Obama, Merkel, imigracja

„Stoi po słusznej stronie historii”, jest odważna i zdecydowana – i dlatego Obama jej ufa, ba – nazywa nawet swoją „przyjaciółką”. Obama jest też pełen podziwu dla narodu niemieckiego… Tyle komplementów i afiliacyjnych umizgów Niemcy od Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej nie słyszeli od dawna. I wszystko tylko (?) dlatego, że „kanclerz federalna Angela Merkel wyraźnie pokazała” – jak mówił Barack Obama podczas swej krótkiej wizyty w Niemczech – „że nie możemy odwracać się plecami do naszych bliźnich, do ludzi, potrzebujących naszej pomocy”. Niemiecka kanclerz, zdaniem Obamy, „jest bojownikiem o wolność, równość i poszanowanie praw człowieka”. Słowa te dotyczyły oczywiście zdecydowanej polityki pro-imigracyjnej Angeli Merkel. Tym samym głowa państwa, prowadzącego stosunkowo restrykcyjną politykę imigracyjną i zamykającego nielegalnych imigrantów w więzieniach, wychwala politykę otwartości na inwazję obcej i agresywnej cywilizacji drugiego państwa. Jaki interes mają USA w islamizacji Niemiec i Europy?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zacząć od początków. Zalewająca Europę największa w nowożytnych dziejach kontynentu fala imigracyjna wywołana została przez wojny i konflikty w takich krajach, jak Libia, Afganistan, Irak czy Syria. Za eskalację tych konfliktów odpowiedzialne są Stany Zjednoczone; to Ameryka wspierała i wspiera nadal destabilizującą sytuację wielu państw tzw. demokratyczną opozycję – którą bardzo często bardzo niewiele dzieli od opozycji mniej demokratycznej – czyli po prostu islamistów. Struktury, ugrupowania i organizacje są płynne, mieszają się z sobą, zlewają i zmieniają pozycje. Broń i pieniądze, wysyłane przez Amerykę oddziałom buntowniczym, przechodzą z rąk do rąk, są sprzedawane, i wykorzystywane przeciwko jedynej sile, faktycznie walczącej z islamskimi terrorystami – czyli z siłami rządowymi. Tak sytuacja wygląda obecnie w Syrii. W krajach islamskich nie ma czegoś takiego, jak „opozycja demokratyczna” czy „umiarkowana”, tak samo, jak nie ma „umiarkowanego” czy „demokratycznego” islamisty.

Wspieranie przez USA sił antyrządowych i antypaństwowych prowadzi do destabilizacji, wojen, terroru. Czy pośrednio, czy bezpośrednio – USA oraz ich sojusznicy (Izrael, Wielka Brytania, Francja i Niemcy, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Jordania, Arabia Saudyjska, Katar oraz Turcja) działają na rzecz islamistów z Państwa Islamskiego i lokalnych odłamów Al-Kaidy. Jedyną realną siłą, zdolną do zapewnienia w regionie Bliskiego Wschodu, pogranicza Afryki Północnej i Azji, bezpieczeństwa i stabilności – są legalne władze państwowe. Ich obalenie przy znacznym udziale wsparcia z zewnątrz powoduje dalszą eskalację przemocy, chaos i terroryzm. Tak było w przypadku Iraku i Libii, tak obecnie jest w Syrii. Z tą różnicą, że w Syrii prezydent al-Asad cieszy się pomocą ze strony Rosji, Iranu, a także dzielnie walczących z islamskimi fanatykami Kurdów (których, notabene, pod pozorem walki z islamistami zaciekle zwalcza Turcja).

Konsekwencją tego amerykańskiego wichrzenia, podburzania i buntowania przeciwko władzom państw na drugim końcu świata, są uchodźcy. Przy czym trzeba wyraźnie zaznaczyć, ze jeśli mówimy o ponad milionowej fali imigracyjnej, to nie mówimy absolutnie o uchodźcach. Uchodźcy – to są ludzie, rodziny, kobiety, mężczyźni i dzieci – uciekający przed wojną z Syrii, Libii, Afganistanu. Natomiast imigranci, przeważnie młodzi i zdrowi mężczyźni, z Kosowa, Albanii, Erytrei, Pakistanu, Nigerii, Somalii i wielu innych islamskich państw Afryki i Azji, absolutnie nie kryją celów i kierunków swojego przybycia: chcą dotrzeć do bogatych krajów Europy Zachodniej i Północnej, w których zasiłki i zapomogi socjalne są na tak wysokim poziomie, że umożliwiają beztroskie życie na koszt państwa, czyli miejscowych narodów.

Te setki tysięcy czy miliony imigrantów zachowują się przy tym, niczym armia najeźdźcza. Żądają, domagają się, mają roszczenia i pretensje. Niszczą mienie, otrzymane za darmo, palą ośrodki dla imigrantów, kradną. Wyrzucają do koszy żywność. Niszczą, demolują. Nie przestrzegają prawa, zasad i obyczajów. Nie szanują własności, nie szanują przepisów, nie uznają granic państwowych i prawa państw do ich ochrony. Domagają się dotarcia do Szwecji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. A jak już tam są – często znikają z powierzchni Ziemi, unikają jakiejkolwiek kontroli i rejestracji. Albo zbiorowo gwałcą, napadają i rabują – jak w noc sylwestrową w kilku niemieckich miastach. Oczywiście dodatkowo całe to szaleństwo kosztuje miliardy euro (które pochodzą z kieszeni podatnika) na darmową opiekę zdrowotną, zakwaterowanie, wyżywienie, ubrania…

Z tymi wszystkimi problemami, z których oczywiście najniebezpieczniejszym jest realna groźba zagłady cywilizacyjnej lub poważnego konfliktu cywilizacyjnego na starym kontynencie (terroryzm – przykład zamachów we Francji i Belgii), boryka się wyłącznie Europa. Przede wszystkim z racji stosunkowo niewielkiej odległości (do niedawna wystarczyło przejechać przez kilka państw bałkańskich, by dotrzeć do Niemiec; teraz trzeba przepłynąć przez Morze Śródziemne), ale także z powodu „polityki otwartych drzwi” i Willkommenskultur (kultury otwartości, „powitania” wszystkich imigrantów), islamscy imigranci udają się, nie dajmy na to, w kierunku Ameryki, Australii, Kanady czy Japonii, tylko właśnie do Europy.

To, oczywiście, jest na rękę Ameryce. Wszelkie negatywne konsekwencje i koszty polityki USA ponosi Europa. Kanclerz Niemiec realizuje politykę amerykańską wbrew własnym obywatelom, wbrew rosnącemu sprzeciwowi i wzrastającym obawom Niemców. Ale należy też zastanowić się nad tym, czy sama destabilizacja Europy może leżeć w interesach USA. Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne – przecież główne potęgi europejskie (Niemcy, Wielka Brytania, Francja) i tak ściśle współpracują z Ameryką!

Z drugiej jednak strony zasada „dziel i rządź” znana jest od starożytności. Jeśli Europa pogrąży się w wewnętrznym chaosie, terroryzmie, walkach cywilizacyjnych – skupi się na własnych problemach, i przestanie przyglądać się poczynaniom w innych częściach świata. Rządy w państwach Europy zachodniej nie upadną z dnia na dzień – jak silna jest kampania nienawiści i zwalczania wszelkich przeciwników polityki imigracyjnej i islamizacji, zarówno wewnętrznych (ruch PEGIDA, partia AfD – „Alternatywa dla Niemiec”), jak i zewnętrznych (Węgry, do pewnego stopnia Polska) najlepiej widać na przykładzie niemieckim właśnie. Retoryka ideologicznej nagonki przypomina propagandę okresu III Rzeszy – z tą jednak różnicą, że to przeciwnicy islamizacji oskarżani są o neonazizm, faszyzm, rasizm itd. Stany Zjednoczone będą zapewne wiedziały, jak utrzymać przy władzy posłuszne sobie rządy nawet w sytuacji poważnego wewnętrznego kryzysu i destabilizacji. Rządy te będą jednak mocno osłabione, uzależnione od Waszyngtonu. Będą rządami marionetkowymi, które w dalszym ciągu będą sprzątały brudy po polityce amerykańskiej.

I wreszcie drugi możliwy kierunek rozwoju sytuacji: eskalacja islamskiego terroru, islamizacji życia codziennego i kultury krajów Europy Zachodniej mogą zmobilizować islamskich ekstremistów w Federacji Rosyjskiej do zwiększenia swej aktywności. Ponownie mogłoby dojść do wzburzeń na tak zwanym „miękkim podbrzuszu” Rosji, czyli na północnym Kaukazie. Nawet, jeśli fale imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu raczej nie dotrą do Rosji – to kraj ten ma dość uśpionych póki co konfliktów z własnymi islamistami. Współdziałanie i łączenie sił napływowych islamistów w Europie i islamskich fanatyków wewnątrz Federacji Rosyjskiej mogłoby okazać się tragiczne w skutkach dla całej Eurazji.

Miejmy nadzieję, że tych rozważań nigdy nie potwierdzi życie, choć tragiczny dla Europy rozwój sytuacji wydaje się bardzo prawdopodobny. Chciałoby się podsumować, że spotkanie i wzajemne wychwalanie się prezydenta Obamy i kanclerz Merkel było tylko spotkaniem dwóch odchodzących już światowych przywódców. Że w wyborach prezydenckich w USA pod koniec tego roku wygra kandydat rozsądniejszy, a kanclerz Merkel zakończy swe urzędowanie już w 2017. Ale tak nie jest. Nieważne, czy w Ameryce wygra demokrata, czy republikanin – polityka zagraniczna Stanów z reguły pozostaje taka sama, tylko raz mniej, a raz bardziej radykalna. W Niemczech, mimo stopniowych, lokalnych sukcesów ruchów „antysystemowych”, Merkel nadal cieszy się poparciem większości i najprawdopodobniej będzie ubiegać się o czwartą kadencję. Alternatywnego konkurenta nigdzie nie widać. Podsumowując krótką wizytę Obamy u Merkel można powiedzieć: Niemcy nadal idą drogą wspierania islamskiego zalewu Europy. A Ameryka Niemcy na tej drodze popiera. Najpotężniejsze (jeszcze?) państwo Europy cieszy się wsparciem najpotężniejszego (jeszcze?) państwa świata. Bushowska „oś zła” to nie żaden Irak, Iran i Korea Północna. Oś zła – to Berlin-Waszyngton. Z odnogami do Ankary i Tel-Awiwu.    

Michał Soska

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *