Lasecki: O warunkach pojednania z Ukrainą (komentarz do listu ukraińskich ex-prezydentów i duchowieństwa do Polaków)

Wystosowany 2 czerwca a podpisany między innymi przez dwóch byłych prezydentów Ukrainy i przywódców tamtejszego Kościoła greckokatolickiego oraz niekanonicznej „kijowskiej” Cerkwi prawosławnej list do Polaków z prośbą o wybaczenie win historycznych grzeszy interesownością i niespójnością konwencji, przez co nie zasługuje na pozytywną odpowiedź.

Kto trzyma dziesięć srok za ogon…

Słabości tego tekstu najpewniej wynikają z faktu, że posiada on podwójnego adresata – oficjalnego i domyślnego. Pierwszym są polskie elity polityczne, którym oferuje się historyczne pojednanie. Dokładnie rzecz biorąc, list skierowany jest do polskich parlamentarzystów przed spodziewanymi obchodami rocznicy rzezi wołyńskiej. Tekst jest jednak również wyraźnie obciążony wewnętrznymi uwarunkowaniami polityki ukraińskiej i zarówno na jego ton jak i treść wpływ miały zapewne pragnienie uwiarygodnienia się jego autorów w oczach czytelnika ukraińskiego. Stąd właśnie akcenty pojednawcze sąsiadują w nim wypowiedziami wręcz zaczepnymi i obraźliwymi.

Kolejnym obciążeniem apelu jest próba połączenia dwóch niekoniecznie wcale związanych ze sobą celów: historycznego pojednania narodów polskiego i ukraińskiego oraz zapewnienia jeszcze silniejszego poparcia przez Polskę stanowiska Ukrainy w jej konflikcie z Rosją. Autorzy listu twierdzą że porozumienie obydwu państw przeciw Rosji ma służyć sprawie historycznego pojednania. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że jest dokładnie odwrotnie i że list jest kiepsko maskowaną manipulacją, w ramach której pojednanie historyczne ma być jedynie środkiem do mobilizowania przez Ukrainę polskiego dla niej poparcia przeciw Rosji.

Nie wyciągać cudzych kasztanów z ognia

Tego rodzaju zabiegowi poddawać się nie możemy. Państwo polskie nie ma żadnego bezpośredniego interesu w popieraniu którejkolwiek ze stron powstania w Zagłębiu Donieckim lub rosyjsko-ukraińskiego sporu o Krym. Wobec konfliktów tych zachować powinniśmy ścisłą neutralność, utrzymując kontakty ze wszystkimi stronami sporu na tyle na ile to potrzebne, zachowując wstrzemięźliwe milczenie dopóki jest to możliwe, akceptując stan faktyczny gdy jest to konieczne. Zasady te powinno stosować się zarówno wobec porewolucyjnych władz w Ukrainie, powstańczych władz w republikach Zagłębia Donieckiego, jak i rosyjskich władz na Krymie.

W interesie Polski leży zbliżenie i zacieśnianie stosunków pomiędzy państwami Europy Bałtyckiej na zasadach wzajemnego poszanowania swojej podmiotowości. Powinniśmy zatem sprzyjać stabilności Ukrainy oraz przyjaznym stosunkom rosyjsko-ukraińskim, a także zbliżeniu Rosji i Unii Europejskiej. Nie może być zatem mowy o wciąganiu Polski przez Ukrainę do jakiegoś rodzaju „cordon sanitaire” mającego odpychać Rosję od zachodniej i środkowej Europy. Nie możemy dać się zdegradować do suflowanej nam przez autorów listu roli antyrosyjskiej „wschodniej opoki” kontynentu europejskiego ani antyrosyjskiego przedmurza atlantyckiego „wolnego świata”.

Marchewka i kij

Ukraińscy autorzy listu równocześnie „proszą Polaków o wybaczenie” ale też „wzywają” i „przestrzegają”, nawet zaś „przepraszając”, pouczają polskich adresatów co „powinna uznać” polska myśl wobec Ukrainy oraz co jest „aksjomatem” stosunków między Ukrainą i Polską. Tak się też składa, że tym co „powinna uznać” polska myśl wobec Ukrainy i co jest „aksjomatem” stosunków polsko-ukraińskich, są interesy polityczne Ukrainy.

Czytając słowa listu nie sposób zatem pozbyć się wrażenia, że albo jego autorzy są bardzo kiepskimi dyplomatami, przeprosiny przeplatając pogróżkami i żądaniami, albo też list swój napisali mając na uwadze wrażenie jakie wywrze na czytelniku ukraińskim i jakie to zrodzi konsekwencje dla ich pozycji na scenie wewnątrzukraińskiej. Jakby jednak nie było, ton i wiele sformułowań listu, z powodzeniem można uznać za delikt wobec strony polskiej i choćby z tego powodu, pismo to nie powinno zostać przez stronę polską przyjęte.

Urojenia i interesy

Nie tylko ultymatywny ton przedstawienia przez stronę ukraińską stronie polskiej „aksjomatów”, na których oparte miałyby być wzajemne stosunki, oraz ich jednostronnie korzystny dla Ukrainy charakter czynią list kontrowersyjnym. Na polemikę zasługuje też merytoryczna treść twierdzeń przedstawianych przez ukraińskich autorów listu oraz ich wymiar praktyczny.

Przede wszystkim zatem mamy powtórzenie giedroyciowskiego twierdzenia iż „nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. Tymczasem w rzeczywistości, w niektórych kontekstach historycznych czynnik ukraiński wpływał korzystnie na interesy polskie, w innych zaś odwrotnie. Na przykład po zawarciu pokoju brzeskiego w marcu 1918 roku, powstanie państwowości ukraińskiej okazało się katastrofą dla sprawy polskiej. Z kolei w czasie wojny polsko-bolszewickiej, polityczne i zbrojne dążenia Ukraińców zbieżne były z interesami Polski. Ludobójstwo, plany uczczenia rocznicy którego stały się powodem napisania komentowanego listu, dokonane zostało w imię wolnej Ukrainy. Z kolei w okresie rozpadu ZSRS, wyodrębnienie się Ukrainy było zjawiskiem korzystnym.

Powtórzona przez autorów listu teza Giedroycia ma ponadto dużo bardziej szkodliwy współczesny wymiar polityczny. Przyjęcie jej bowiem, oznaczałoby spętanie polskiej polityki zagranicznej czynnikiem ukraińskim. Najpewniej zupełnie świadomie, autorzy listu dążą, by polska polityka zagraniczna stała się zakładnikiem ukraińskiej racji stanu. Interes polski jest tu całkowicie przeciwstawny i zasadza się na utrzymaniu pełnej swobody naszej polityki zagranicznej względem czynników zewnętrznych. Do jak szkodliwych skutków prowadzi ograniczenie naszej swobody manewru w myśl doktryny Giedroycia przypomina nam stale Gazociąg Północny, dla którego korzystniejszą dla wszystkich alternatywą była kolejna nitka gazociągu jamalskiego, do powstania której Polska nie dopuściła, gdyż miał on omijać Ukrainę.

Ukraińscy nacjonaliści mieli rację?

Wreszcie, kolejne żądanie strony ukraińskiej, mianowicie uznanie przez stronę polską „ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwej i godnej szacunku walki o własną państwowość i niepodległość”. Przyjęcie tego postulatu w domyśle oznaczałoby przyznanie racji ukraińskim nacjonalistom zwalczającym przedwojenne państwo polskie, uznanie za „sprawiedliwą i godną szacunku” UPA i jej niepodległościową i narodową działalność z czasów II wojny światowej, a nawet ukraińskie roszczenia do wschodniego pogranicza dzisiejszego państwa polskiego i powojenną walkę ukraińskiej partyzantki o ich połączenie zresztą macierzy. Otwarto by też drzwi dla ukraińskich roszczeń historycznych, na gruncie których traktuje się likwidację przez Polaków Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej i włączenie jej terytorium do państwa polskiego jako (potępianą przez kilka pierwszych lat przez Ligę Narodów) „agresję” i „okupację”. Na coś takiego strona polska oczywiście zgodzić się nie może.

Nie istnieje coś takiego jak „prawo narodów do samostanowienia”. Nie istnieje również żadne „prawo narodów do własnej państwowości”. Te bałamutne hasła są kłamstwem nacjonalizmu, będącego jednym z szatańskiego pomiotu rewolucji francuskiej 1789 roku. Uczestnikami stosunków politycznych są ośrodki siły rywalizujące o przestrzeń i o ludność. Podstawa dla nich może mieć charakter dynastyczny, religijny, klasowy, narodowościowy, niekiedy zaś nawet ekonomiczny. Gdy któryś z ośrodków siły okrzepnie i zyska uznanie w określonych granicach, wówczas staje się państwem. Tak więc Ukraińcom nie przysługiwało ani nie przysługuje żadne „prawo do samostanowienia” ani „prawo do własnej państwowości”. Z tej prostej przyczyny, że prawo takie nie istnieje.

Roszczenia słuszne i roszczenia niesłuszne

Przedwojenne państwo polskie powinno oczywiście stwarzać warunki dla swobodnego życia i pielęgnowania swojej tożsamości przez wszystkie ludy rodzime na ziemiach, które znalazły się w jego granicach. Dotyczy to również ludów ruskich, w tym także ukrainnych. Rzeczywista polityka państwa polskiego polegająca na próbach polonizacji tych ludów, była nie tylko błędem antagonizującym wobec Polski zamieszkujące w granicach naszego państwa mniejszości, ale była również polityką niemoralną, prowadzącą do krzywdy ludzkiej. Czym innym jest jednak zabezpieczanie warunków trwania tożsamości, czym innym zaś stosunek do antypaństwowego nacjonalizmu i skierowanego przeciwko państwu polskiemu terroryzmu mniejszości, które to zjawiska powinno się doszczętnie wytępić. Ukraińska tradycja niepodległościowego nacjonalizmu i polska tradycja państwowa były wówczas wobec siebie antagonistyczne i nie możemy post factum przyznawać racji tej pierwszej, gdyż była ona zwrócona przeciwko nam samym.

Kiedy milczeć, komu tłumaczyć

Z powodu wyżej wymienionych obciążeń, list ukraińskich dostojników i intelektualistów, nie może zostać pozytywnie przyjęty przez stronę polską. Jest on dla nas obraźliwy, niektóre zaś z wyrażonych w nim oczekiwań wobec strony polskiej są dla nas wybitnie szkodliwe. Dla dobra zarówno naszej własnej racji stanu jak i dla dobra stosunków polsko-ukraińskich, list powinno się przemilczeć. Otwarte odrzucenie go wymagałoby uzasadnienia i mogłoby pogorszyć międzynarodowy wizerunek Polski, stronę ukraińską zaś niepotrzebnie urazić. Z kolei polemika z nim, byłaby dla nas poniżająca, bo zawiera sformułowania obraźliwe, argumentowanie zaś przeciw niesłusznym roszczeniom ukraińskim samo w sobie byłoby przydaniem im nieuzasadnionej wagi, ponadto zaś wymagało wyjścia poza ideologiczny paradygmat demoliberalizmu („prawo narodów do samostanowienia”), co dla dzisiejszych polskich elit politycznych okazałoby się zadaniem zbyt intelektualnie i moralnie wymagającym, na zewnątrz zaś i tak nie zostałoby zrozumiane.

Odrębnej uwagi wymaga natomiast fakt podpisania listu przez abp. Światosława Szewczuka z ukraińskiego Kościoła greckokatolickiego, co skłonić powinno rzymskich katolików do pochylenia się ze wzmożoną troską nad tym uwikłanym w poważne błędy ideologiczne, obciążenia historyczne i kontrowersyjne powiązania polityczne Kościołem. Naszym grekokatolickim braciom powinniśmy, z wykazaniem należytego uznania dla ich heroicznej wierności Rzymowi oraz należytej wrażliwości dla ich trudnych doświadczeń historycznych, cierpliwie ale też stanowczo tłumaczyć, że nadanie wyraźnie nacjonalistycznego charakteru ich wspólnocie eklezjalnej, kłóci się z chrześcijańskim posłaniem miłości.

Zasadność pojednania

Pomimo zupełnej nietrafności komentowanego listu, Polska powinna pracować nad historycznym pojednaniem z Ukrainą. Ukraina jest istotnym uczestnikiem stosunków międzypaństwowych w regionie eurazjatyckim, bałtyckim i europejskim, tak więc zbudowanie poprawnych i opartych na zdrowych moralnie podstawach stosunków polsko-ukraińskich jest z punktu widzenia naszej racji stanu wartością.

Dla osiągnięcia tego celu, strona Polska sama powinna zainicjować proces wzajemnego przebaczenia, do czego dobrą okazją będzie rocznica ludobójstwa wołyńskiego. Polacy powinni Ukraińcom wybaczyć, zarazem sami prosząc o wybaczenie własnych win wobec narodu ukraińskiego. By jednak akt taki nie był wypranym z treści pustosłowiem, powinien równocześnie wskazać czynniki stojące na przeszkodzie pojednaniu i przyjaźni. Wskazać powinien je tak, by było to możliwie korzystne dla strony polskiej, stwarzając nam możliwie szerokie pole wywierania wpływu na Ukrainę. Powinno być to również możliwie nieszkodliwe i przede wszystkim nieprowokacyjne wobec strony ukraińskiej.

Warunki pojednania

Praprzyczyną zbrodni wołyńskiej był oczywiście ukraiński nacjonalizm z całym swoim ładunkiem szowinizmu i koncepcjami depolonizacji Kresów. Potępienie jednak ukraińskich dążeń do stania się narodem i do zbudowania suwerennego państwa byłoby politycznie kontrskuteczne. Polskie i ukraińskie dążenia narodowe i państwowe nawzajem się w przeszłości wykluczały, ukonstytuowanie się zaś Ukrainy było możliwe jedynie dzięki klęsce polskości na Kresach. Gratulować Ukraińcom go zatem nie możemy, polemizować zaś z nimi nie ma sensu, bo tragicznej dla nas historii już nie odwrócimy. Nierozstrzygalne ale już minione historycznie spory należałoby zatem po prostu przemilczeć.

Podobnie zasłoną milczenia należy przykryć ukraińskie nawoływania do antyrosyjskiego przymierza. Nie leży w naszym interesie konfliktowanie się z Moskwą w imię interesów Kijowa. Nie możemy powiedzieć tego otwarcie jak Węgrzy, bo wywołamy w ten sposób jedynie gniew w Ukrainie i krytyczne komentarze w innych państwach. Należy zatem, jak robi to choćby Aleksandr Łukaszenka, taktownie milczeć, gdy to możliwe, aranżując zawieszenia broni, negocjacje, porozumienia pokojowe, rezygnację ze wzajemnych roszczeń.

Tym, na co powinniśmy uwrażliwić stronę ukraińską jest nacjonalistyczny szowinizm. Bez wskazywania na konkretnych jego eksponentów, by nie stwarzać pól dla niepotrzebnych emocjonalnych sporów, jednak z wyraźnym wskazaniem jego treści i przejawów. Jest nim zaś odmawianie przez naród państwotwórczy społecznościom rodzimym na terytorium, do którego zgłasza on pretensje jako do swojego terytorium narodowego, prawa do istnienia i pielęgnowania swej tożsamości.

Korzyści z pojednania

Takie ujęcie kategorii szowinizmu byłoby trudne do odrzucenia dla strony ukraińskiej, ponieważ ma ono charakter abstrakcyjny i przez to obiektywny, będąc wolnym od elementów narodowej jednostronności. Na jego gruncie Polska mogłaby domagać się zaniechania kultu UPA, której koncepcje i metody działania stosowane wobec Polaków zamieszkałych na ziemiach ukrainnych nie mieszczą się w tak ujętym paradygmacie etycznym. Nasze państwo zyskałoby również instrument dla wywierania presji na dzisiejsze elity ukraińskie, by zmodyfikowały swój stosunek do rosyjskiej czy rusińskiej mniejszości narodowych, a także by zaprzestały tolerowania radykalnych środowisk nacjonalistycznych.

Dla nas oznaczałoby to odcięcie się od i tak niezasługujących na obronę elementów takich jak narodowościowa polityka przedwojennej polski na Kresach – z jej najbardziej haniebnymi epizodami takimi jak palenie cerkwi na Chełmszczyźnie, czy nawet Akcja „Wisła”– która w swoim czasie miała swe historyczne racje a nawet słuszność, w zmienionym od tamtego czasu kontekście, nic podobnego nie powinno być już jednak powtarzane.

Dyplomatyczne kuriozum

Poprawne i możliwie przyjazne stosunki z Ukrainą są więc Polsce potrzebne. Warunki na jakich powinny być budowane, nie mogą jednak kłócić się z polską racją stanu ani być dla naszego narodu upokarzające. Takimi stałyby się, gdyby punktem wyjścia był dla nich omawiany list elit ukraińskich. List ten jest dyplomatycznym kuriozum i jeśli daje czemuś świadectwo, to co najwyżej niedojrzałości i nieokrzesaniu obecnej elity ukraińskiej.

Ronald Lasecki

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *