Od czegoś trzeba zacząć

Ile to czasu, jałowego ludzkiego wysiłku, papierów, prądu i pieniędzy i zużywa się dla wdrożenia tych dwóch szczytowych osiągnięć cywilizacji prawnej III RP i Unii Europejskiej! A mimo to już średnio zdolny absolwent gimnazjum byłby chyba w stanie odpowiedzieć na pytanie czy dzięki nim udaje się uzyskać prezentowane opinii publicznej cele. A więc czy dzięki konkursom i przetargom uniemożliwiono lub chociaż ograniczono odpowiednio kolesiostwo i korupcję?

Oczywiście, sam pomysł, żeby ze zjawiskami tymi walczyć takimi metodami winien być poprzedzony analizą czy jest to w ogóle cel realny do osiągnięcia. To trochę tak jak z polityką państwa wobec alkoholu i wobec narkotyków. Ta pierwsza bywa mniej luba bardziej restrykcyjna, ale opiera się z reguły na racjonalnym założeniu, że konsumpcji, a nawet handlu alkoholem nie uda się skutecznie ograniczyć metodami administracyjnymi. Nie tylko amerykańska prohibicja, ale i obecna sytuacja np. w Szwecji jasno tego dowodzą. Natomiast w odniesieniu do narkotyków penalizacja i zakazy wciąż jeszcze dają zadowalające większość państw efekty – stąd ta linia postępowania jest przez nie kontynuowana.

Podobnie rzecz się ma z „patologiami politycznymi”. Czy zadekretowanie „proszę natychmiast przestać kraść i brać łapówki!” wystarczy? – należałoby zapytać. Jak wiadomo jednak, w systemie demo-liberalnym takich analiz się nie prowadzi. Zastępować je mają zaś nawet nie tyle „dobre chęci”, co deklaracje uznawana za dobre przez ogół i sterujące nim autorytety. Żyjemy wszak w świecie aksjologicznego fałszu, w którym można, a nawet należy krzyknąć „wprowadźmy ograniczenie prędkości do 30 na godzinę, będzie bezpieczniej!” – bo tak wypada politykowi, a społeczeństwu, nawet zmotoryzowanemu wypada odkrzyknąć „hurra, jak fajnie, będziemy bezpieczni!”. Rytuał ten w żadnej ze stron nie włącza wyższych funkcji mózgu, po prostu czuje się, że musi być odegrany, choć w realnym świecie i uchwalający, i chwalący wiedzą przecież, że kolejne wprowadzone prawnie uszczęśliwienie nie pomoże, a wręcz zaszkodzi.

Mamy bowiem do czynienia z klasycznym dwójmyśleniem, obowiązującym w demokracji. Ten sam szary obywatel, który znakomicie wie, że posady w urzędach dostają wyłącznie dzieci i znajomi członków partii rządzącej, a przetargi wygrywają ich kolesie lub/i osoby opłacające „podatek demokratyczny” – równocześnie będzie powtarzał, że koniecznie „trzeba coś zrobić, żeby konkursy i przetargi były uczciwe!” Za nic nie dopuszcza do siebie przekonania, że w tej sprawie, tymi metodami nie da się osiągnąć literalnie nic – bo czuje, że nie wypadałoby nawet tak myśleć.

Nie ma chyba w systemie demokratycznym takiego absurdu, który w ramach poprawiania, ulepszania i powierzania do korekty zespołom eksperckim – nie mógłby się stać jeszcze głupszy. Populistyczny pomysł, że uda się wymyślić takie regulacje, które zmienią naturę ludzką, tzn. oduczą ją pomagania swoim i szukania korzyści w realiach legislacyjnych III RP – jest tego najlepszym przykładem.

Konkursy w administracji (podobnie jak i zahermetyzowanie części z niej jako służby cywilnej) były i są tylko formą ochrony elity rządzącej III RP oraz jej wzmacniania drogą kooptacji i rozszerzania sieci powiązań. To spostrzeżenie tak banalne, że aż grzech je wciąż przypominać. A jednak wciąż znajdują się wyborcy dający się nabrać na kolejne populistyczne hasło, że jak Partię A. zastąpi Partia B. – to będzie „uczciwiej” przy niezmienionym praktycznie systemie, a tylko dzięki wymianie „onych” na „nas”. I znowu pojawia się więc dwójmyślenie – wołamy „ma być uczciwie!”, a chodzi o to, żeby teraz w konkursach wygrywali nasi. Tymczasem rzecz jasna lekarstwo jest jedno – konkursy należy znieść i przyjmować po uważaniu. Tak, jak faktycznie jest teraz, tylko po cichu (?). Oczywiście, postulat taki wywołuje krzyk obrońców stanu mimikry, którzy łatwo manipulują dyskursem publicznym odnosząc się nie do tego, co jest, tylko do tego, co zdaniem polityków i publikatorów być powinno. Nawet jednak, jeśli głośno nikt nie przyzna racji stanowisku, że i tak fikcji mamy w życiu politycznym za dużo – to pewne oczywistości przemawiają także do ludzkiej podświadomości. Gdyby tak nie było – skala absencji w szopce wyborczej nie byłaby tak wielka.

Podobnie rzecz się ma – choć to sprawa mniej dla ludzi oczywista – z zamówieniami publicznymi. Miały one teoretycznie służyć połączeniu trzech celów – osiąganiu jakości i taniości przy zachowaniu uczciwości. A jak jest? Taniość oznacza bylejakość, zresztą jest nader względna, o czym niżej. O jakości nie ma co mówić – zresztą przeważnie wymóg ten stoi w sprzeczności z dwoma pozostałymi. Uczciwość zaś…

Dla jej zobrazowania posłużmy się prostym przykładem. W szalenie ponoć skorumpowanych latach 90-tych, kiedy „złodziejską prywatyzację” chroniło orzeczone przez „Gazetę Wyborczą” i Kongres Liberalno-Demokratyczny stwierdzenie, że „KORUPCJI W POLSCE NIE MA!” wg różnych szacunków „podatek demokratyczny” od załatwienia sprawy, przeprowadzenia transakcji z udziałem środków publicznych itd. wynosił 10-20 proc. wartości przedsięwzięcia. Obecnie, dzięki pojawieniu się dużych pieniędzy nazywanych „funduszami unijnymi” – proporcje te drastycznie się zmieniły, a nawet – jak się wydaje na niektórych przykładach – odwróciły. By nie szukać daleko – niżej podpisany przed paru laty miał dostęp do realnych kosztów niektórych inwestycji planowanych wówczas przez województwo lubelskie (jak budowa lotniska, czy dokończenie wielkiego gmachu teatru straszącego od czasów Gierka). Tymczasem zadania te już w toku realizacji okazały się droższe średnio o rząd wielkości! Przy zachowaniu wszystkich proporcji, oszacowaniu zmian cen na rynkach itd. – i tak pozwala to postawić śmiałą tezę, że w realiach III RP uzupełnionej przez UE – prawdziwe koszty przynajmniej niektórych wielkich budów to niekiedy najwyżej 1/3 wydatkowanych na ich realizację pieniędzy. Tyle więc, jeśli chodzi o „uczciwość”, a przy okazji rozjaśnia nam to trochę czemu jednocześnie „taniość” jest względna, a dumping cenowy i tak rozkłada kolejnych realizatorów z branży budowlanej. Kolejny polski paradoks okazuje się więc pozorny.

Czy tym zjawiskom w jakikolwiek sposób przeciwdziała obecnie obowiązujące prawo zamówień publicznych? Wprost przeciwnie, tylko wszystkie te patologie (normy?) ułatwia. Najpierw wszak w PZP kładziono nacisk na cenę, jako rzekomo gwarantującą uczciwość – padała więc jakość. Następnie zaczęto domagać się więc uwzględnienia czynnika jakości – ale to wprowadziło element uznaniowości (bo np. trzeba by przy budowie dróg wskazywać konkretną mieszankę, a to by preferowało jednego dostawcę, czy choćby właściciela patentu etc.). Bezradność wobec tych zaszłości widoczna była np. przy kontrolowaniu przetargów na dostawę leków do szpitali. Nawet przyjęcie w zaleceniach wydawałoby się salomonowego rozwiązania, by zamiast konkretnych nazw medykamentów pisać składy chemiczne zamawianych specyfików okazało się kulą w płot, bowiem doprowadzono do sytuacji, w której lekarz nie do końca wie jaki faktycznie środek stosuje na pacjencie. Dla przykładu bowiem popularny jako środek przeciwbólowy, ketonal – jest przez szpitale kupowany jako lek przeciwzapalny (tak bowiem figuruje w rejestrze). Kupowany zaś jest w istocie jego tańszy zamiennik – który jednak działania przeciwbólowego nie ma, lub ma w znacznie mniejszym zakresie. To może jednak kupować oryginał? Ale wtedy huknie, że się preferuje jego producenta – i koło absurdu będzie się toczyć coraz prędzej.

