O co chodzi z tymi marszami niepodległości ?

Przyglądając się zamieszkom ulicznym z 11 listopada ulega się nieodpartemu wrażeniu, iż są one konsekwencją grzechu pierworodnego polskich mediów, a także całego polskiego dyskursu publicznego, polegającego na próbie wyrugowania z polskiej pamięci politycznej postaci Romana Dmowskiego. Tym samym pamięć ta, niegdyś wypierana powraca dziś w dwójnasób i to powraca w wynaturzonej formie.

Jeszcze kilka lat temu nazwisko Dmowskiego nawet się nie pojawiało w kontekście oficjalnych obchodów, a prezentowana w materiałach telewizyjnych charakterystyka wydarzeń historycznych z początku XX wieku, które doprowadziły do odzyskania przez Polskę niepodległości – zbudowana była na jednostronnej wyliczance zasług jednego aktora. Sytuacja  zaczęła się stopniowo zmieniać od kilku lat mniej więcej od okresu ufundowania pomnika Romana Dmowskiego w Warszawie oraz rozpoczęcia organizacji tzw. „marszów niepodległości”. W efekcie gdyby pokusić się o policzenie częstotliwości wypowiadanych w tym roku nazwisk „architektów niepodległej” w telewizyjnych relacjach z obchodów 11 listopada to najprawdopodobniej okazałoby się, że słowo Dmowski padało najczęściej.

Pozostaje jeszcze zadać pytanie: w jakim kontekście pada to nazwisko ? Niewyrobionemu widzowi postać Dmowskiego kojarzy się dziś z zamieszkami i burdami ulicznymi. Tradycja narodowa znacznie chyba odbiega od tej jaką prezentują młodzi i niewyrobieni jeszcze działacze młodzieżówek narodowo-radykalnych. To tradycja głęboka, intelektualna, daleka od politycznych namiętności. Opiera się ona na realizmie politycznym i krytycznym podejściu do własnego narodu.

Trzeba jednak pamiętać, iż w tradycji narodowej istnieją różne odłamy, w tym i te radykalne; a sam Dmowski swój sceptycyzm i realizm polityczny godny wytrawnego męża stanu chował za inicjatywami populistycznymi, realizowanymi dla zwiększenia poparcia społecznego własnego obozu, któremu nadał wszak synonim „demokratycznego”.  Stąd jego nacjonalizm, a także odwoływanie się do kategorii wroga.

Mówiąc o tych radykalnych inspiracjach ruchu narodowego trzeba zatem zwrócić uwagę na  pewne pozytywne konsekwencje wydarzeń z 11 listopada. Wiązać je należy z szansą na rozhermetyzowanie polskiej sceny politycznej, a przynajmniej rozhermetyzowanie naszych wyobrażeń, które funkcjonują obecnie w ramach dwudzielnej formuły PO-PiS. 

Niezależnie od faktu jak wielki grymas niezadowolenia wywołują w nas zamieszki współorganizowane przez kiboli ich istnienie wprowadza coś nowego. Jak dotąd istniała tylko jedna siła polityczna, która zagospodarowywała radykalny elektorat. Pojawienie się formacji na prawo wobec PiS-u siłą rzecz spycha ten ostatni w miejsce, w którym czuje się źle. Prawo i Sprawiedliwość zbudowało swoją siłę na dwudzielności polskiej sceny politycznej. Jawiło się ono polskiemu wyborcy jako nieustraszony bojownik pewnych wartości i były to wartości o silnym zabarwieniu emocjonalnym. Analizując nastroje panujące w Polsce po 10 kwietnia 2010 roku – niespokojne i dalekie od racjonalności – zrozumiemy jak silny jest związek partii Kaczyńskiego z tzw. elektoratem radykalnym. PiS w zaistniałej sytuacji czuł się bardzo dobrze i była to wymarzona sytuacja dla tej formacji.  

Gdyby udało się środowiskom narodowym zbudować alternatywną silę polityczną albo choćby wpuścić przez szczelinę trochę świeżego powietrza, PiS mógłby czuć się zaniepokojony, gdyż zostałby zepchnięty w kierunku politycznego centrum czyli w miejsce dla niego niekomfortowe. Oczywiście tylko pod warunkiem, że tzw. młodzi narodowcy nie zaczną się dogadywać z PIS-em.

Marek Graban

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.