Modernizacja nie skazuje nas na indywidualizm

Z zainteresowaniem przeczytałem tekst pani Ziętek-Wielomskiej pt. „Fakty i mity kryzysu demograficznego”. Szczęśliwie wydaje się, że autorka stała się jednym z ciekawszych publicystów naszego portalu, ponadto zaś ma dużą szansę zastąpić niżej podpisanego w roli enfant terrible konserwatywnej publicystyki. Nieco złośliwie (ale tylko odrobinę!) ucieszyć się wypada, że wreszcie chłopcem do bicia przestaną może być „evolianizm” i „duginizm”, a zacznie nim zapewne być „katolicki feminizm”.

Tymczasem odnosząc się do meritum moich zastrzeżeń, wydaje się, że autorka niesłusznie przyjmuje za punkt wyjścia, iż jedynym możliwym wariantem modernizacji społecznej i ekonomicznej jest wariant zachodni. Stąd też przedstawia nam jako aksjomat kolejne twierdzenie, które bynajmniej nie jest oczywiste, a mianowicie, że wyzwolona przez modernizację „energia swobodna” pozostawiona ma być do swobodnej dyspozycji jednostek, które miałyby jakoby móc „wykorzystywać ją w różnoraki (w domyśle: w wybrany przez siebie indywidualnie) sposób”. Dalej pani Wielomska pisze, że „wyzwolona energia swobodna jest tym, czego współczesny człowiek za żadne skarby nie odda”.

Nietrudno zauważyć tu zbieżność z aksjologią liberalizmu: gdyby wyrażenie „energia swobodna” zastąpić terminem „wolność”, mielibyśmy w zasadzie wykład klasycznej historiozofii i antropologii liberalnej, w której to naturalnym i nieodłącznym dopełnieniem nowoczesnych przemian gospodarczych i technicznych jest emancypacja jednostki z patriarchalnych i hierarchicznych struktur społecznych. Takie założenie jest jednak błędne, bowiem rozwój nowoczesnej technologii i zwiększenie mocy produkcyjnych gospodarek ani nie dokonuje się dzięki społecznej emancypacji jednostki, ani jej nie wymusza.

Z historii znamy inne, nieliberalne koncepcje i modele modernizacji. Modernizacja wcale nie wymusza westernizacji, to jest rozkładu struktury społecznej i ewolucji wzorców zachowań i postaw do postaci promowanej przez liberalizm w ramach modelu zachodniego1. Model modernizacji zachowujący patriarchalną strukturę społeczną i niedopuszczający do emancypacji jednostki realizują z powodzeniem od lat „wschodnioazjatyckie tygrysy” z Japonią, Koreą Południową, Singapurem, Tajwanem i Malezją. Jego antyindywidualistyczną i antyliberalną doktrynę wyartykułowali kilkukrotnie Mahathir bin Mohammad (ur. 1925, premier Malezji w latach 1981-2003) oraz Lee Kuan Yew (ur. 1923, premier Singapuru w latach 1959-1990)2.

Dla naszych rozważań co prawda przypadek „azjatyckich tygrysów” ma znaczenie jedynie pośrednie, bo kraje te od początku lat 1990′ zmagają się, podobnie jak kraje zachodnie, z problemem spadku współczynnika przyrostu demograficznego, emancypacja społeczna nastąpiła tam jednak w innym zakresie i w inny sposób niż w państwach liberalnych potwierdzając, że model liberalny wcale nie jest historyczną koniecznością wymuszaną przez jakiś dziejowy materializm. Możliwa jest modernizacja bez westernizacji, podobnie jak możliwy jest rozwój gospodarczy bez liberalizmu.

Nie sięgając tymczasem do dalekiej Azji, wspomnieć możemy o bliższych nam próbach modernizacji w wariantach faszystowskim i komunistycznym. Ten ostatni w swej ortodoksyjnej formie promował raczej w zwielokrotnionym natężeniu antyfamiliaryzm i emancypację jednostki toteż z naszego punktu widzenia nie jest zbyt interesujący, choć mimo to warto odnotować że taki fenomen historyczny zaistniał i być może gdyby w latach 1920′ lub 1940′ komunizm zwyciężył w Niemczech, europejska modernizacja potoczyłaby się zupełnie innymi torami.

Bardziej interesujący jest przypadek faszystowski, w obrębie którego promowano płodność, dzietność, instytucję rodziny i patriarchalny model społeczny. Oczywiście, wskazać można wiele przykładów dowodzących emancypacyjnego społecznie charakteru faszyzmu, bo też nie była to ani dopracowana, ani spójna ideologia, czy system polityczny, i współistniały w jego ramach różne nurty, wystarczy jednak porównać postawy wobec dzietności i rodziny w liberalnej Republice Weimarskiej oraz w późniejszej Rzeszy Niemieckiej, czy choćby jeszcze lepiej widoczne różnice w polityce socjaldemokratycznej Danii przedwojennej i powojennej oraz nacjonalistycznej Danii pod okupacją niemiecką3. Z totalną mobilizacją ekonomiczną łączyło się propagowanie macierzyństwa, rodzicielstwa i płodności oraz zwalczanie nietradycyjnych relacji seksualnych.

Sięgając natomiast do koncepcji, które pozostały niestety jedynie koncepcjami, wymienić można całą plejadę eurazjatów, konserwatywnych rewolucjonistów, faszystów, narodowych radykałów, futurystów, narodowych bolszewików i innych, którzy w pierwszej połowie XX wieku chcieli doprowadzenia nowoczesności do jej najbardziej krańcowych konsekwencji, widząc w tym szansę na przezwyciężenie liberalizmu, indywidualizmu, jednostki, zachodniego modelu cywilizacyjnego. Nie pisali oni co prawda na ogół o dzietności, ale też model modernizacji przez nich proponowany nie pozostawiałby bynajmniej jednostce swobody w wyborze sposobu wykorzystania jej „energii swobodnej”, co jako zjawisko jakoby towarzyszące nieodłącznie modernizacji przyjmuje pani Wielomska.

W tym miejscu też docieramy do istoty rzeczy: otóż ustrój społeczny pozostawiający jakoby jednostce swobodę wyboru sposobu wykorzystania jej „energii swobodnej” to ustrój liberalny. Postawy społeczne nie są w społeczeństwie liberalnym kształtowane przez religię, tradycję ani autorytet. Ideałem jest racjonalny „człowiek wewnątrzsterowny”. Według Davida Riesmana (1909-2002)4, społeczeństwo sterowane przez tradycję ma zostać zastąpione przez społeczeństwo wewnątrzsterowne, w którym człowiek polegając na swoim wewnętrznym moralnych żyroskopie, sprawować ma bez wsparcia o instancje zewnętrzne, kontrolę nad własnym życiem.

Amerykański socjolog sam jednak demaskuje skutki popieranej przez siebie liberalnej emancypacji, stwierdzając, że Stany Zjednoczone, tak więc państwo, które najbardziej konsekwentnie wdrożyło liberalny model modernizacji, w rzeczywistości wytworzyło „społeczeństwo zewnątrzsterowne”, tak więc społeczeństwo złożone z jednostek manipulowanych przez bezosobowy kapitał, presję opinii publicznej (zjawisko amerykańskiej „poprawności politycznej”) i równie bezosobowe prawo.

Jak zauważa René Guénon (1886-1951), o ile człowiek tradycyjny posłuszny jest Bogu, o tyle człowiek nowoczesny otwiera się na podszepty demonów. Otwarte od góry „jajko świata” moderniści zamknęli, chcąc uczynić je samowystarczalnym. Pozbawione dopływu energii z góry, jajko świata zaczęło jednak otwierać się od dołu. Według Israela Shamira (ur. 1947), w roli czynnika sterującego postawami społecznymi, Boga w okresie późnej nowoczesności zastąpił demon Mamony. Tak więc wskazywana przez panią Ziętek-Wielomską abdykacja tradycyjnych patriarchalnych autorytetów z przewodzenia i kształtowania wspólnot ludzkich, nie prowadzi bynajmniej do pozostawienia „energii swobodnej” do dyspozycji wyemancypowanym i racjonalnym jednostkom.

Wciąż mamy do czynienia z istnieniem i narzucaniem wzorów osobowych i wzorów postaw społecznych oraz zachowań, tyle że dziś narzucane są one nie przez czynniki teistyczne, czerpiące swoją legitymizację i siłę „z góry”, lecz przez reklamę, popkulturę, modę, środki masowego przekazu, poprawność polityczną etc. Procesy te sterowane są przez bezosobowe siły kapitału i prawa pozytywnego. Historia nie zyskała więc humanistycznego charakteru, a straciła jedynie charakter prowidencjalny i boski. Nadal człowiek ani nie decyduje o sobie, ani nie sprawuje kontroli nad własnym życiem. Wolność bowiem jest kłamstwem, człowiek zaś nie może być wolny.

Skoro zaś przemiany ekonomiczne i technologiczne nie wymuszają na nas jednego tylko wzorca społecznego i kulturowego, liberalny zaś wzorzec modernizacji jest ideologicznym kłamstwem, w praktyce prowadzi zaś nie tylko do moralnej i duchowej, ale też – co widać na przykładzie dzisiejszych krajów liberalnych – do społecznej i demograficznej ruiny, pozostaje go po prostu odrzucić. Przemiany społeczne i ekonomiczne nakreślają nam ramy, w obrębie których możemy w różnych konfiguracjach układać sobie modele społeczne i polityczne. Nie mamy w tym zakresie zupełnej swobody, bo jednak materia nas ogranicza, dysponujemy jednak szerszym wachlarzem możliwości niż tylko indywidualizm i rozkładająca wszelkie normy i struktury liberalna emancypacja.

By skonceptualizować model właściwy, powinniśmy sięgnąć do modeli sprawdzonych, tak więc od modeli, w których większość ludzkich społeczności żyła przez większą część istnienia ludzkiego gatunku. To zresztą nie tylko kwestia społecznej efektywności, ale też psychoewolucyjnych adaptacji człowieka, dla którego perspektywa ostatnich trzystu lat nowoczesności jest jedynie mrugnięciem oka wobec dwóch milionów lat istnienia jako gatunku. Myśląc o przyszłości, powinniśmy zatem sięgnąć do najodleglejszej przeszłości, by znaleźć w niej to, co jest naszą substancją, co jest dla nas esencjonalne5.

W odniesieniu do roli kobiet w społeczeństwie, zauważyć warto, że w tradycyjnych społecznościach kobiety uczestniczyły zarówno w życiu gospodarczym, jak i społecznym i kulturalnym wspólnoty, tyle, że w sposób właściwy dla swojej płci. Tak więc nie „siedziały wyłącznie w pieluchach” jak obawia się tego pani Wielomska. Kobiety wykonywały rozmaite czynności gospodarskie, chodziły grupami po chrust do lasu, zbierały grzyby i jagody, w miastach handlowały za kantorkiem, miały też rozmaite swoje spotkania, tajne organizacje, rytuały i obrzędy inicjacyjne, do których nie dopuszczano mężczyzn.

Kobieta w społeczeństwie tradycyjnym realizowała więc powołanie i powinności swojej natury, specyfikę jej natury zaś rozpoznawano i przyznawano jej należne miejsce w społeczeństwie. Społeczne i gospodarcze powinności kobiety nie kolidowały z jej powinnościami rodzicielskimi, bo tradycyjne społeczności były wielkimi wspólnotami6. W wczesnym okresie życia, dziećmi opiekowała się matka, nosząc na przykład niemowlęta w chuście na plecach lub przy sercu, gdy jednak nauczyły się już chodzić i mówić, biegały po centralnym placu osady czy po podwórku oficyny domu, doglądane przez starsze dzieci i przez życzliwych krewnych oraz sąsiadów.

Jeśli zatem chcemy, by kobieta mogła realizować się jako kobieta nie tylko w wymiarze rodzicielskim, ale też choćby społecznym, religijnym i jeszcze w innych, zmienić musimy model życia społecznego. Na przykład można wyobrazić sobie miasta zaprojektowane wedle zupełnie innej koncepcji urbanistycznej7, z wydzielonymi wspólnotami sąsiedzkimi wielkości nie większej niż kilkaset osób, by nie przekroczyć naturalnej dla naszego gatunku wielkości grupy razem żyjących ludzi, przy której pozostaje ona wspólnotą pierwotną i naturalną – w której wszyscy się znają, przynajmniej z widzenia.

Można tak projektować osiedla, by były one funkcjonalnie mniej więcej samowystarczalne, nie zaś jak dziś były tylko sypialniami. Można w centrum wspólnoty sąsiedzkiej umieszczać podwórko lub jakiś plac, na którym mieszkańcy mogliby spotykać się, spędzać wspólnie czas i gdzie mogłyby też bawić się dzieci. Może pora też wreszcie, by konserwatyści przeprosili się z przedszkolami i państwowym system oświaty i opieki nad nieletnimi? W tradycyjnych społecznościach dzieci i młodzież wcale nie spędzały całego swojego życia „z mamą”.

Gdy dziecko kończyło sześć-siedem lat, odbierano je matce i chłopiec trafiał do osobnego namiotu gdzie sypiał z innymi mężczyznami, dziewczynka zaś integrowała się bardziej z całą społecznością kobiet, nie tylko z matką. W bliższych nam czasach historycznych, chłopców z ludu posyłano do terminowania do rzemieślnika lub na wyrobki do innych gospodarzy, w rodzinach szlacheckich oddawano zaś na służbę do innych dworów lub posyłano do szkół. „Upupienie” dzieci proponowane nam dziś przez konserwatystów jest więc niesłuszną generalizacją dość historycznie przypadkowego arystokratycznego modelu rodzinnego zachodniej nowoczesności8 i jest nienaturalne. Nie ma żadnego powodu by młodzi ludzie nie wychowywali się poza domem rodzinnym, w instytucjach stanowiących współczesny odpowiednik dawnego wychowywania przez mistrzów i opieki sprawowanej przez wspólnotę9.

Piszę o tym wszystkim po to, by wskazać że nie stoimy bynajmniej przed zarysowaną przez panią Wielomską alternatywą: po jednej stronie ograniczenie kobiecości do macierzyństwa i patriarchat, po drugiej stronie zaś emancypacja od kobiecości w ramach liberalnej modernizacji i zniesienie patriarchatu. Możliwe jest jeszcze trzecie wyjście: emancypacja kobiecości od nowoczesności i obudzenie jej pełnego potencjału oraz odkrycie pełni jej znaczeń w ramach wspólnotowego i nieliberalnego modelu społecznego. Ta kobiecość wyemancypowana oznaczać będzie również dowartościowanie macierzyństwa i rodzicielstwa, choć zarazem bardziej sprawiedliwie rozłoży związane z nimi ciężary wychowania i opieki nad dziećmi.

Wbrew bowiem temu co pisze pani Wielomska, program tradycjonalistyczny nie zakłada ograniczenia społecznej modernizacji do mężczyzn. On polega na zupełnym odrzuceniu nowoczesnego modelu społecznego, w ramach którego mężczyzna z kolei zredukowany zostaje do roli zapładniacza-zaopatrzeniowca. Nie znam żadnego tradycjonalisty, któremu odpowiadałby taki nowoczesny model męskości. Tradycjonalizm postuluje bowiem patriarchalny i autorytarny ustrój społeczny, tak więc również aktywną wychowawczą rolę ojca. Tradycjonaliści postulują odbudowę męskości, tak więc również wychowanie i wtajemniczenie do męskości10. Do tego zaś z definicji niejako nie nadają się matki. Potrzebni są ojcowie. Do wychowania córek zresztą też, bo mała dziewczynka również musi mieć jakiś wzorzec męskości – choć oczywiście rola ojca jest wtedy inna i pozostaje on bardziej w tle niż przy wychowaniu chłopców.

Program tradycjonalistyczny, w ramach którego postuluje się społeczeństwo wspólnotowe, patriarchalne, autorytarne, nie jest programem wygodnickich męskich szowinistów, chcących realizować wzorzec osobowy spasionego burżuja, „na chwałę bożą” zajadającego srebrnymi łyżeczkami po trzy desery i ubranego koniecznie w garnitur i buty bez nosków, któremu sprowadzona do roli tresowanego pudelka żona zakłada kapcie i podaje gazetę. Program tradycjonalistyczny postuluje odbudowanie męskości i realizację również przez mężczyzn swoich powinności jako mężów, ojców i głów rodziny, postuluje też realizację swoich powinności jako żon i matek przez kobiety. Że wśród mężczyzn nie powstała przeciw niemu tak silna opozycja jak wśród dążących do zniszczenia kobiecości feministek, to skądinąd kwestia zastanawiająca i wymagająca zbadania…

Innymi słowy, zarówno mężczyźni powołani są do ojcostwa, jak też kobiety do macierzyństwa. Małżonkowie i małżeństwa powołane są wobec tego do rodzicielstwa. Zaprzeczanie temu powołaniu lub odrzucanie go wpisuje się w niszczenie męskiej i kobiecej natury, wpisuje się w niszczenie instytucji rodziny i odbieranie małżeństwu jego kluczowego znaczenia. Powołanie to współczesnym ludziom trzeba uświadomić, a także stworzyć im możliwości jego realizacji. Wymaga to stworzenia określonego wzorca osobowego i wychowania do niego społeczeństwa. Wychowania przez państwo, przy pomocy szkoły, reglamentacji informacji i kultury, polityki społecznej i kampanii społecznych etc.

Postęp technologiczny i gospodarczy nie skazuje nas na liberalizm, indywidualizm, hedonizm, konsumpcjonizm czy permisywizm. Model liberalny nie jest jedynym modelem modernizacji i możliwa jest modernizacja bez westernizacji, modernizacja nieliberalna, nie kopiująca skompromitowanych rozwiązań zachodnich. Możliwa jest modernizacja, w której należycie rozumiane i docenione zostaną męskość, ojcostwo, małżeństwo, rodzicielstwo, macierzyństwo, kobiecość, dzietność. Po prostu – o sposobach wykorzystania „energii swobodnej” decydować nie może „racjonalna jednostka” (bo też nic takiego nie istnieje) ale wzorce zachowań i postaw oraz ideały osobowe w tej i w innych dziedzinach powinny być zawarte w kulturze i tradycji tworzonej, nauczanej i strzeżonej przez autorytarne władze publiczne.

Rodzicielstwo to nie kwestia wyboru – to kwestia powinności. I do spełniania tej powinności współczesne społeczeństwo, współczesnych mężczyzn i kobiety, trzeba wychować. Współczesny człowiek nie może być dłużej człowiekiem zewnątrzsterownym. O wykorzystaniu jego „energii swobodnej” nie mogą dłużej decydować reklama, przepływy bezosobowego kapitału, popkultura i inne demoniczne wpływy, wmawiając mu że to on sam rzekomo decyduje racjonalnie o jej wykorzystaniu. Społeczeństwo musi stać się społeczeństwem sterowanym przez Tradycję, rozumianą już tym razem nie jako zbiór utrwalonych historycznie zwyczajów ale jako uświadomiony program filozoficzny. Jajko świata musi zamknąć się od spodu, na powrót zaś otworzyć ku górze. O tym jak wykorzystać swoją „energię swobodną” człowiekowi powiedzą tradycja i kultura, do których będą go wychowywać i na straży których będą stać autorytarne i patriarchalne władze publiczne.

Ronald Lasecki

1Por. A. Dugin, Модернизация без вестернизации, http://arctogaia.org.ru/article/144 (27.07.2015).

2Zob. M. bin Mohammad, Wartości azjatyckie, „Res Publica Nova” nr 3/2003; K. Gawlikowski, Poglądy Mahathira bin Mohammada, Tamże; K. Gawlikowski, Problem praw człowieka z perspektywy azjatyckiej, „Azja-Pacyfik” 1998 t. 1.

3Por. G. Szelągowska, Dania, Warszawa 2011.

4D. Riesman, Samotny tłum, Kraków 2011.

5Por. J. Diamond, The World Until Yesterday. What can we learn from traditional societies?, NY 2012; E. O. Wilson, O naturze ludzkiej, Poznań 1998.

6Por. mój tekst Kaa puu te ruha; kaa hao te rangatahi – rodzina maoryjska pomiędzy światem tradycyjnym a nowożytnościąhttp://xportal.pl/?p=1280 (27.07.2015).

7Por. Karta Nowej Urbanistyki, http://www.mau.com.pl/pdf/karta.pdf (27.07.2015).

8Por. F. Mauro, Życie codzienne w Brazylii za czasów Pedra II 1831-1889, Warszawa 1993.

9Dobrym przykładem takiej udanej instytucji i zarazem nieliberalnej modernizacji jest Mariańskie Gimnazjum dla Dziewcząt otwarte w 1998 r. w rosyjskim Krasnojarsku. Polski film dokumentalny na jego temat umieściłem jakiś czas temu na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=7u01C-fzw0A

10Por. R. Bly, Żelazny Jan. Rzecz o mężczyznach, Poznań 2004.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Modernizacja nie skazuje nas na indywidualizm”

  1. 1/ “…Społeczeństwo musi stać się społeczeństwem sterowanym przez Tradycję, rozumianą już tym razem nie jako zbiór utrwalonych historycznie zwyczajów ale jako uświadomiony program filozoficzny. …” – jaki % społeczeństwa jest w stanie posiadać “uświadomiony program filozoficzny” i używać go jako drogowskazu? 2/ Trajektoria ewolucji od “społeczeństwa sterowanego tradycją” do “społeczeństwa sterowanego indywidualizmem” jest, mniej więcej, znana. 3/ Czy wiadomo, jaka mogłaby być “trajektoria powrotna”? 4/ Czy PT Autor sądzi, że byłaby to ta sama krzywa, czy też dopuszcza możliwość histerezy, ze względu na straty energii, 🙂 ? 5/ Jeśli “trajektoria powrotna” wykazywałaby histerezę, kto lub co powinien, zdaniem PT Autora, ponieść koszty energetyczne? 6/ Czy ewolucja tradycja–>indywidualizm była spontaniczna, innymi słowy, czy obecny stan jest bardziej stabilny niż stan “tradycji”? 7/ Jeśli stan obecny jest mniej stabilny, to nie utrzyma się samoistnie, bedzie ewoluował. 8/ Czy wiadomo, w jakim kierunku – tu, oczywiście, wraca pkt. 5/, pytanie o histerezę i o koszty.

  2. Jak Pan chce “stworzyć” taką kulturę i tradycję? Coś takiego nie powstaje w ciągu jednego pokolenia. No chyba, że chce Pan zaprząc do tego “zbożnego dzieła” państwo. Jeśli tak, to życzę Panu jak najgorzej. Jestem JEDNOSTKĄ, nie bezmyślną częścią stada.

  3. @Kira: “…Jestem JEDNOSTKĄ, nie bezmyślną częścią stada. …” – można być też MYŚLĄCĄ częścią stada.

  4. @ Piotr.Kozaczewski: Myśląca część stada ma 2 opcje: albo uznać siłę stada i schować rozum w kieszeń, albo przejść do historii jak Sokrates 🙂

  5. @ Piotr Kozaczewski Albo myślimy samodzielnie (co nie wyklucza zgadzania się z kimś czy zmiany poglądów), albo pozwalamy, by ktoś myślał za nas. Ja tę drugą opcję wybieram wyłącznie wtedy, gdy się na czymś nie znam, czyli kiedy w grę wchodzą FAKTY, nie ideologia. A ten wpis jest właśnie przesiąknięty ideologią. @ Alek Ma Pan nadzieję na AŻ przejście do historii? 🙂

  6. @Kira Przypuszczam, że Alek miał na myśli raczej coś w stylu “zostać ukatrupionym przez tłum jak Sokrates” a nie (mocno wątpliwą) nadzieję na przejście do historii 😉

  7. “To zresztą nie tylko kwestia społecznej efektywności ale też psychoewolucyjnych adaptacji człowieka, dla którego perspektywa ostatnich trzystu lat nowoczesności jest jedynie mrugnięciem oka wobec dwóch milionów lat istnienia jako gatunku” – Autor z jednej strony narzeka na wyrugowanie Boga z życia społecznego, a z drugiej promuje teorię ewolucji, czyli jednio z czołowych narzędzi ideologicznych, które do tegoż wyrugowania doprowadziły. Pan Bóg stworzył wszechświat około 6 tysięcy lat temu. Tak wynika z Biblii i albo traktuje się Biblię jako źródło Objawienia, albo nie (ale wtedy nie ma się prawa utyskiwać na to, że inni też ignorują Słowo Boże i nie chcą zgodnie z nim żyć, tylko wybierają indywidualną, subiektywną drogę życia). Tak samo p. Ziętek-Wielomska w swoim tekście, do którego odnosi się powyższa polemika, pisze o “epoce kamienia łupanego” (czyli też wierzy w teorię ewolucji). A Redakcja portalu w ogóle nie reaguje. Jest na konserwatyzm.pl wywiad z p. Szczepańskim z Niklota, który wyraża dość sceptyczny stosunek do chrześcijaństwa i wywiad jest (słusznie) poprzedzony adnotacją odredakcyjną, w której Redakcja odcina się od poglądów p. Szczepańskiego. Jednocześnie, gdy p. Ziętek-Wielomska lub p. Lasecki wyrażają poparcie dla teorii ewolucji (jej elementów) będącej nie do pogodzenia z katolicyzmem, to Redakcja portalu milczy. Przecież wtłaczanie ludziom do głów od szkoły podstawowej bzdur o “wielkim wybuchu”, “prekambrach”, “jurach” i “kredach” to jedno z najskuteczniejszych narzędzi dechrystianizacji już na starcie życia człowieka. Tak przy okazji, to nie rozumiem, dlaczego katolicka publicystyka (przynajmniej w Polsce) tak bardzo ignoruje i unika walki z teorią ewolucji (tak, jakby to był jakiś wstyd) i pozostawia tę walkę do zawłaszczenia protestantom w rodzaju Alfreda Palli, którzy skwapliwie z tego korzystając, przyciągają ludzi do herezji.

  8. @ Dariusz Pilarczyk Przecież kpię sobie. Czy ma się dzieci czy nie – i tak się umrze. Mieć dzieci dla dobra społeczeństwa? Cóż, szukajcie durniów…

  9. @Włodzimierz Kowalik: Czym innym jest niewypowiadanie się na jakiś temat, a czym innym – głoszenie głupot, które potem, ewentualnie, jacyś apologeci/egzegeci przedstawiają jako metafory lub alegorie.

