Moje lamentacje

Niedługo musiałem czekać na polemikę z moim ostatnim tekstem poświęconym stanowi wojennemu. Pan Ratnik, którego z resztą bardzo lubię, nazwał w tytule swojego tekstu moje tezy lamentacjami.  Jest nad czym lamentować, ale Pan Ratnik zdaje się nie rozumieć nad czym, dlatego potrzebnych jest kilka słów wyjaśnienia.

Przede wszystkim, ja osobiście nigdy nie uprawiałem i nie uprawiam apologii gen. Jaruzelskiego czy Bolesława Piaseckiego, co w mniejszym lub większym stopniu próbuje się sugerować. Nie dołączam do żadnej klubu apologetów, jak to nazwał Pan Ratnik, „kół ratunkowych”. Naprawdę daleki jestem od tego.

Nie bronię także żadnych innych decyzji życiowych czy politycznych gen. Jaruzelskiego. Szczerze, uważam, że to postać w pewien sposób tragiczna, ale naprawdę nie mam zamiaru go bronić czy usprawiedliwiać. Bronię tylko tej jednej jedynej decyzji, która podjął. Decyzji  o wprowadzeniu stanu wojennego. Uważam ją za słuszną z prostej przyczyny. Tą decyzją generał Jaruzelski powstrzymał chaos jaki powstałby wskutek strajku generalnego, który miał się zacząć  17 grudnia 1981. Jako konserwatysta, a także człowiek, który wysoce ceni szkołę myślenia politycznego Romana Dmowskiego staję po stronie porządku, nawet takiego, który daleko odbiega od naszego prawicowego ideału, a przeciwko politycznej rozróbie, niepokojowi społecznemu, zapaści gospodarczej i totalnemu chaosowi. Ilekroć przychodzi mi dyskutować na ten temat zawsze słyszę z ust moich oponentów, że ta decyzja była zła, bo złamała narodowi kręgosłup moralny, bo spowodowała jego zobojętnienie, bo zatrzymała drogę do wolności, bo gen. Jaruzelski zakonserwował komunizm etc.

Przede wszystkim należy odróżnić decyzję od osoby, która ją podejmuje. Nie posługiwać się argumentem ad hominum. To raz. Potem należy odróżnić jednostkową decyzję od innych decyzji podjętych w innym czasie czy okolicznościach.

Zatem jaka inna decyzja byłaby słuszna w tym czasie i w tych okolicznościach? Puszczenie wszystkiego na żywioł i totalny rozgardiasz w państwie? Brak towarów, ciepła, energii, komunikacji miałby zostać poświęcony w imię rzekomo nadchodzącej wolności? Cóż by zmieniło spełnienie się postulatów „S”, nawet tych z sierpnia ’80 roku? Nota bene bardziej marksistowskich w warstwie gospodarczej niż  linia władzy. Przecież to szaleństwo. Społeczeństwo wtedy po prostu znienawidziłoby „Solidarność” za to do czego doprowadziła. Słusznie z resztą. Wierzyć, że w 1981 czy 1982 roku można by było odsunąć PZPR od władzy i zastąpić ją ludźmi „Solidarności” to naprawdę dziecinna naiwność. Ale to na tym właśnie bazował obcy nam duch rewolucyjny, tak bardzo rozpalony w tamtym czasie. Endecja to przede wszystkim szkoła myślenia geopolitycznego, dbałość o interes narodowy na bazie sytuacji i warunków geopolitycznych, a nie ulicznej rozróby, strajków i lewicowego radykalizmu. Z resztą emigracyjne środowiska endeckie tę decyzje zdecydowanie popierały. Jak to stwierdził 2 lata temu Maciej Giertych „Po 13 grudnia narodowi demokraci rozpoznawali się przez stosunek do stanu wojennego. Kto go popierał, dawał dowód myślenia geopolitycznego. Ta postawa nas łączyła.”  A sytuacja geopolityczna była taka, a nie inna. Wyjście z demoludów w tym czasie nie było możliwe w żaden sposób. Dlatego w tym właśnie momencie, w grudniu 1981 roku stan wojenny był słuszną decyzją. To co się z nim stało później to osobna sprawa.

 To prawda co Pan pisze, że internowali trockiści stali się patriotami – męczennikami w oczach społeczeństwa. Jednak to osobna kwestia. Za zmarnowanie stanu wojennego nikt Jaruzelskiego nie broni, a wręcz odwrotnie. Tego, że się dogadał z lewicą laicką też nikt nie pochwala, ani nie wynosi na piedestał.  Naprawdę za wiele rzeczy można generała krytykować, ale nie za to, że zapanował nad nadchodzącą rozróbą w państwie i argumentować to tym, że to moskiewski aparatczyk (argumentum ad hominum). Podobnie prawdą jest, że gen. Jaruzelski nie wprowadził stanu po to, żeby bezpośrednio wycelować go w trockistów. Ich temat się przewija w tle całej tej historii, jednak to tło jest wyraźne ze względu na rolę jaką odgrywali w „S” (nasze wrocławskie podwórko: J. Pinior i jego otoczenie – trockiści). Niemniej jednak obiektywnie, niezależnie od intencji zadał im cios. Nie twierdzę, że śmiertelny (zdaje się, że Pan tak to odebrał), ale jednak cios.  Nie rozumiem argumentów o złamanym kręgosłupie w świetle tego, że wspomniani trockiści, lewica laicka jakoś rozpędu, ani zapału nie zgubiła, by później wykiwać  tych, którzy w „S” byli na prawo od nich. Kręgosłup moralny PRL łamała Polakom systematycznie przez 50 lat, ale i tak wolniej niż dzisiejszy europeizm.  Wcześniej łamały go zawieruchy II wojny światowej. Nie mam także na myśli na tego, że Jaruzelski miałby natychmiast wprowadzić nam wolny rynek, ale mógł przystąpić do powolnych reform w tym kierunku.

Zarzut o wojnę podjazdową wobec MW i ONR uważam za kompletnie absurdalny. Zupełnie nie to było moją intencją, tym bardziej, że znam się ze środowiskiem zarówno MW, jak i ONR i życzę im jak najlepiej. Jednak dostrzegam oczywiste wady w tym środowisku, zresztą pełnym szczerego zapału, który sobie cenię. Mam na myśli właśnie stosunek do stanu wojennego, a co za tym idzie podnoszenie do jednego z najważniejszych, jeśli nie najważniejszego aspektu własnej tożsamości –to znaczy określania się jako „antykomuna”. Jasne, nikt z nas na prawicy czerwonego nie znosi, ale komunizm, który oni mają na myśli krzycząc „precz z komuną” to ten sowiecki czy peerelowski. Mniejsza o nazwę, w każdym razie ten miniony, którego nie ma. Marksizm, komunizm to rewolucja, która się nieustannie mutuje. Proszę mi wybaczyć, że znowu wracam do pracy x. prof. Poradowskiego, ale on jak nikt znał się na „komunie” i miał zupełnie więcej o niej do powiedzenia, niż marszowe „precz z komuną”. We wspomnianej pracy „Aktualizacja marksizmu przez trockizm” x. Poradowski doskonale rozgryza sprawę i taktykę marksistowsko – trockistowskiej roboty rewolucyjnej. Jasno tłumaczył już w latach 80 – tych, że marksizm zaktualizowany przez trockizm zalęgł się teraz nie w Rosji, ale na Zachodzie, a dzisiejsi marksiści to nie fani czerwonego sztandaru z sierpem i młotem, ale biznesmeni z potężnymi środkami, z potężnymi koncernami i korporacjami, powiązani z masonerią i innymi tajnymi gremiami. Widać nie czyta się tego za często w kręgach dzisiejszej młodzieży narodowej, a powinna to być lektura obowiązkowa. Pozwoliła by wiele zrozumieć, a to z kolei nie powodowałoby sporego marnotrawienia sił wielu młodych ludzi. Następnie rzutuje to na sposób patrzenia w kręgach narodowych na dzisiejszą Rosję postrzegą jako kontynuatorkę komunizmu, na dodatek uosobionego przez Władimira Putina, który przegonił z Rosji wiele postaci powiązanych biznesowo z międzynarodówka trockistowską (korporacjami, koncernami, agenturą etc). Tymczasem młodzież narodowa wyzywa go od czerwonego bandyty, czekisty, KGBowca (w zasadzie to czyim miał być oficerem? CIA? MI6?), co jest zupełnym ni porozumieniem. I nad tym istotnie lamentuję, bo szkoda, żeby zapał wielu poszedł na marne, co mam nadzieje się nie stanie.

Bartłomiej Gajos

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.