Tu dochodzimy bowiem do sedna współczesnego dwójmyślenia. Z jednej strony w systemie demo-liberalnym apologizowany jest akt wyboru, osiągana w ten sposób legitymizacja władzy. Przyjmowane jest założenie, że teoretycznie ze zbiorowej mądrości ludu muszą wyłaniać się sami najlepsi do sprawowania rządów. Sam proces ma więc gwarantować „dobro” systemu realizowane przez odpowiednich ludzi. Z drugiej jednak strony instynkt ludzki wie, że coś z tą opowieścią jest nie tak, musi więc istnieć prawo, żeby tych rzekomo najlepszych dodatkowo wiązać. Niby więc uznaje się, że ludzie muszą wybierać dobrze, optymalizując swoje potrzeby i realizowane tą drogą cele – a z drugiej od początku przyjmuje się, że wybrani to złodzieje, skorumpowana banda, powiązana układami, której należy maksymalnie utrudnić życie, żeby zanim coś ukradną czy wezmą w łapę – musieli się chociaż namęczyć. Współistnienie tych stanowisk występuje zatem nie tylko u najlepiej poinformowanych istot we wszechświecie – Pani z Kolejki, Kumpla z Baru i Szwagra na Rodzinnej Kolacji, ale jest to wgryzione w sam system demoliberalny, dodatkowo potęgując jego śmieszność i niewydolność.

Z tej nierozwiązywalnej sprzeczności – co jest ważniejsze: człowiek władający, czy prawo utrudniające mu władanie – wynika też całkowita niewydolność obowiązującego systemu, jak i fakt, że nie da się nawet przyjmować do wiadomości jego trwania bez dwójmyślenia. Oczywiście, samo uświadomienie sobie, jak zbudowany jest nasz świat, niczym w rysunku Mleczki – może prowadzić do stanów lękowych, czy częściej wyobcowania się w miarę możliwości z obowiązujących reguł. Z drugiej jednak strony wśród licznych cegiełek budujących fałsz, ale i stanowiących podstawy ekonomiczne III RP i ładu europejskiego – te dwie: zamówienia publiczne i ochrona interesów biurokracji poprzez konkursy, służbę cywilną itd.- są szczególnie ważne. Dlatego tak istotne jest też zniesienie ich i zastąpienie prostymi regułami: wybraliśmy Cię (zdobyłeś władzę) i wybierasz sobie durniów i złodziei na współpracowników – to cię nie wybierzemy (obalimy) – zamiast dociekania „czy zachowano procedur konkursowych przy powoływaniu na dane stanowisko”. Dalej – ktoś obiecał wykonać drogę, lotnisko, gmach filharmonii w terminie i nadające się do jakości i nie dotrzymał umowy – płaci. Ktoś pozwolił mu składać obietnice bez pokrycia wiedząc, że im nie podoła – leci. Zrobił to za kasę – siedzi.

W ten sposób oszczędziłoby się też masę papieru i zupełnie zbędnego wysiłku tabunów ludzi wymyślających te regulacje, starających się je wypełnić (ominąć) oraz kontrolujących tych, co wypełniają. No i drobiazg – nie tylko zadałoby to cios kośćcowi III RP, tj, biurokracji, ale także równało się opuszczeniu UE, dla której PZP i „niezależna administracja” to niezbywalne i niepodważalne elementy nowoczesnej demokracji liberalnej. A ponieważ w tym zakresie Bruksela ma rację – to od pozbycia się tych właśnie elementów można by proces demontażu demoliberalnego państwa i wspólnoty rozpocząć.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *