„Na jak wiele można sobie pozwolić?” (przed ślubem)

Pytanie postawione w artykule jest stale powtarzającym się motywem na przeróżnych religijnych portalach, pismach, spotkaniach i rozmowach. O ile wśród pobożnych katolików za jasną i niekwestionowaną zasadę uznawana jest niegodziwość stosunków przedmałżeńskich i tych form zbliżeń cielesnych, które są doń bardzo zbliżone (czyli np. tzw. pettingu), to już takowej jasności i jednoznaczności nie ma jeśli chodzi o całą gamę bardziej pośrednich zachowań typu: pocałunki, przytulenia, uściski, objęcia i tym podobne gesty.

Czy pocałunki są dozwolone? A jeśli tak to jakie, w rękę, policzek, czoło, usta? Gdzie i w jaki sposób można dotknąć ukochaną/ukochanego? Czy są tu jakieś zakazane rejony i sfery ciała? Czy może wszystko zależy tu od intencji i sposobu, w jaki się pewne części ciała dotyka? Litanię podobnych pytań można by jeszcze kontynuować dłużej. Mnogość dylematów, jakie pojawiają przy okazji poruszania tematu „Na jak wiele można sobie przed ślubem pozwolić?” pokazuje, iż nawet ci, którzy zasadniczo szanują cnotę czystości nieraz gubią się w tej sferze. Niestety zaś słuchając niektórych popularnych odpowiedzi na owo pytanie można odnieść wrażenie, że daleko jest im do pewnej konkretności i jednoznaczności, która jest oczekiwana przez ludzi zadających tego rodzaju pytania. Odpowiedzi wszak w stylu: „Można pożądliwie trzymać kobietę za rękę i w czysty sposób ją całować – wszystko zależy od intencji” choć pięknie brzmią, to jednak trudno je uznać za konkretne. Pewna niejednoznaczność odpowiedzi w tym temacie jest oczywiście zrozumiała, choćby ze względu na bardzo delikatną i intymną płaszczyznę, którą dotyka oraz fakt, że bardziej jasne próby ustosunkowania się do dylematów z tym związanych praktycznie wymagają omawiania pewnych, nazwijmy to, biologicznych i naturalistycznych szczegółów . To ostatnie może zaś wywoływać wrażenie „mało duchowej” odpowiedzi, a nawet balansowania na granicy obleśności i nieprzyzwoitości. Sam zresztą, będąc świadomym tej okoliczności, piszę ten tekst z pewną niechęcią, gdyż nieraz już się w swym życiu nasłuchałem przytyków w rodzaju: „Ty moralność chciałbyś mierzyć linijką”, „w tym co piszesz nie ma prawdziwego ducha, są tylko w kazuistyczny sposób wyznaczane zakazy i nakazy”. Najpewniej takie głosy pojawią się i po lekturze tego tekstu. Trudno. W pewien sposób jednak zobowiązałem się do jego napisania, tak też niniejszym w możliwie najlepszy dla mnie sposób postaram się odpowiedzieć na pytanie: „Na jak wiele można pozwolić sobie przed ślubem?”. A zatem na tej płaszczyźnie można wyznaczyć trzy zasady:

                                                          Zero podniecenia

Pierwsza z nich to unikanie w pozamałżeńskich relacjach jakichkolwiek gestów wywołujących podniecenie seksualne. Bardziej precyzyjnie rzecz ujmując chodzi tu o określone biologiczne/fizjologiczne reakcje najbardziej intymnych części ciała. By nie być oskarżonym o popadanie w zbytni naturalizm nie będę tego określał w jeszcze bardziej dosadny sposób – poza tym każdy dojrzały płciowo człowiek dobrze wie co kryje się pod tymi określeniami. Jedną z potępionych niegdyś przez Magisterium Kościoła opinią był pogląd, jakoby pocałunki, „których pragnie się dla występujących przy nich rozkoszy cielesnej” nie są grzechem śmiertelnym, o ile nie towarzyszy im „niebezpieczeństwo całkowitego spełnienia” (czyli mówiąc bardziej współczesnym językiem „orgazmu”)1. Choć w owym orzeczeniu wspomniano tylko o pocałunkach, to jednak śmiesznym wybiegiem byłoby bronienie wiążących się z podnieceniem seksualnych innych gestów bliskości, poprzez tłumaczenie, że przecież literalnie rzecz biorąc nie zostały one napiętnowane. Tak też, wedle nauczania katolickiego obiektywnie i poważnie złe są te z pocałunków, uścisków, objęć, dotknięć oraz inne formy zbliżeń cielesnych, w których szuka się i dąży do podniecenia seksualnego, nawet jeśli wyklucza się przy tym osiągnięcie całkowitej przyjemności erotycznej. Praktycznie rzecz biorąc zasada ta moralnie wykluczać będzie nie tylko stosunki płciowe czy też tzw. petting, ale znacznie szerszą gamę gestów cielesnej bliskości. Choć owa reguła może wydawać się zbyt surowa, to jednak z biologicznego punktu widzenia jest całkiem logiczna. Fizjologiczny stan podniecenia sygnalizuje bowiem organizmowi gotowość do odbycia stosunku seksualnego. Gesty zaś, które wiążą się podnieceniem są formą erotycznej stymulacji naszych ciał i choć mogą być one w pewnym momencie przerwane, to jednak takowe będzie – biologicznie rzecz biorąc – aktem nienaturalnym. A zatem, ilekroć chłopak i dziewczyna, narzeczony i narzeczona okazując sobie czułość na płaszczyźnie cielesnej, zaczynają czuć się seksualnie podnieceni, tylekroć, natychmiast powinni przestać dotykać się w taki sposób. Oczywiście nie sam ów biologiczny stan jest moralnie zły, bo takowy może zaistnieć niezależnie od intencji i zamierzonych działań danej osoby. Moralną nieprawością jest jednak szukanie, zamierzone wywoływanie i podtrzymywanie podniecenia i erotycznej przyjemności stąd wypływającej.

Dodajmy, że to nauczanie katolickie ma silna podstawy w samym Piśmie świętym, gdzie potępione zostały nie tylko pozamałżeńskie akty seksualne w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale też „nieczystość” i „wyuzdanie” (Gal. 5, 19). W języku greckim zaś (w którym zostały spisany Nowy Testament) pod mianem „nieczystości” i „wyuzdania” rozumiano: „rozpustne zachowania, takie jak nieczyste słowa, nieskromne ruchy ciała, nieczyste dotykanie mężczyzn i kobiet”. Biblia piętnując takie czyny stwierdza przy tym, że „ci, którzy (się ich dopuszczają) królestwa Bożego nie odziedziczą” (Gal. 5, 21).

                                                      Nie wszystko zależy od intencji

Muszę zmartwić też zwolenników popularnego sloganu, jaki jest cytowany przy okazji omawianych dylematów: „Trzymanie za rękę może być pożądliwe, a pocałunek czysty – wszystko zależy od intencji”. Mimo że bardzo pięknie i duchowo on brzmi, to praktycznie rzecz biorąc, wprowadza on w błąd, a w swej części nie jest po prostu prawdziwy. Oczywiście prawdą jest, że istnieją chłopcy i mężczyźni, którzy już w momencie dotykania niewieściej dłoni, marzą o seksie z obiektem swych zalotów i wtedy rzeczywiście już w tym momencie mamy do czynienia z grzechem pożądliwości i nieczystości. Racją jest także to, że są czyste pocałunki. Problem z takim stawianiem sprawy polega jednak na tym, że mówienie jednym tchem o pożądliwych dotknięciach ręki, czystych pocałunkach i tym, że wszystko tu zależy od intencji, sugeruje, że nie istnieją gesty których praktykowanie jest ze swej natury bardziej niebezpieczne od innych, oraz iż wszystkie części naszego ciała są tak samo seksualne jak inne. A taki pogląd jest po prostu nieprawdziwy, sprzeczny z powszechnym doświadczeniem, wiedzą o naturze ludzkiej seksualności, by nie powiedzieć wprost – głupi i niedorzeczny. Bóg stworzył wszak nasze ciała w ten sposób, że pewne jego części bardziej pobudzają seksualnie niż inne. Ta sama zasada odnosi się też do różnego rodzaju gestów. Po prostu znacznie łatwiej o seksualne podniecenie w przypadku mężczyzny dotykającego kobiecych piersi czy pośladków niż gdy ten całuję niewieścią dłoń. Tradycyjna moralistyka katolicka bardzo realistycznie rozróżniała pomiędzy tzw. skromnymi a „mniej skromnymi” częściami ludzkiego ciała. Do tych pierwszych zaliczano twarz, ręce i stopy, a do tych drugich: piersi, ramiona, plecy, uda, genitalia i części ciała znajdujące się blisko nich. Można szydzić i naśmiewać się z takiego podziału ludzkiego ciała, ale czy ktoś z dłonią na sercu mógłby powiedzieć, że pocałować kogoś w policzek jest dokładnie tym samym (pod względem tkwiącego w danym geście potencjały wywołania pożądliwości) co pocałować go w brzuch czy piersi???

                                                    Lepiej dmuchać na zimne

Pozostaje jeszcze do omówienia fakt, iż różne gesty cielesnej bliskości mogą wywoływać co prawda nie-seksualną, ale tym nie mniej przyjemność odczuwają w sferze zmysłu dotyku. Aby wyjaśnić w czym rzecz odwołam się do prostego przykładu – normalny człowiek głaszcząc małego puchatego kotka nie podnieca się przy tym seksualnie, ale odczuwa przyjemność z dotyku miękkiego futra (podobnie jak miło jest zanurzyć się po ciężkim dniu w puchatej ciepłej kołdrze). Coś takiego jest przyjemnością w pewnym sensie zmysłową, ale oczywiście nie-seksualną (przynajmniej dla ludzi z normalnymi pragnieniami erotycznymi). Tego rodzaju przyjemność można też odczuwać na płaszczyźnie damsko-męskich gestów bliskości. Z drugiej strony jednak dla zdrowego chłopca czy mężczyzny dotykanie dziewczyny lub kobiety nie jest tym samym co głaskanie kota, psa bądź wypoczywanie w miękkiej ciepłej pościeli. Choć teoretycznie jest to możliwe, to jednak praktycznie trudno wyznaczyć ostrą granicę pomiędzy nie-erotyczną przyjemnością, a seksualnym podnieceniem, związanych ze wzajemnym dotykaniem się, objęciami, uściskami czy pocałunkami. O wiele bardziej bezpieczna dla cnoty czystości jest zatem rezygnacja z szukania jakiejkolwiek odczuwanej w zmysłach przyjemności płynącej z pozamałżeńskich gestów bliskości cielesnej. W praktyce będzie to oznaczać redukcję do minimum damsko-męskich pocałunków, uścisków, objęć oraz przytuleń. Oczywiście, gdy w danej chwili takie gesty będą oznaczać udzielenie komuś emocjonalnego pocieszenia czy wsparcia, będą one bezpieczne i nie należy ich wtedy odradzać. Ale stawianie sprawy w sposób: „Poprzytulam moją dziewczynę i nie będę się przy tym podniecał, ale będę czuł przy tym innego rodzaju przyjemność” jest wchodzeniem na bardzo grząski grunt. Słuchałem niemało świadectw ludzi, którym w nienaganny sposób udało się zachować cnotę czystości do ślubu i często powtarzał się w nich następujący motyw: „Podczas chodzenia ze sobą zrezygnowaliśmy z wszelkich pocałunków, przytuleń, uścisków, a nawet trzymania się za ręce”. Taka postawa oczywiście wydaje się być zdecydowanie przesadną i surową, ale gdy zważy się na ludzkie doświadczenie i prostą życiową prawdą, która mówi, że „krew nie woda”, właśnie ona wydaje się być najbardziej bezpieczną i godną polecenia.

www.salwowski.msza.net

1 Opinia ta została potępiona przez papieża Aleksandra VII i dekret św. Oficjum z dnia 18 marca 1666 roku.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “„Na jak wiele można sobie pozwolić?” (przed ślubem)”

  1. 1/W takiej sobie formie. O dziwo zgadzam się z autorem. Przeoczył on jedynie, że tradycyjna teologia katolicka w niektórych reakcjach seksualnych widziała skutek grzechu pierworodnego a nie prosty skutek tego, że “tak Bóg stworzył nasze ciała”. Seks byłby wtedy dziedziną, cudownie wyłączoną spod grzechu. Jednym z takich skutków jest wg. św. Augustyna nastawianie na seksualne używanie “odczuwalne w zmysłach” zamiast na bardziej erotyczną (w sensie platońskiego erosa) radość. Bez tej korekty niebezpieczne będą również gesty “mające oznaczać udzielenie komuś emocjonalnego pocieszenia czy wsparcia” wbrew temu, co czytamy u autora: “Oczywiście, gdy w danej chwili takie gesty będą oznaczać udzielenie komuś emocjonalnego pocieszenia czy wsparcia, będą one bezpieczne i nie należy ich wtedy odradzać.” Cel tych gestów (pociecha) nie może uświęcać (czynić bezpiecznymi) samych gestów, gdyż cel nie uświęca środków, a czynu nie może usprawiedliwiać sama intencja, czemu reszta artykułu daje wyraz. Autor bazuje tu na potrydenckich koncepcjach tzw. natury czystej czyli ujmowanej bez koniecznego odniesienia do łaski. 2/ Ciekawy jest w tym kontekście wywiad-rzeka z papieżem Franciszkiem, jakiego fragment publikuje ostatni “Gość Niedzielny”. Dowiadujemy się z niego, że papież jest znawcą tanga tzn. umie tańczyć i zna tradycję tanga. Kard. Bergolio opowiada, że chodził na milongi ze swoją dziewczyną, jeszcze zanim rozpoznał powołanie kapłańskie. Tango to wg papieża pewien sposób życia i odczuwania. W optyce “natury czystej” papież popadł w oczywistą herezję.

  2. “…„Podczas chodzenia ze sobą zrezygnowaliśmy z wszelkich pocałunków, przytuleń, uścisków, a nawet trzymania się za ręce …” – do tego dodałbym jeszcze: nie patrzeć na narzeczona (bo można sie podniecić), nie gadać z nia (z tego samego powodu). Proponuję kontakt korespondencyjny, najlepiej email w trybie ASCII-only (żeby nie przesyłać zdjęć ani dźwieku). Jako że w małżeństwie też można zgrzeszyć przeciw czystości, zapłodnienie też proponuję przeprowadzic korespondencyjnie albo za pomocą pipetki. Popęd płciowy proponuję zaspokajać w burdelu, a z burdelu latać prosto do konfesjonału.

  3. Powinno się w ogóle zrezygnować z rozmnażania,a wszyscy powinni udać się do zakonów. Byłby to błogosławiony koniec świata. Taką opinię raz usłyszałem od pewnej tradycjonalistycznie nastawionej osoby.

  4. 1/ Przesadzacie Panowie. Każdy tworzy sobie Boga na swój obraz i podobieństwo. Bóg p. Salwowskiego to złośliwy potworek, który stworzył nas dla swojej przyjemności a w świecie umieścił za karę (takie ma przyjemności), co jest tylko preludium do większych jeszcze kar ostatecznych. W takim światopoglądzie człowiek boi się normalnego funkcjonowania i tworzy sobie iluzje np. z ledwością tylko jest wstanie przyznać, że doświadcza jakichś przyjemności zmysłowych: “przyjemność z dotyku miękkiego futra […] jest przyjemnością W PEWNYM SENSIE zmysłową”. Oczywiście dotykanie kociego futra kota jest przyjemnością w każdym sensie zmysłową, tak samo jak i wszystkie inne przyjemności (nihil est in intellectu, quod non sit prius in sensu), ale neurotyk tego nigdy nie przyzna, bo przyjemności zmysłowej zwyczajnie się boi. Ciekawe co by powiedział na fakt, że lęk też jest uczuciem zmysłowym? 2/To nie byłby koniec świata tylko koniec rodzaju ludzkiego. Nieuzasadniony antropocentryzm. Świat istniał miliardy lat przed człowiekiem i będzie istniał miliardy lat po nim.

  5. @Włodzimierz Kowalik Tylko, że Bóg dał nam taką jedną Księgę, mocno antropocentryczną, której powinniśmy się (w miarę możności) trzymać. BTW przyznaję, że też spotkałem się z osobą myślącą w ten sposób co znajomy/a Jokera.

  6. @Włodzimierz Kowalik: Znam “Boga” Pana Salwowskiego, to tzw. “Demiurg ŻBP (Żydowski Bożek Plemienny)”. Czyżby Pan Salwowski był kabalistą czy raczej gnostykiem?

  7. Nie znam się na kabale ani na gnozie. Wydaje mi się, że “Żydowski Bożek Plemienny” raczej lubił seks. Ja preferuję bardziej naukowe pomyślunki. Psychologia rozwojowa podaje a neurokognitywistyka poznawcza potwierdza, że najpierw rozwijają się w człowieku emocje, potem rozum (wtedy katolickie dzieci idą do I komunii) a w okresie dojrzewania genitalia. Jeżeli emocje nie rozwiną się dostatecznie (co dzieje się standardowo przez zanik wyrażania czułości w rodzinie – choroba większości “katolickich” rodzin), lub tylko jednostronnie (pobudzanie uczuć bojowych dziecka: lęku lub odwagi w procesie tzw. wychowania a de facto tresury) to młodemu człowiekowi zostanie tylko sam rozum i genitalia, oraz ewentualnie ów lęk. Kiedy życie rozgrywa się między genitaliami a rozumem to można w zasadzie tylko płakać, bo to w ogóle nie jest życie ludzkie. Nawet jeśli narzeczeni zachowają rozum przed ślubem to siłą rzeczy po ślubie popadną w genitalność i przekażą swoim dzieciom taką samą pustkę emocjonalną w jakiej wzrastali. “Żydowski Bożek Plemienny” karze bowiem grzechy ojców na potomkach do siódmego pokolenia.

  8. Pozwolę sobie wkleić cytat z wypowiedzi pana Salwowskiego pod tym samym tekstem na Frondzie, który podlinkował: “Jeśli ktoś rzeczywiście potrafi w swych poufałych relacjach z płcią przeciwną jasno oddzielić przyjemność seksualną płynącą z dotknięć, pocałunków, objęć od przyjemności zmysłowej, acz nie-seksualnej z tego płynącej (a więc bardziej dotyka swą ukochaną jak kota czy miękką pościel niż jak kobietę) to OK.” To naprawdę smutne i potwierdzające uwagi pana Kowalika, że są ludzie którzy kobietę potrafią dotykać tylko albo jako obiekt spełnienia seksualnego albo jako zwykły przedmiot.

  9. @ElDesmadre: Bardzo ciekawe te uwagi o zubożeniu/sprymitywizowaniu sfery emocjonalnej … Trochę to przypomina, w sumie bedący przejawem niedojrzałości, latynoski “maczyzm”, gdzie mężczyźni oscylują pomiędzy skrajnościami w postrzeganiu kobiet, np. między zakonnicą a prostytutką …

  10. Tak to jest, gdy ktoś z dzieciństwa wyniósł wspomnienie dotyku pościeli albo kota, a nie pamięta dotyku matki. Widocznie mamusia nakarmiła do łóżka położyła, pościel wyprała, nawet kota kupiła, ale żeby synka przytulić to już nie starczyło siły. Takie mamusie powinny się w piekle smażyć, gdyby nie fakt, że same naśladowały w tym swoich rodziców i odreagowywały stosunek własnych mężów. Tym niemniej skutek jest fatalny: dorosły facet zastanawia się, czy obecność kobiety bardziej mu przypomina obecność kota, czy obecność poruszenia genitalnego. I zamiast połączyć, co Bóg złączył, zastanawia się wyłącznie jak te poruszenia od siebie ODDZIELIĆ. Czyli robi wszystko, żeby się psychicznie rozpaść na odrębne “kawałki” zamiast się psychicznie zintegrować. Przypadek do terapii, ale źle rokujący, bo negujący to, co jest specyfiką ewolucji homo sapiens: więzi społeczne. O obrazie “tatusia”, autorytatywnego, agresywnego samca też wypadałoby coś napisać, ale już mi się nie chce.

  11. @Włodzimierz Kowalik: Oj, w kontekście “nieprzytulajacych mamus” to raczej trzebaby napisac o tatusiu typu “wycofana-dupa-wołowa”. Wtedy mamusia robi w domu za faceta i zamiast estrogenu wytwarza testosteron, :-). A skutki juz Pan opisał …

  12. ” Bóg p. Salwowskiego to złośliwy potworek, który stworzył nas dla swojej przyjemności a w świecie umieścił za karę (takie ma przyjemności), co jest tylko preludium do większych jeszcze kar ostatecznych. ” Swoją drogą ‘Bóg’ NIEKTÓRYCH tradycjonalistów to podobny potworek,który stworzył rozum tylko po to,by go ograniczać do klepania formułek i posiadania jedynie słusznego “superkatolickiego” poglądu na każdą dziedzinę życia. Tutaj nie ma miejsca na zastanowienie się czy np. wolny rynek może być lepszy od korporacjonizmu (bo przecież Pius XI powiedział itp), augustynizm od swoiście rozumianego tomizmu,albo czy może Pius XII mylił się co do długości trwania postu eucharystycznego. Każdy kto ma inne zdanie jest heretykiem i jest potępiony. To tak samo jak u Salwowskiego. Każdy kto ma inne rozumienie chrześcijaństwa jest nieczystym rozpustnikiem-i jest potępiony. Zarówno niektórzy tradycjonaliści jak i Salwowski wbijają się w pychę. Ale pychy nie uważają za istotny grzech.

  13. 1/ Piotr Kozaczewski: na jedno wychodzi. W Polsce instytucja super-mamusi rzeczywiście jest bardzo powszechna. To się chyba w czasie zaborów zaczęło, zaważył chyba ideał matki-Polki przekazującej wiarę-tradycję-patriotyzm-etos. Podobno we Włoszech jest to samo. 2/ Joker, sumienie to jeszcze nie pycha. Gdy ktoś jest ukształtowany tak jak “pewni tradycjonaliści” to trudno wymagać, żeby ich sumienie działało inaczej. A sumienie jest ostateczną instancją. Nie ma sensu tokować o czystości serca komuś, kto kobietę postrzega albo jako obiekt zaspokojenia seksualnego albo jak zwykły przedmiot. To tak samo beznadziejne jak wymaganie zrozumienia 24 tez tomistycznych od zwykłego wiernego bez studiów filozoficznych.

  14. Zar: /1/Chciałbym nieśmiało zauważyć, że moje dni na portalu już dawno zostały policzone. /2/ Wypraszam sobie wmawianie, że moje komentarze są “negatywne”. Napisałem: “o dziwo zgadzam się z autorem”, korygując go tam gdzie są sprzeczności (p.Salwowski uznaje, że cel nie uświęca środków i uznaje, że cel uświęca środki, a to jest sprzeczność) i niekonsekwencje (seks jako dziedzina stricte naturalna, nie dotknięta grzechem pierworodnym). /3/ Fałszuje Pan cytaty. Nie napisałem, że “mamusia nie kochała” tylko, że nie potrafiła tego OKAZAĆ w sposób, który dziecko może ODEBRAĆ. Małe dziecko nie rozumie abstrakcyjnych pojęć. Nie wie, co znaczy “kochać”, tylko odczuwa pieszczoty, które z czasem nazwie miłością (jeśli w ogóle będzie miało co tak nazwać). Właśnie na skutek dziecięcego deficytu w przyjmowaniu znaków miłości, dorosły człowiek nie umie rozpoznać gestów miłości. Ale oczywiście popęd seksualny ma normalny, podobnie jak rozum – o ile tylko jest biologicznie zdrowy. Nie jest to żadne “he, he” tylko empiryczna teza do naukowego zweryfikowania. Nie przez psychologię, której p. Salwowski oczywiście nie lubi, tylko przez nauki przyrodnicze.

  15. 1/ Santus Faustus I: W zasadzie swoim publicznym wulgaryzmem już popełniłeś grzech ciężki, dokładnie w myśl poglądów, o których mówi artykuł. 2/ R.d.C: Pomijając, że prywatne objawienia nie wiążą katolika, to kłopot z wizjami mistycznymi jest ten, że nigdy nie wiadomo, co one znaczą. Jan od Krzyża, najwyraźniej świadom, że wizja angażuje mózg i dane w nim zgromadzone, nalegał, żeby wszystkie wizje ignorować, choćby pochodziły od aniołów i Matki Bożej. Emmerich zdaje się sugerować, że grzech zmienił naturę człowieka (Adam przed i po grzechu to zupełnie, co innego), tak samo jak i naturę świata (świat przed grzechem to co innego niż po) i tak jak część teologów wiąże seks ze skutkiem grzechu. Adam i Ewa przed grzechem wiedzieli, że się mają rozmnażać, ale nie wiedzieli, jak to mają robić (coś jak obecnie dzieci). Po grzechu dowiedzieli się, ale była to już wiedza grzeszna. Św. Tomasz na takie ujęcie się nie zgadzał, twierdząc, że skłonność naturalna jest zawsze praworządna a twierdzić inaczej to tyle, co ubliżać Stwórcy (diabeł jak wiadomo nienawidzi Wcielenia i tego co jest jego warunkiem czyli ciała, bo to była przyczyna jego upadku). “Zawsze” a zatem i teraz, dzięki czemu w ogóle rozumiemy opowieści o raju. U Tomasza zdolność płodzenia istniała przed grzechem a jej realizacja była daleko przyjemniejsza niż jest obecnie, bo natura była wrażliwsza. W takim czy innym ujęciu zupełnie nie-grzeszny sposób rozmnażania jest zupełną tajemnicą. Ten motyw powtarza się zresztą stale w tego typu rozważaniach. Moim zdaniem można tylko odrzucić skrajności (deifikację seksu oraz uznanie go za zło konieczne). Osobiście w wizjach Emmerich nie widzę wyjścia poza paradygmat kozła ofiarnego. Dziś teologia ma inne problemy, wynikające z naukowego obrazu świata. Obraz ten przestał opierać się o potoczne doświadczenie, a wiedza o przyczynach takiego a nie innego kształtu tego doświadczenia niepomiernie wzrosła np. biologiczny mechanizm pożądania seksualnego jest dziś dobrze znany a w czasach Emmerich nie miano o nim pojęcia. Skutkiem tego budowanie teologii raju na bazie osobistej introspekcji (czyli w zasadzie tego, jak sam przeżywam pokusy, walki itd.) nie rokuje specjalnych nadziei. Sam staję bezradny wobec zestawienia podobnych mistycznych wizji z ewolucyjnym obrazem świata.

  16. We wcześniejszej mojej wypowiedzi zamiast “etyki” miała być “erotyka”. Ad W. Kowalik Ale z kolei papież Urban VIII (1623-44) tak ujął sprawę prywatnych objawień i przeżyć mistycznych: „W podobnych przypadkach lepiej jest wierzyć niż nie wierzyć, gdyż jeżeli wierzymy i zostanie udowodnione jako prawdziwe – będziemy szczęśliwi, że uwierzyliśmy, gdyż o to prosiła Matka Najświętsza. Natomiast jeśli wierzycie i to okaże się fałszywe, otrzymacie wszystkie łaski, jakby to było prawdziwe, gdyż uwierzyliście, że to było prawdziwe”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *