzej Maśnica, sierpień 2026

Facebook
Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *