O pozytywną politykę europejską

Odpowiedź Adama Danka na moją z nim polemikę, zatytułowana Europejskie manowce wydaje mi się poruszać co najmniej dwa zagadnienia bardziej ogólne niż sam dzielący nas spór o Europę, warto zatem nad problemami tymi się zatrzymać i poświęcić im trochę czasu.

O przewagach idei i woli nad materią

Przede wszystkim, rozgraniczmy zatem dwie płaszczyzny dyskusji: czy dotyczyć ma ona istniejącej obecnie Unii Europejskiej, czy zjednoczonej Europy w ogóle? Adam odrzuca pojęcie europejskości w ogóle, podpierając się argumentem o zdegenerowanej postaci Europy nam współczesnej. Nie jest to argumentacja do końca przekonująca, ponieważ liczba koncepcji desygnowanych przez ideę Zjednoczonej Europy jest większa niż koncepcje lewicowego liberalizmu stojące za dzisiejszą Unią Europejską.

W swojej Adamowi odpowiedzi, wskazałem na szereg postaci, z którymi kojarzyć można koncepcje odmienne niż lewicowy liberalizm1. Sam również w różnych swoich wypowiedziach dawałem do zrozumienia, że Imperium Europejskie, odwołując się do tradycji ludów europejskich, powinno być czymś zupełnie innym niż lewicowy liberalizm.

Na to Adam odpisał mi, że otaczające nas fakty są rozbieżne z koncepcjami przeze mnie przedstawianymi bądź cytowanymi. Mógłbym na to odpowiedzieć podobnie jak Hegel, któremu gdy zarzucono, że „fakty przeczą jego teorii”, stwierdził po prostu „tym gorzej dla faktów”.

W tym właśnie miejscu dochodzimy do najciekawszego miejsca naszego sporu. Otóż od pewnego czasu Adam wykazuje w swojej publicystyce i wypowiedziach prywatnych stale wzrastające lekceważenie dla sfery ideowej i zajmującej się nią filozofii politycznej. W zamian za to, radzi czytać wspomnienia czynnych polityków i zapoznawać się z mechanizmami funkcjonowania polityki takiej, jaką ona w rzeczywistości jest.

Zalecenie to, w swojej części pozytywnej, wydaje się być rozsądne i słuszne, bo też komentując i starając się wpływać na zjawiska i procesy polityczne, należy znać rządzące ich działaniem prawidłowości i mechanizmy. Mam jednak wrażenie, że demonstracyjne odrzucanie przez Adama „pisania ładnie brzmiących ogólników” ma być z jego strony formą odcięcia się od bardzo konkretnego zestawu idei, w tym akurat przypadku od idei europejskiej.

To oczywiste bowiem, że polityka zaczyna się od rozpoznania pewnej prawdy ideowej przez filozofię polityczną, następnie zbudowania w oparciu o tę prawdę określonej koncepcji politycznej, wreszcie kończy się operacjonalizacją tej koncepcji do postaci doktryny politycznej i będącego jej uszczegółowieniem programu politycznego, które następnie staramy się wdrażać w życie. By do czegoś dążyć, musimy wiedzieć, czego chcemy.

Tworząc zatem koncepcję Zjednoczonej Europy, nie opisujemy ani nie wyjaśniamy istniejącej dziś rzeczywistości (tym zajmuje się teoria), ale wskazujemy pożądany przez nas stan rzeczy, tak więc nasz cel polityczny. Doktryna polityczna z kolei wskazuje nam, na czym mamy się oprzeć, dążąc do uporządkowania politycznej materii tak, by odpowiadała tym celom a także wartościom z których cele owe wyprowadzamy.

Gdy istniejąca rzeczywistość odstaje od naszej koncepcji, znaczy to tylko tyle, że rzeczywistość tą trzeba do naszej koncepcji dostosować. Od umiejętnej konceptualizacji doktryny politycznej, od ułożenia realistycznego programu politycznego i od naszych działań mających służyć ich wdrożeniu zależy, czy rzeczywistość materialną uporządkujemy w taki sposób, by odbijała ona porządek rozpoznanego przez nas świata ideowego.

Gdyby zatem mój spór z Adamem dotyczył jedynie tego, czy tu i teraz możliwe jest zbudowanie imperialnej Europy i jak to zrobić, prawdopodobnie moglibyśmy znaleźć nić porozumienia. Celem polemiki Adama, którego domyślam się w jego wypowiedziach, nie jest jednak zarzucenie m że przypisuję faktom materialnym znaczenie którego w rzeczywistości one nie posiadają. Do tego zagadnienia wrócę jeszcze niżej, gdyż tu adamowa krytyka jest w części przedmiotowo słuszna, choć z kolei zawiera nadinterpretację moich własnych tez. Póki co jednak, stwierdzić wypada, że istotą i powodem naszej polemiki jest, że Adam odrzuca, jak mi się wydaje, nie tyle konkretną doktrynę budowania Zjednoczonej Europy, ile samą tę koncepcję w jakiejkolwiek jej postaci.

Krytyka przez Adama idei Zjednoczonej Europy przez wskazanie na jej dzisiejszą materializację w osobie Cohn-Bendita nie dotyka zatem istoty dokonywanego przez mojego Polemistę zaprzeczenia: gdyby bowiem uosobieniem idei paneuropejskiej był dziś von Metternich lub Oswald Mosley, Adam prawdopodobnie zwalczał by tę koncepcję z równym obecnemu przekonaniem.

O przewagach bycia dużym nad byciem małym

Stąd właśnie nie trafia do mnie przedstawiona przez Adama alternatywa dla integracji europejskiej, mianowicie samoizolacja i dążenie przez Polskę do autarkii. Mój własny, a zacytowany przez Adama, wywód na temat Turkmenistanu i Korei Północnej miał wskazywać drogę polityki defensywnej, mającej w sytuacji faktycznego załamania się dziś koncepcji eurazjatyckiej ratować to, co ratować się da – mianowicie wewnętrzny porządek państw, które dotychczas gwarancji swojego bezpieczeństwa upatrywały w sojuszu z Rosją.

To jednak oczywiste, że polityka taka jest polityką klęski, bowiem wymusza zupełną rezygnację lub daleko idące ograniczenie, przez państwa nie będące mocarstwami, kształtowania i optymalizacji reguł funkcjonowania środowiska międzynarodowego. Polityka izolacji wymusza na niemocarstwowych uczestnikach stosunków międzynarodowych wyrzeczenie się tej grupy celów polityki zagranicznej, którą roboczo można nazwać „ekologicznymi”.2

Państwowych uczestników stosunków międzynarodowych ze względu na zdolność porządkowania przez nich materii polityki podzielić można na trzy grupy: 1) mocarstwa, zdolne nadawać określony kształt rzeczywistości poza swoimi granicami państwowymi (np. USA, Rosja) 2) państwa podmiotowe, zdolne zapewnić sobie monopol na porządkowanie rzeczywistości w swoich własnych granicach (np. Polska, Szwajcaria) 3) państwa niepodmiotowe, niezdolne kontrolować w pełni własnych wewnętrznych procesów politycznych, gospodarczych, społecznych etc. (np. Ukraina, Grecja).

W przypadku krajów takich jak Polska, Korea czy Turkmenistan, państwa te posiadają materialny potencjał do stania się podmiotowymi, brakuje im go jednak by wpływać na procesy międzynarodowe. Mogą one jedynie mniej lub bardziej efektywnie odstraszać lub bronić się przed mocarstwami (jak robi to skutecznie od lat 90-tych Korea), same nie mogą jednak zaszkodzić mocarstwom na ich własnym terenie.

Gdy chcą zmienić układ sił na niekorzyść mocarstwa lub zmienić reguły funkcjonowania systemu międzynarodowego, muszą formować rozleglejsze bloki geopolityczne z innymi podobnymi sobie państwami, gromadząc w ten sposób potencjał częściowo przynajmniej równoważący potencjał mocarstw.

Dlatego właśnie Kuba i Korea Ludowo-Demokratyczna uczestniczyły w równoważącym USA bloku państw komunistycznych, zanim ten nie rozpadł się pod koniec lat 80-tych. Z tego samego powodu dzisiejsza Wenezuela (a z jeszcze bodaj większym przekonaniem Ekwador) forsuje integrację socjalistycznych państw latynoskich w ramach ALBA. Taki sam cel przyświecał wreszcie zwolennikom integracji eurazjatyckiej i taki też między innymi cel wskazują tradycjonalistycznie usposobieni zwolennicy integracji europejskiej.

Trzymając się logiki Adama, Kuba nie powinna wchodzić do RWPG ani budować wspólnie z blokiem sowieckim alternatywy dla forsowanego przez Waszyngton panamerykanizmu. Boliwia powinna jak najszybciej wystąpić i aktywnie rozbijać ALBA. Białoruś powinna opowiedzieć się przeciw projektowi Unii Eurazjatyckiej, przeciwdziałać mu i prowadzić politykę bezpieczeństwa wedle zasady à tous azimuts. Wreszcie Polska powinna wystąpić z Unii Europejskiej i dążyć do jej rozpadu.

Postępowanie takie byłoby jednak sprzeczne z racją stanu wymienionych państw, gdyż pogarszało by ich położenie międzynarodowe. Po rozpadzie bloku państw socjalistycznych położenie międzynarodowe i sytuacja gospodarcza Kuby i Korei Ludowo-Demokratycznej uległy pogorszeniu. Kuba musiała zaniechać „strategii kontynentalnej” (wspierania socjalistycznych ruchów rewolucyjnych w Ameryce Łacińskiej) i zaangażowania w Afryce. KRL-D zmuszona została do realizacji ambitnego programu zbrojeniowego i drastycznego ograniczenia konsumpcji oraz obniżenia poziomu życia obywateli (przejściowo doświadczyła nawet klęski głodu). Gdyby zabrakło ALBA, pozbawiony oparcia zewnętrznego rząd sandinistów w Nikaragui mógłby stracić władzę jak stracił ją w zainspirowanym przez USA zamachu stanu w 2009 r. honduraski prezydent Manuel Zelaya.

Polityka międzynarodowa polega, generalnie, na zabieganiu o coraz większą koncentrację siły, by używać jej później dla dezintegracji innych ośrodków siły i dla dalszego powiększania ośrodka własnego. Organizmy polityczne obejmujące wielkie przestrzenie i władające dużym potencjałem są zatem bardziej funkcjonalne od organizmów przestrzennie ograniczonych i owładających mniejszym potencjałem. Unia Europejska, ze swoim sięgającym 30% udziałem w światowym PKB3, czyni z Europy najważniejszy na świecie biegu geoekonomiczny – czym byłaby natomiast w światowej gospodarce osamotniona Polska? Państwo narodowe, z definicji ograniczone narodowym terytorium, w pewnym momencie dosięga szklanego sufitu, przez który przebić może się tylko wówczas, gdy przestanie być państwem narodowym, a stanie się (częścią) imperium.

O przewagach uczenia się na cudzych doświadczeniach

Weźmy dla przykładu Indie. Zamieszkuje tam ponad 2 000 narodowości, posługujących się ponad 400 językami i wyznających trudną do ustalenia liczbę religii i kultów, występujących w najrozmaitszych swoich lokalnych odmianach. W czasach nowożytnych subkontynent indyjski podzielony był na setki zazdrośnie strzegących swojej suwerenności państewek. Gdy w XVII wieku jego penetrację podjęły wielkie kapitalistyczne kompanie holenderskie, francuskie i angielskie, państwa te były przez nie uzależniane układami subsydialnymi i kierowane jedne przeciw drugim, otwierając drogę ekspansji kapitalistów z Amsterdamu czy z Londynu. Strzegący swej niepodległości władcy Hajdarabadu i Marathu pomogli Brytyjczykom zlikwidować Królestwo Majsuru, następnie zaś sami popadli od nich w zależność. Tak samo wymanewrowani zostali na początku XIX wieku emirowie Sindu i elity wielu jeszcze innych państw indyjskich. Czy nie przypomina nam to rozgrywania europejskich nacjonalizmów przez USA – od Wielkiej Wojny począwszy, na dzisiejszych Bałkanach i Ukrainie skończywszy?

Cywilizacja indyjska odzyskała podmiotowość dopiero wówczas, gdy w XX wieku powstał ogólnoindyjski ruch emancypacyjny. Powstanie zjednoczonych Indii jako imperium, które pochłonęło setki istniejących wcześniej państewek, nie tylko nie zniszczyło tożsamości ludów subkontynentu, ale otworzyło Indiom drogę do stania się siłą zdolną wpływać na losy świata i forsować własne koncepcje jego uporządkowania. Utworzenie imperium w postaci zjednoczonych Indii przetworzyło oczywiście tożsamość mieszkańców subkontynentu, czy jednak żałować powinni przezwyciężenia przez nie swoich prowincjonalnych partykularyzmów, które – gdyby dotrwały do dziś – najpewniej wyewoluowałyby w państwa narodowe? Przeciwnicy ruchu ogólnoindyjskiego działali na szkodę swoich własnych ludów, zagradzając im drogę do odrodzenia swojej cywilizacji.

Tak samo oceniać wypada dzisiejszych przeciwników Zjednoczonej Europy – przed powstaniem zjednoczonych Indii, subkontynent ten, podobnie jak Europa, był wyłącznie wspólną przestrzenią historyczną i kulturową, niczym więcej. Nigdy w historii nie istniało imperium jednoczące całość terytorium dzisiejszych Indii. Żadna religia nigdy nie obejmowała wszystkich mieszkańców subkontynentu. Tak jak jednak Europa, Indie są względnie izolowanym od reszty kontynentu półwyspem Azji i dzięki temu w ich przestrzeni wykształciła się grupa sąsiadujących ze sobą i powiązanych ze sobą nawzajem rodzin kulturowych, a polityczna integracja zasiedlonej przez ukształtowane w nich ludy przestrzeni była czymś naturalnym.

Wcielmy się jednak w postać hipotetycznego hinduskiego tradycjonalisty, który żyłby w 1947 r. Mógłby on mieszkać w jednym ze wasalnych wobec UK krajów indyjskich – zależność tego kraju wobec Londynu przypominałaby nieco dzisiejszą zależność narodowych państw europejskich wobec USA uskuteczniającą się za pośrednictwem NATO i powiązań w gospodarce kapitalistycznej. Państwo jednak miałoby rozmaite zewnętrzne i materialne atrybuty suwerenności, własną specyfikę religijną, dynastyczną, językową, etniczną etc. Z drugiej strony, ruch Ghandiego rysowałby się jako żałośnie pacyfistyczny, demokratyczny, do tego obcy miejscowej tradycji. Ghandi wychowany na angielskich uniwersytetach i mówiący o sobie już po przejęciu władzy nad krajem że „jest ostatnim Brytyjczykiem rządzącym Indiami”, dla naszego hipotetycznego wielbiciela Ćanakli Kautuliji wydawać się musiał czymś obrzydliwym. A jednak to nie nasz wyimaginowany konserwatysta-partykularysta miałby rację, ale zwolennik Ghandiego.

Indie jako zjednoczone imperium, pomimo skopiowania z Londynu obcego ich tradycji „westminsterskiego modelu konstytucyjnego”, mają w sprzyjających okolicznościach szansę nie tylko twórczo uczestniczyć w formowaniu nowego porządku globalnego, ale też redefiniować swoją własną tożsamość ideologiczną i ustrojową. Indie podzielone na setki czy nawet dziesiątki państw narodowych i wyznaniowych, byłyby dziś nadal igraszką kapitalistycznych korporacji i areną bezsensownych i wykrwawiających je wojen wewnętrznych, jak były trzysta lat temu.

O przewagach polityki twórczej

Argument bowiem o powrocie do anarchii międzynarodowej, który wysunąłem na poparcie nawet tak ułomniej formy integracji, jaką jest dzisiejsza Unia Europejska, nie jest bynajmniej argumentem pozbawionym siły. Wspomniane przeze mnie hipotetyczne zagrożenie niemiecką dywersją na Śląsku wymieniłem bowiem w kontekście możliwego krachu europejskiego projektu integracyjnego i renacjonalizacji polityki w Europie. Niemcy pozbawione możliwości wzmacniania swojej pozycji za pośrednictwem ponadnarodowych instytucji europejskich, sięgnęłyby zapewne po bezpośredni nacisk międzypaństwowy, jak zrobiły to w latach 90-tych na Bałkanach. To właśnie bowiem brak instytucji integracyjnych ograniczył pole manewru polityki Berlina (i Wiednia) do wspierania zbrojnego rozbicia Jugosławii.

Wbrew bowiem twierdzeniom Adama, istnienie lub brak integracji europejskiej nie są rozstrzygające dla zachowania lub utraty podmiotowości danego państwa. Czarnogóra nie uczestniczy w integracji europejskiej, a pomimo tego od wielu już lat podporządkowała całkowicie swoją gospodarkę Niemcom, przyjmując jako walutę państwową najpierw markę niemiecką, a od stycznia 2002 r. euro. Wypominane przez Adama ideologiczne i gospodarcze uzależnienie Polski od Zachodu dokonało się na długo przed naszym wstąpieniem do Unii w maju 2004 r. i za datę dla niego przełomową uznać można raczej upadek ustroju socjalistycznego i zastąpienie go liberalnym w 1989 r. (a być może nawet już rządy Edwarda Gierka w latach 70-tych). Z drugiej strony, Węgry pod rządami Viktora Orbana, pozostające członkiem Unii i bynajmniej nie domagające się jej rozbicia ani nie dążące do jej opuszczenia, potrafią prowadzić podmiotową politykę własną i w granicach możliwości dokonują nawet czegoś na kształt „rewolucji konserwatywnej”.

Po prostu pozycja międzynarodowa naszego państwa będzie zależała od jakości naszej polityki zagranicznej, integracja europejska modyfikuje zaś jedynie możliwe sposoby jej prowadzenia. Modyfikuje na lepsze, gdyż pęta sąsiednie mocarstwa, ograniczając możliwości ich wrogiego nacisku na nasz kraj, z drugiej zaś strony, czyniąc nas częścią wewnętrznego systemu politycznego Unii, otwiera nam możliwości współkształtowania go. Zamiast zatem degradować własne państwo do jeszcze jednego nic nie znaczącego państwa narodowego, należy po prostu skonceptualizować własny program integracji europejskiej i opracować plan jego wdrożenia.

I tak na przykład polityczne zbliżenie z Węgrami, forsowanie zbliżenia z Białorusią i z Rosją, popieranie państw opierających się amerykanizacji i forsowanie przyjaznego do nich stosunku (np. zniesienia embargo na handel bronią z Chinami, sprzeciw wobec agresji na Iran, poparcie dla niepodległej Palestyny) mogłyby być polską propozycją redefiniowania polityki unijnej. By realizować tego rodzaju doktrynę, w sprzyjających okolicznościach nie trzeba by wcale występować z Unii. Politykę taką forsować na forum Unii, starając się przekonać do niej zwolenników. Zwłaszcza, jeśli postulaty takie przedstawiałoby się w szerszym pakiecie, obejmującym też na przykład stworzenie armii europejskiej, wspólnej reprezentacji Unii w polityce zagranicznej, jednolitego kierownictwa politycznego etc.

O przewagach polityki elastycznej i podmiotowej

Z dzisiejszej perspektywy, możliwa jest też jednak postępująca degradacja Unii Europejskiej. Wydaje się, że przełomem dla Unii był początek lat 2000-nych. Ogarniające cały Kontynent wielomilionowe manifestacje antyamerykańskie przeciwko agresji na Irak w 2003 r. mogły dać początek zbiorowej tożsamości europejskiej. Konstytucja Europejska, najpierw zepsuta przez siły antyeuropejskie, następnie zaś w ogóle odrzucona w 2005 roku, mogła nadać Unii treść polityczną. Utrata władzy przez siły kontynentalne na rzecz sił atlantyckich w Niemczech w 2005 r. i we Francji w 2007 r. w ogóle pogrzebała szanse na emancypację Europy i na jej zbliżenie z Rosją. Kryzys roku 2008 obniżył z kolei spójność wewnętrzną Unii i zachwiał jej stabilnością. Innymi słowy, integracja europejska poniosła od lat 90-tych widoczną porażkę i rację ma poniekąd Tomasz Gabiś, że w obecnej swojej postaci jest projektem pozbawionym perspektyw – będzie zapewne trwać siłą inercji, obumierając jednak stopniowo i zamieniając się w opróżnioną z politycznej treści atrapę.

Być może zatem, i tu właśnie wracamy do obiecanego wyżej wątku, tak jak bankructwo projektu eurazjatyckiego po kryzysie ukraińskim uczyni dla państw takich jak Białoruś najrozsądniejszą opcją samoizolację, tak wyczerpanie się projektu europejskiego wymusi na Polsce większą dozę autarkii. Nie wykluczam takiej możliwości i uważam, że państwo polskie powinno być na nią przygotowane. Nie powinno jednak stanu tego przyspieszać, dążyć do niego, ani blokować możliwości wyjścia z niego, gdy taka się pojawi.

W podobny sposób zapatrują się zresztą na integrację eurazjatycką eksperci z zaprzyjaźnionego z macierzystym portalem Adama środowiska białoruskiego Projektu Cytadela. W analizach zamieszczanych na ich portalu przeczytać można bardzo ciekawą krytykę rosyjskiej polityki eurazjatyckiej i jej nacjonalistycznych wypaczeń, program korekty lub nawet przedefiniowania integracji eurazjatyckiej na określonych jej odcinkach4, zarazem jednak nie odrzuca się tam samego projektu eurazjatyckiego. Można bowiem opowiadać się za integracją własnego państwa w ramach rozleglejszego bloku geopolitycznego – nawet gdy jest to blok o konstrukcji wyraźnie asymetrycznej na niekorzyść naszego państwa, robiąc to jednak z pozycji podmiotowych i odciskając na projekcie integracyjnym własne twórcze piętno.

W tym właśnie miejscu warto wrócić po raz kolejny do Węgier i osoby ich premiera, Wiktora Orbana. Jak donoszą środki masowego przekazu5, 26 lipca spotkał się on w Tusnádfürdő z grupą aktywistów z młodzieżowej przybudówki swojej partii, którym powiedzieć miał między innymi, że „epoka liberalnych demokracji się skończyła”, następnie zaś że Węgry stworzą mechanizmy przeciwdziałania ingerencji zagranicznych organizacji rządowych i nierządowych starających się psuć ich system polityczny, z uwagą będą przy tym obserwować ustroje państw takich jak Rosja, Turcja, Chiny, Indie czy Singapur. Handel zagraniczny Węgier ma również zostać zdywersyfikowany, tak by po połowie jego udziałów przypadało na kierunek zachodni i wschodni. Nowe państwo węgierskie zarzucić ma skompromitowaną zachodnią ideę państwa opiekuńczego, gdyż naśladowanie zachodniego modelu liberalnego po kryzysie 2008 r. byłoby samobójczym prowincjonalizmem. Naród węgierski ma być nie liberalnym zbiorem jednostek, lecz zbudowaną na chrześcijaństwie wspólnotą.

Warto przy tym odnotować, że Orban nie neguje integracji europejskiej. Raczej poszukuje odmiennej niż liberalna formuły dla niej. W wydanej w języku polskim w 2009 r. książce Ojczyzna jest jedna kilkukrotnie cytuje ówczesnego bawarskiego premiera i kandydata do urzędu kanclerskiego, Edmunda Stoibera, w innym zaś miejscu, uważanego za twórcę zachodnioniemieckiego „cudu gospodarczego” Ludwika Erhardta. W ogóle widać w tej książce nadzieję na zbliżenie węgiersko-niemieckie na gruncie wartości konserwatywnych i chrześcijańskich. Możliwe zatem jest, przynajmniej hipotetycznie, prowadzenie polityki konserwatywnej i podmiotowej, a zarazem proeuropejskiej.

Przykład węgierski wskazuje nam drogę, jaką powinny podążać siły stawiające sobie za cel odbudowę Europy. Na początek uporządkowanie spraw wewnętrznych i wzmocnienie państwa, następnie zaś poszukiwanie aliantów i możliwości przedefiniowania ponadnarodowej struktury europejskiej. Jeden z ojców ideowych tej koncepcji integracji europejskiej do której się odwołuję, baron Julius Evola pisał „(…) warunkiem wstępnym (powstania Imperium Europejskiego – R. L.) powinna raczej być integracja i konsolidacja każdego narodu jako hierarchicznej, zjednoczonej i wewnętrznie zróżnicowanej formy. Natura części powinna odzwierciedlać naturę całości. Gdy poszczególne narody zostaną hierarchicznie zorganizowane jako stabilne elementy, i po złamaniu nacjonalistycznej pychy Vico’ańskiej „dumy narodowej” (która niemal zawsze odpowiada elementowi demagogicznemu i kolektywizującemu), wskazany zostanie kierunek, który w sposób naturalny poprowadzi poza poszczególne przestrzenie narodowe, w kierunku wyższego rzędu jedności. (…) podstawowym warunkiem wstępnym dla możliwej zjednoczonej Europy będzie polityczna integracja poszczególnych narodów. Jedność europejska nigdy nie będzie pewna, jeśli polegać będzie na jakimś czynniku zewnętrznym”. Innymi słowy, wzmocnienie państwa jest warunkiem wstępnym dla rokującego szansę powodzenia forsowania własnego projektu europejskiego. Forsowanie takiego projektu jest bowiem strategią ofensywną, wymagającą odpowiedniego zaplecza. To, co natomiast proponuje Adam, to strategia defensywna realizowana pomimo że na razie nie jest to jeszcze konieczne.

O przewagach ponowoczesności

Teraz docieramy do drugiego, być może bardziej interesującego niż sama dyskusja o Europie, wątku w mojej wymianie zdań z Adamem. Otóż tak jak pryncypialnie odrzuca on koncepcję europejską w jakiejkolwiek jej postaci, tak też wydaje się w ostatnim czasie odchodzić od tradycjonalizmu na rzecz czegoś, co sam nazwał kiedyś „wczesnym modernizmem”. Stąd chyba wszystkie zachwyty Adama nad antykolonialnymi nacjonalizmami „trzeciego świata”, nad dla tradycjonalisty dość odpychającymi kierunkami jak kemalizm, syjonizm, etatyzm amerykańskiej Partii Demokratycznej etc. Moim zdaniem, dystansowanie się wobec tradycjonalizmu łączy się z odrzuceniem projektu europejskiego, a swoje źródła ma chyba w „państwowym nacjonalizmie”, w którym Adam uformował się pod wpływem, zdaje się, myśli piłsudczykowskiej.

Ja te problemy zapatruję się nieco odmiennie, negatywnie bowiem oceniam rozmaite „wielkie narracje” nowoczesności jak nacjonalizm, marksizm etc. Powstały one przecież na gruzach świata tradycyjnego i by zająć jego miejsce, najpierw musiały go zanegować i zniszczyć. Postmodernizm relatywizuje wartość tych „wielkich narracji”, redukuje je do subiektywnych mniemań i w ten sposób poszerza pole działania dla antymodernistycznych narracji tradycjonalistycznych, etnicznych, religijnych etc. Sam postmodernizm atakuje oczywiście w równej mierze narracje tradycjonalistyczne, jak modernistyczne. Atakuje je, jak słusznie zauważył Adam, z pozycji skrajnego indywidualizmu.

Postmodernizm nie równa się jednak rzeczywistości przez siebie stwarzanej. W świecie ponowoczesnym, modernistyczne idee przestały już być aksjomatami, zarazem zaś, paradygmat postmodernistyczny nie zdobył jeszcze pozycji na tyle dominującej, by sam stać się aksjomatem. Trwamy zatem w swoistym martwym polu pomiędzy liniami frontu. Żyjemy w okresie przejścia międzyparadygmatycznego pomiędzy rozpadającym się właśnie paradygmatem modernizmu, a jeszcze nie okrzepłym paradygmatem postmodernizmu.

Gdyby paradygmat modernizmu wciąż miał pozycje tak silną jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu, nie byłoby miejsca dla narracji tradycjonalistycznych. Gdy zdąży już okrzepnąć paradygmat postmodernizmu, znów nie będzie dla nich miejsca, gdyż będą eliminowane równie stanowczo, jak paradygmat modernistyczny. U początku ponowoczesności pojawia się jednak „dziura w systemie”, która umożliwia przebicie się z tradycjonalizmem jako paradygmatem. Jednym z przejawów tej sytuacji jest obumieranie państwa narodowego i integracja europejska – stwarza ona pole nowych możliwości, aczkolwiek dla obsiania go potrzebna będzie duża zręczność i nieschematyczne myślenie.

Ilustracją opisanej wyżej różnicy między myśleniem Adama i moim, jest stosunek do organizowanych przez Unię referendów. Adam ubolewa, że były one farsą prawdziwej demokracji, bo powtarzano je dopóty, dopóki wynik nie był zgodny z oczekiwaniami organizatorów. Ja ze swej swej strony raczej jestem zażenowany, że traktat podpisywany przecież przez państwa, nie przez narody, w ogóle poddany został pod referendum, bo do jego wejścia w życie powinny wystarczyć ratyfikacje poszczególnych głów państw i następnie ogłoszenie w dziennikach urzędowych.

To jednak tylko na marginesie, dużo bowiem ciekawsze jest ubolewanie Adama nad obłudą demoliberalnej brukselskiej oligarchii.

Wyrażone piórem zwolennika białoruskiego czy syryjskiego modelu demokracji nieliberalnej, gdzie wybory i referenda owszem, są regularnie przeprowadzane, ale z zupełnym lekceważeniem standardów liberalnych, a często również i samej demokracji (fałszowanie wyników), zarzuty takie czyta się co najmniej ze zdziwieniem. Owszem, możemy się zgadzać lub nie z treścią danych porozumień i dokumentów, ale akurat instrumentalne traktowanie demokracji przeszkadzać nam w Unii specjalnie nie powinno. Ono też jest symptomem relatywizowania wartości idei i instytucji nowoczesnych – być może wkrótce, na fali kontrowersji towarzyszących przeprowadzanym referendom narodowym, instytucja ta przestanie po prostu być wykorzystywana i niepostrzeżenie obumrze, z czego wypadałoby się tylko cieszyć.

O przewagach aktywnego postmodernizmu

Wnioskiem do którego zmierzam, jest to, że właściwą postawą, jaką powinniśmy przyjąć wobec ponowoczesności jest „aktywny postmodernizm”. Byłby on ponowoczesną aktualizacją niemieckiej Rewolucji Konserwatywnej. Jak wiadomo, Rewolucja Konserwatywna starała się przezwyciężyć nowoczesność, angażując do tego narzędzia dawane jej przez ową nowoczesność. Konserwatywni rewolucjoniści chcieli paradygmat nowoczesności doprowadzić do tak krańcowych postaci, by pozwolił on im wykroczyć poza nowoczesność. Taki jest właśnie sens ambiwalentnego stosunku konserwatywnych rewolucjonistów do techniki, do umasowienia, do państwa totalnego itd.

Konserwatywna Rewolucja była odpowiedzią na wyzwanie nowoczesności, zatem odtwarzanie jej w warunkach ponowoczesności byłoby nieporozumieniem. Tomasz Gabiś pisał „Niemiecka Konserwatywna Rewolucja (wraz ze swymi odpowiednikami w innych krajach europejskich) należy do zamkniętych zjawisk historii politycznej i intelektualnej. „Wybuchła” w niepowtarzalnym, wyjątkowym momencie historii Niemiec i Europy a jej celem było „uprzątnięcie gruzów pozostawionych przez XIX stulecie i stworzenie nowego porządku życia” (Armin Mohler). Celem współczesnych konserwatywnych rewolucjonistów również jest stworzenie nowego porządku życia, ale uprzątać muszą oni gruzy pozostawione przez wiek XX, a są to przecież inne gruzy i inny będzie nowy porządek życia. Dlatego nie może być mowy o jej bezpośredniej kontynuacji, gdyż to właśnie byłoby zaprzeczeniem jej przesłania”. Zatem postulowany przez Adama powrót do „wczesnej nowoczesności” (państw narodowych, dyktatur, wojskowych zamachów stanu, konspiracji zbrojnych w stylu PPS) jest tylko epigoństwem.

Nowa epoka wymaga nowych strategii działania. Zamiast posługiwania się instrumentami nowoczesności, wymaga posłużenia się instrumentami ponowoczesności. Zamiast państwem narodowym, wymaga posłużenia się imperium. Tym właśnie jest aktywny postmodernizm: przekroczeniem państwa narodowego z jego ograniczeniami, jednak nie w kierunku postulowanej przez samych postmodernistów likwidacji polityczności, ale w kierunku jej spotęgowania na poziomie ponadnarodowym.

Jeśli myślimy o zabezpieczeniu swojego sposobu życia, musimy zmienić światowy paradygmat polityczny z liberalnego na tożsamościowy. Jeśli chcemy zmienić światowy paradygmat, musimy dysponować światowym mocarstwem, zdolnym dokonywać projekcji swej woli w skali globu. Jeśli chcemy dysponować światowym mocarstwem, musimy przekroczyć granice nakładane europejskiej polityczności przez europejskie państwa narodowe.

Ronald Lasecki

1Na marginesie warto dodać, że napisane przez Adama zdanie „pomijając czynnych polityków, byli to myśliciele, czy wręcz literaci, trzymający się w bezpiecznej odległości od właściwej sfery polityki, co pozwoliło im pisać ładnie brzmiące ogólniki i unikać stawiania programów politycznych nadających się do rzeczowej dyskusji” jest merytorycznie nieprawdziwe i logicznie pozbawione sensu, ponieważ w gronie wymienionych przeze mnie postaci byli, jak sam Adam zresztą przyznał, również ludzie zajmujący się wdrażaniem omawianych koncepcji w życie. Prawdę pisząc, większość z wymienionych (cesarze rzymscy: Otto III, Fryderyk I, Karol V, czynny polityk: von Metternich; żołnierze polityczni: Gravelli, Degrelle, Yockey, Thiriart) była „praktykami”.

2Rozmaici teoretycy stosunków międzynarodowych nazywają je „długofalowymi” (Kalevi Holsti, Radovan Vukadinovic), „koegzystancjalnymi” (Józef Kukułka), „ekspansji religijnej lub ideologicznej” (Jean Baptiste Duroselle) i na jeszcze inne sposoby, nie ma jednak sensu przytaczać tu całej tej terminologii, bo też za rozmaitymi jej wariantami kryje się ta sama treść, moim zdaniem dająca się precyzyjniej wyrazić określeniem wymyślonym przeze mnie.

3Odpowiednio udział USA sięga nieco ponad 20%, Chin niemal 10%, Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu 4%.

4Np. w tekstach Rustema Wachitowa ВоссоединениеРусское Государство или Евразийский Союз? , Aleksandra Szpakowskiego ЕЭСпервый шаг в реализации стратегии «интеграция интеграций, Piotra Piatrouskiego Беларусь: третья позиция по Украине, Tegoż, Сильная субъектность Беларуси – гарантия сильного Евразийского союза i wielu innych.

5Np. C. Tóth, Viktor Orban: „The era of liberal democracies is over”, The Budapest Beacon z 29 lipca 2014 r.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “O pozytywną politykę europejską”

  1. „Niemiecka Konserwatywna Rewolucja (wraz ze swymi odpowiednikami w innych krajach europejskich) należy do zamkniętych zjawisk historii politycznej i intelektualnej. „Wybuchła” w niepowtarzalnym, wyjątkowym momencie historii Niemiec i Europy a jej celem było „uprzątnięcie gruzów pozostawionych przez XIX stulecie i stworzenie nowego porządku życia” – kupa smiechu. Co ci konserwatywni rewolucjonisci zbudowali? Napisali parę książek i manifestów. A potem? Albo zamilkli, albo „przykleili sie” do Hitlera, w taki czy inny sposób.

  2. Indie zostały zjednoczone w jeden organizm polityczno-gospodarczy przez…. Brytyjczyków już na przełomie XVIII/XIX wieku, na 150 lat przed Gandhim. Przy czym dawne państewka były tworami przednarodowymi. Język i etniczność nie grały roli. Tożsamość była określana przez religie(odwieczna walka hindusów i muzułmanów), lojalność panującym dynastiom, no i oczywiście kasty. Dzisiejsze wielojęzyczne „Wielkie” Indie to spuścizna po Brytyjczykach, którzy zniszczyli lub zmarginalizowali dotychczasowe państewka, spoili gospodarczo ten kraj, posiadający wcześniej wspólną płaszczyznę toższamości w postaci przede wszystkim hinduizmu. Mimo sporych różnic etnicznych wystarczyło to do stworzenia nowoczesnego państwa narodowego i to największego na świecie (1,2 mld ludności). Europa takiej tożsamości nie posiada i nadzieje, żeby to zmienić są nierealne i szkodliwe. Aby Europa przeszła tę samą drogę, co Indie, musiała by zostać ujarzmiona przez jeden kraj na co najmniej kilka pokoleń. To, co zrobił kiedyś w południowej Europie Rzym, a w Indiach Wielka Brytania. Gdyby np. Niemcy wygrały wojnę światową i ustanowiły swój porządek, możliwe że po 100 latach wykształciła by się jakaś wspólna europejska tożsamość na osnowie niemczyzny. Ale czy to jest cel, do którego mają dążyć pozostałe narody Europy?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.