  10. Nie rozumiem. 1) Katolicka egzegeza Pisma Św. należy Urzędu Nauczycielskiego Kościoła a nie do samych wiernych a tym bardziej nie do heretyków (protestantów) i ich pseudonaukowych teorii. Wystarczy zatem podać orzeczenia Magisterium potępiające standardowy model kosmologiczny czy teorię ewolucji za ich niezgodność z wiarą (a wg mojej wiedzy nie istnieją takowe) zamiast prywatnych dywagacji socjologicznych i egzegetycznych. Dzisiaj każdy czyta Pismo i może sobie z niego wysnuwać dowolne wnioski. 2) Używanie języka jest warunkowane systemem metafor generowanych przez sieci neuronalne. Pytanie o dosłowne znaczenie słów to sprowadzenie świata do jego językowego obrazu. W wierze oznacza to postawę: nie obchodzi mnie Bóg, obchodzi mnie tylko (językowy, kulturowy i każdy inny) obraz Boga, jaki posiadam. Dla religii oznacza to niemożność żadnego, autentycznego odkrycia (czyli istnienia prawdy) w ramach jakiejkolwiek tradycji religijnej (tzw. argument z genezy przytaczany w społecznej, psychologicznej czy ewolucyjnej teorii religii: religia nie może być prawdziwa bo ma określoną genezę). 3) Wg biblijnej egzegezy Pana Michała Bóg stworzył świat 6 tyś lat temu. Niektóre skały na Ziemi są co prawda starsze, ale czy Bóg nie może stworzyć starych skał? Wg św, Piotra Damiana Bóg może sprawić, żeby Rzym nigdy nie istniał. Może też stworzyć szkielety nigdy nie istniejących zwierząt i pozakopywać je dla sprawdzenia wiary swoich wybranych. Wg standardowego modelu kosmologicznego świat ma ok. 13,7 miliardów lat a część tego czasu jest potrzebna na wyprodukowanie zawartości tablicy Mendelejewa z której się składamy. Ale Bóg może przecież stworzyć “matriks” chemii, fizyki, geologii. Wszystko poza Jego (znaną mi) wolą jest nierealne a zwłaszcza tzw. fakty. Pozbawieni wykształcenia ludzie może w to uwierzą ale inni raczej uznają Biblię za “bajania ciemnych pasterzy kóz”, jak tu ktoś kiedyś napisał. Istnieje wszakże Stowarzyszenie Płaskiej Ziemi, sam znam ludzi nie uznających, że gwiazdy to słońca, że nasze Słońce to olbrzymia bomba termojądrowa (przecież bomba zabija a Słońce nie!), ludzi nie wierzących w istnienie galaktyk, nawet naszej Drogi Mlecznej, obalających teorię względności i innych odurzających swoją wsobnością ignorantów, mających własną subiektywność za Objawianie. Wg Biblii Ziemia jest płaska, przykryta sklepieniem nad którym znajdują się wody niebieskie. Niektórym to nie przeszkadza, bo to przecież “dosłowny obraz” a nie każdy jest Gagarinem, który po powrocie z orbity stwierdził, że w Niebie był a żadnego Boga nie widział. Na Księżycu też rzekomo nie byliśmy. Biskup Berkeley wyprorokował XIX wieczny scjentyzm i pozytywizm twierdząc, że teoria Newtona z konieczności prowadzi do materializmu. Odkrycia XX wieku zmieniły ten główny nowożytny problem religii na jej korzyść ale nawet Berkeley nie przewidział, że w reakcji na te odkrycia powstanie materializm religijny podający się za religijną ortodoksję.

  11. “…Wystarczy zatem podać orzeczenia Magisterium potępiające standardowy model kosmologiczny czy teorię ewolucji za ich niezgodność z wiarą (a wg mojej wiedzy nie istnieją takowe) …” – ok. Kiedyś uznawano, że Pismo jest zgodne z modelem heliocentrycznym, teraz że z geocentrycznym. Kiedyś nieomylnie głoszono A, teraz NIE-A, np kiedyś demokracja była masońskim pomiotem, teraz trza chodzić na wybory, bo jak nie – grzech zaniechania. Pewnie niedługo się okaże, że in-vitro, pedalstwo czy aborcja są OK. Póki co, jak mawiał Mackiewicz Józef “nie trzeba głośno mówić”. Jednym słowem: “prawda czasu – prawda ekranu”.

  12. Urażona pycha czy wygodnictwo (może acedia)? “Błogosławieni ubodzy duchem”. Panu się wydaje, że (ktoś) powinien posiadać prawdę jakby to była rzecz. Nie jest rzeczą ale nie szkodzi jej, jakie kto ma o niej pojęcie. Mniemanie, że ktoś może mieć prawdę jest szalone. Miesza Pan moralność (reguły) z wiedzą (zdania), rozum z wiarą, światopogląd z nauką, dogmaty z tzw. nauką społeczną kościoła, filozofie głoszone przez kościelne autorytety np. z arystotelizm z depozytem wiary. Od kiedy Ewangelia głosi geocentryzm? Kiedy ogłoszono dogmat o potępieniu demokracji? Nawet w “Summie teologii” ma Pan cytaty, które to uniemożliwiają. Zanim potępiono masonerię masa biskupów była masonami. Kiedyś szedłby Pan odrabiać pańszczyznę pod grzechem zaniechania a dzisiaj idzie Pan na wybory. A w ogóle mam wrażenie, że miesza Pan prawdę ze zwykłym wygodnictwem tj. powtarzaniem w kółko jednego. Ale się nie dziwię. Szkoła Bractwa PX.

  13. No właśnie. Sam Kościół w swoim nauczaniu znakomicie miesza tematy, wypowiadając się w kwestiach “bieżącej pragmatyki” i swoich interesów korporacyjnych IDENTYCZNIE, jak w sprawach wiary, moralności, etc. Może więc warto do kościelnego nauczania na temat doczesności podchodzić tak, jak do ew. koscielnej-mechaniki-kwantowej lub koscielnej-teorii-grup, czyli z należytym współczuciem. Być może jest to po prostu stek uroszczeń, pychy i niekompetencji?

  14. Niewątpliwie to wszystko w Kościele jest (uroszczenia, pycha i niekompetencja). Ale to nie powód by kwestionować prawdę albo mieć urojenia na temat natury ludzkiego języka. Jeżeli chce Pan “prawdy dosłownej” to sprowadzi Pan dogmaty na poziom książki kucharskiej (choć nawet jej nie warto traktować dosłownie, żeby nie dostać niestrawności). Jeżeli nie przyjmujemy znaczeń metaforycznych (alegorycznych, przenośnych) jak od początku robili Ojcowie Kościoła, to zostaje nam czysty sensualizm, jako religia (nawet to nie jest możliwe, bo poznanie zmysłowe to już jest interpretacja np. kolor, dźwięk a co dopiero poziom emocjonalny i pojęciowy). Czy sfalsyfikowano metaforyczne przypowieści Pana Jezusa albo Kazanie na Górze? Nie. Ale proszę nadać im jakiś jednoznaczny, empiryczny sens, który eliminowałby możliwy w ich odbiorze “stek uroszczeń, pychy i niekompetencji”, a szybko je Pan sfalsyfikuje. Tylko co Pan wtedy zrobi? Do kogo pójdzie? A przykazanie miłości nie sprawdza się Panu w życiu? Bo mi się sprawdza. Dlatego wierzę, że warto je stosować. Ale nie potrafię z tego zaprzeczyć np. temu, że w 2010 roku zsekwencjonowano genom Neandertalczyka. O Neandertalczykach w Biblii nic nie ma. A skoro Biblia jest źródłem wszelkiej Prawdy to istnienie Neandertalczyka nie może być prawdą, tylko masońskim spiskiem w celu dechrystianizacji świata. “Kto szuka znajduje a kołaczącemu otworzą”. Życie to ruch. Bez zmiany nie ma życia. Kto nie akceptuje zmian, chce być trupem.

  15. “… “Kto szuka znajduje a kołaczącemu otworzą”. Życie to ruch. Bez zmiany nie ma życia. Kto nie akceptuje zmian, chce być trupem. …” – ależ to jest przecież oczywiste, i nie tu leży problem. Chodzi raczej o rozgraniczenie utylitarystycznej i relatywistycznej retoryki i “twardego rdzenia”, oraz o nieinterpretowanie “twardego rdzenia” w świetle tejże retoryki. Tylko albo aż tyle. Mam nadzieję, że wyraziłem się zrozumiale?

  16. Ewangelię chce Pan definiować? Po co? Nie da się zdefiniować “twardego rdzenia” w “miękkim” języku. Przypomnijmy, że wierzę Babel sam Bóg rozpieprzył i pomieszał ludziom języki. Że język jest ludzkim tworem to i w Księdze Rodzaju jest wspomniane. Trzeba przyjąć “twardy” język. Jakiś system aksjomatyczny logiki formalnej i sformalizować teologię. Takie rzeczy się robi ale to jest zupełny margines w teologii bez społecznego znaczenia. I to nie jest “tradycyjne” tylko tzw. modernizm. Bocheński OP chciał to robić to go skutecznie uciszyli. A żeby usunąć tzw. relatywizm trzeba się pozbyć dogmatu o Trójcy Świętej, Wcieleniu, Kościele. Wszak to wszystko jest określone przez relacje i bez nich nie ma sensu.

  17. “…Wszak to wszystko jest określone przez relacje i bez nich nie ma sensu. …” – miałem na myśli potoczne znaczenie słowa “relatywizm”, np. jak w zbitce “relatywizm moralny”, zależność od ulotnego kontekstu, czy coś w tym stylu …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *