Na ankietę o narodowo-konserwatywną fuzję odpowiada Bartłomiej Gajos

Czy zasadny jest pogląd, że “młoda endecja” w latach trzydziestych XX wieku, z późniejszymi rozwinięciami koncepcyjnymi, chociażby w postaci Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, była ruchem już nie tylko nacjonalistycznym, lecz również konserwatywnym w swojej orientacji tj. antyliberalnym, katolickim i społecznie organicznym?

 Na to pytanie kompleksowej odpowiedzi udzielili już Adam Wielomski i Konrad Rękas. Polski nacjonalizm, jak zresztą niemal każdy inny, wywodził się z idei roku 1789. U swego zarania był więc ruchem liberalnym. Z czasem jednak, tak jak i inne nacjonalizmy, przeszedł ewolucję, aby w końcu w sferze aksjologicznej i ustrojowej czerpać wprost z idei konserwatywnych, a także nauki społecznej Kościoła. Co tyczy się koncepcji ekonomicznych był to rzeczywiście ruch reakcyjny starający się rozwijać idee korporacjonizmu, nowego Średniowiecza, zwłaszcza w latach trzydziestych. Nie twierdzę jednak, jak Adam Wielomski, że były to idee na ów czas zupełnie anachroniczne i nieodpowiadające potrzebom gospodarczym II Rzeczpospolitej. Jednak nie czas i miejsce na taką polemikę.

Różnice między polskimi narodowcami a konserwatystami były w istocie różnicami czysto taktycznymi. Przed odzyskaniem niepodległości oba obozy różniły się w zasadzie jedynie orientacją geopolityczną, cel zaś stawiały sobie ten sam. Co do pryncypiów nie sposób znaleźć jakiekolwiek różnice. Ład, hierarchia, szacunek dla instytucji państwa, krytyka narodowych insurekcji były właściwe dla jednych i drugich. Jednak, co istotne, to strategia endecji okazała się skuteczniejsza. To dzięki metodzie endeckiej uniknęliśmy kolejnych powstań i rewolucji. Konserwatyści nie byli w stanie tego zrobić. Endecja po prostu sprawniej realizowała konserwatywny program.

Po odzyskaniu niepodległości oba obozy poróżniła, żywa ostatnio na łamach portalu, kwestia reformy rolnej. Konserwatyści zdecydowali się na niesakramentalny związek z sanacją po to by chronić swój klasowy interes. Wtedy była to kwestia podyktowana głównie bieżącą polityką i zawartością portfeli. Dziś jednak ten spór (pomiędzy dwiema redakcjami) jest  sporem o zasady.

Jakich uzupełnień ideowych potrzebuje dzisiejszy ruch narodowy, szczególnie młodego pokolenia, aby stać się atrakcyjnym ruchem również dla polskich konserwatystów i tradycjonalistów?

 Rozumiem, że pytanie dotyczy nie partii politycznej a zjawiska pewnego zjawiska społeczno – politycznego. Obawiam się, że jest to nadal masa, i to całkiem spora, nie posiadająca jednak w dalszym ciągu określonej formy. Podobnie jak Adam Wielomski uważam, że jeśli chodzi o sferę aksjologiczną młode pokolenie narodowców jest raczej konserwatywne. Gorzej jest z jego z myśleniem politycznym, koncepcjami ustrojowymi czy poglądami na historię i politykę historyczną. Sądzę, że jest to ruch, jeśli można tak powiedzieć, zbytnio historycyzujący. Mam tu na myśli zwłaszcza apoteozę podziemia komunistycznego czy przecenianie roli „Solidarności”. Oczywiście, należało przywrócić pamięć tym, którym się ona należała. I to się udało, w dużej mierze dzięki aktywności młodych narodowców.  Co więcej, udało się rozbudzić wśród naprawdę sporego odsetka polskiej młodzieży uczucia narodowe. Chyba najbardziej jaskrawym dowodem na to jest mój rodzimy Śląsk, gdzie do polskości jednoznacznie poczuwają się nawet dzieci działaczy mniejszości niemieckiej. Można jednak mieć wrażenie, jakby ruch narodowy nie miał nic więcej do zaoferowania poza przypominaniem o historii, o narodowcach z podziemia etc. Ten cel został osiągnięty i trzeba zacząć działać na innych polach.

Jeśli chodzi o kwestie ustrojowe nie dostrzegam jakiejś jasno zarysowanej doktryny. Życzyłbym sobie, żeby ruch narodowy jednoznacznie opowiadał się za wzmocnieniem władzy wykonawczej, jasnym podziałem kompetencji między organami państwa czy reorganizacją podziału administracyjnego kraju (zwłaszcza za zlikwidowaniem powiatów).

Gdy idzie o politykę międzynarodową też uważam, że ruch narodowy żył mrzonką o tzw. Międzymorzu. Mam jednak wrażenie, że od tej mrzonki powoli odchodzi, a to głównie za sprawą własnych doświadczeń wyniesionych z działalności kresowej.

Są to jednak sprawy wtórne wobec kwestii podstawowej, którą jest walka o zasady. Rację ma Wojciech Golonka gdy mówi, że ważne jest nie tyle kwestia uzupełnień ideowych  a zdrowy rozsądek, elastyczność myślenia, odstawienie dogmatyzmu politycznego czy ekonomicznego oraz nieustanne poszerzanie horyzontów myślowych i praca nad polepszeniem kultury umysłowej. Ruch narodowy musi dorosnąć i to w dosłownym znaczeniu. Roman Dmowski pisał, że największą tragedią XIX wieku było dla Polski to, że za pisanie konstytucji i ustaw brała się młodzież. I miał rację. Doświadczenia życiowe zmuszają nas do tego, aby nasze idee zmierzyć z rzeczywistością, aby je częstokroć przemyśleć na nowo. Życie weryfikuje nas i ideały, które wyznajemy. Ruch narodowy najbardziej potrzebuje doświadczenia życiowego w swoich szeregach, bo ono pozwala na uelastycznienie poglądów, zmienia optykę.

Czy w dzisiejszych warunkach społeczno-politycznych, zasadnym jest stawianie w opozycji do siebie radykalizmu działania, charakterystycznego dla skręcającej w prawo młodzieży, z konserwatywną filozofią polityczną?

Będąc zupełnie szczerym: nie do końca rozumiem pytanie. Radykalizm działań uważam za potrzebny i zasadny w sytuacjach zupełnie wyjątkowych (np. działalność bojówek w czasie rewolucji, przewrotów, zamachu stanu). Prawem młodości jest to, że postrzega się świat w biało-czarnej perspektywie. Tak jak wspomniałem wcześniej, życie z czasem uczy tego, że jednak istnieje cała paleta odcieni szarości. Konserwatyści o tym pamiętają i im prędzej wytłumaczy się to radykalnej młodzieży tym lepiej dla jednych i drugich. Ekscytacja radykalizmem działań, aktywizm dla samego aktywizmu, bez celu (wg hasła „Młodzi, aktywni, radykalni”) jest wielką bolączką ruchu narodowego, bowiem marnuje się w ten sposób siły i zapał. Z wielu działań niewiele wynika, a to zniechęca pełną dobrej woli młodzież, która w końcu, nie widząc rezultatów, zdaje sobie sprawę z bezcelowości swojego działania i zmarnowanego czasu. Niestety są to często ludzie bezpowrotnie straceni.

Patrząc na potencjał fuzji narodowo-konserwatywnej w Polsce i z perspektywy odpowiedniej hierarchii zasad, w dobie papieża Franciszka i pół-wieku po Soborze Watykańskim Drugim, czy nie nadszedł czas, aby jednoznacznie postawić na tradycyjny katolicyzm, jako podstawowy zwornik tejże fuzji?

Nie uważam, żeby tradycyjny katolicyzm w chwile obecnej mógł być podstawowym zwornikiem sojuszu narodowo – konserwatywnego. Z kilku powodów. Środowiska tradycjonalistyczne w Polsce, co tu dużo mówić, są bardzo niszowe. Co więcej, są podzielone między sobą. Jedne bowiem kładą nacisk na doktrynę, inne skupiają się tylko i wyłącznie na estetyce rzymskiej liturgii. Ponadto tradycyjny katolicyzm nie jest reprezentowany przez poważną siłę, którą jest hierarchia kościelna. Wręcz przeciwnie – jest przez nią systematycznie zwalczany. Dzisiejszy kler, do cna liberalny i personalistyczny, nie jest sprzymierzeńcem sprawy konserwatywnej i narodowej. Nie jest nawet sprzymierzeńcem w sprawach tak oczywistych jak ochrona życia poczętego, o czym niestety niebawem po raz kolejny gorzko się przekonamy. Nacjonalizmu dzisiejsza hierarchia kościelna nienawidzi szczególnie, na co dowodem jest chociażby sprawa x. Jacka Międlara. Musimy pamiętać o tym, że, podobnie jak tzw. elity III RP, wywodzi się ona z tej samej generacji i podobnie jak elity polityczne, jest absolutnie zniewolona przez prądy umysłowe (w tym wypadku teologiczne, eklezjalne i społeczne) płynące z Zachodu.

Tradycyjny katolicyzm może być zwornikiem aliansu narodowo – konserwatywnego tylko wtedy gdy potraktujemy go jako nośnik zasad, o których wspomniałem wyżej. W przeciwnym razie volens nolens pozbylibyśmy masy wartościowych jednostek, które niestety o tradycyjnym katolicyzmie (czyli de facto katolicyzmie właściwym) nie mają większego pojęcia. Oczywiście, należy podejmować działania ad intra zmierzające do przekonywania do niego tych zwolenników narodowego konserwatyzmu, którzy dotychczas niewiele o nim słyszeli. Sądzę, że i tak będzie to proces podyktowany koniecznością, bowiem wypadki zmierzają do momentu, w którym aby pozostać katolikiem trzeba będzie być katolickim tradycjonalistą (w potocznym rozumieniu). Po prostu, procesy, które zaszły w Kościele we Francji, Anglii, Holandii czy Niemczech u nas zachodzą o wiele wolniej i później.

Podstawowym zwornikiem fuzji narodowo – konserwatywnej na chwilę obecną musi być i jest… sam konserwatyzm. My zaś musimy pozostać, jeśli można użyć takiego sformułowania, klerykalnie obojętni. Od pół wieku bowiem, czyli od czasu II Soboru Watykańskiego, zdecydowana większość kleru stoi nie za nami, a dokładnie naprzeciwko nas. Struktury kościelne przestały być naszym sojusznikiem. Możemy się jedynie starać, żeby liberalny kler nam nie przeszkadzał we wspomnianej walce o zasady.

Jeśli zaś idzie o bieżącą krajową politykę uważam, że absolutną koniecznością jest zbudowanie siły politycznej zdolnej napierać na Prawo i Sprawiedliwość od prawa; siły, która będzie w stanie odebrać Jarosławowi Kaczyńskiemu zagrabiony przez niego katolicko – konserwatywno – narodowy elektorat. To jednak wymaga przezwyciężenia wielu animozji i personalnych ambicji.

Bartłomiej Gajos

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *