Morawy to nie „Czechia”

Ziemie Korony Czeskiej

Chociaż już od lat 90-tych na obocznościach czesko-morawskich kapitał zbijała pro-zachodnia (czyt. przeważnie pro-niemiecka) chadecka centro-prawica, to jednak pomysł „oficjalnego przemianowania Republiki Czeskiej w języku angielskim”, jak usankcjonowanie (?) terminu „Czechia” określiły międzynarodowe publikatory (także w Polsce) obudził i uaktywnił środowiska bardziej autentyczne i faktycznie odwołujące się do narodowego, a także katolickiego dziedzictwa Moraw, uznawanych wprawdzie za część historycznej Korony Czeskiej, ale z pewnością jednak nie za Czechy, a tym bardziej nie za „Czechię”. Skądinąd Morawianie (a ściślej raczej marginalna dotąd partia „Morawianie”) upomnieli się także o trzeci człon regionalny państwa zarządzanego z Pragi, czyli Śląsk (a raczej jego fragment znajdujący się w granicach Republiki), co – choć „Morawianie” są partnerami ślązakowców w ramach Europejskiego Wolnego Sojuszu, w jakiś sposób kwestionuje pojawiającą się okresowo narrację części RAŚ na temat rzekomej wyższości Republiki Czeskiej nad Rzecząpospolitą Polską w uznawaniu odrębności Ślązaków.

Podczas zeszłoweekendowej manifestacji w Brnie działacze „Morawian” śpiewając hymn narodowy (którym, wbrew popularnemu w czasach komunistycznych dowcipowi, nie jest bynajmniej chwila ciszy którą w CSRS rozdzielano odgrywanie „Kde domov můj” i „Nad Tatrou sa blýska”, tylko pieść „Jsem Moravan”) i skandując „Morawy, Morawy!” podkreślali swój sprzeciw wobec pomysłów Pragi. – Wysiłki praskich polityków zmierzające do narzucenia nazwy „Czechia” postrzegamy jako poważny atak na tożsamość Moraw i Śląska. Pojęcia „Czechia” czy „Bohemia” odnoszą się wyłącznie do samych Czech, a więc nie powinny być używane w odniesieniu do sąsiednich Moraw i Śląska. Mamy do czynienia z alarmującym, kolejnym już dążeniem do usunięcia świadomości dawnych ziem koronnych, które wcześniej utraciły już swe ziemie, rządy, granice, symbole i elity – mówił wiceprzewodniczący „Morawian” Andrew Hýsek.

Hokejowy faul

Protesty trwają od kilku tygodni, a ich uczestnicy coraz głośniej pytają „czemu nie CzechoMorawia”? Albo „Ziemie Czeskie”? Tym samym potwierdza się stara zasada, że poczucie odrębności budzi się nawet z głębokiego uśpienia niekiedy dopiero w poczuciu zagrożenia, po przekroczeniu przez zwolenników ujednolicania na siłę ostatniej, wydawałoby się już zupełnie nieistotnej granicy. Działa to jak katalizator, tworząc klimat do wysunięcia również dalej idących postulatów, jak wysuwane stale przez regionalistów „przywrócenie rządu morawskiego, istniejącego od 1182 r. na terytorium Marchii, a nawet w ograniczonej formie w niepodległej Republice Czechosłowackiej, a zniesionego nielegalnie przez komunistów w 1949 r.” (co podkreśla wiceprzewodniczący „Morawian” Ondřej Mlejnek). Koncepcja ta ma charakter dużo poważniejszy niż historyczny, zmierza bowiem do zmiany struktury państwa w kierunku powstania obdarzonych dużym stopniem niezależności (autonomii?) ziem, w miejsce obecnych („niewydolnych” – jak twierdzą „Morawianie”) 14 krajów. Przy okazji zaś wypomina się Pradze i „złodziejską prywatyzację” (tak, tak, to nie tylko polska specjalność!) i traktowanie Moraw jako… „Republiki B”. No i jeszcze pomysł, by reprezentacja hokejowa występowała tylko z czeskim lwem, tracąc z kostiumów Wielki Herb Republiki z orłami Czech i Moraw – co u lekceważących politykę, za to poważnie traktujących sport naszych południowych sąsiadów wzbudziło dużo bardziej oburzone protesty, niż kwestia nazwy państwa (i co ważne – ten akurat zdecydowany sprzeciw okazał się skuteczny). Bo czyż w sprawach etnicznych symbole i emocje nie nabierają niekiedy szczególnego znaczenia?

Branding kontra tradycja

Inne organizacje i stronnictwa morawskie zajmują przeważnie stanowisko mniej radykalne, to jednak akcja zbiórki podpisów protestujących przeciwko planom Pragi, a za uwzględnieniem w oficjalnej nazwie państwa członu morawskiego ma już zasięg znacznie szerszy, niż rekordowe 1,5 proc. jakim „Morawianom” zdarzyło się cieszyć w najlepszych dla siebie wyborach w południowej części Moraw. Oczywiście, całego zamieszania można by uniknąć, gdyby nie arcywspółczesne tendencje rządzących w Pradze – traktowanie historycznych nazw jako „brandu”, anglicyzacja (czy raczej amerykanizacja) na siłę rozumiana jako część rzekomo nieuchronnych procesów globalizacyjnych, wreszcie manipulowanie samym językiem jako elementem kształtowania świadomości społecznej. Przy tym wszystkim rzeczywiste czy urojone czeskie tendencje centralizacyjne wydają najmniejszym w sumie problemem. A przecież zarówno wychodząc z typowo słowiańskiego, jak i po prostu zdroworozsądkowego punktu widzenia, pospieszne uleganie czyimś uroszczeniom do poprawiania czegoś utrwalonego w historii może przynieść raczej opłakane efekty. Chociaż bowiem przyzwyczailiśmy się już do Iranu w miejsce Persji, czy Tajlandii zamiast Syjamu (zresztą za każdą z tych zmian stał też pewien projekt ideologiczno-polityczny), to już ze wskazaniem na mapie Myanmaru kłopoty mieliby pewnie nie tylko gimnazjaliści, zaś potraktowanie Republiki Czeskiej jak Burkina Faso (d. Górna Wolta) – to akt polityczny i ideologiczny o konsekwencjach być może poważniejszych, niż się to dziś może wydawać.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *