Paul Gottfried: Nie obwiniać faszyzmu

Za Glenem Beckiem widniały twarze Baraka Obamy, Hillary Clinton, niemieckiego filozofa Martina Heideggera i amerykańskiego progresisty Johna Dewey’ego. Prowadzący wskazywał na zdjęcia tłumacząc widzom „Fox News”, co łączy te postacie: wszystkie opowiadały się za państwowym interwencjonizmem w gospodarce i ponoć nie wierzyły w koncepcję praw naturalnych wyłożoną w Deklaracji Niepodległości. Zatem wszyscy w jakiś sposób mieli flirtować z faszyzmem.

Aby uwydatnić ten aspekt, Beck zaprosił do swojego programu Jonaha Goldberga, autora książki Liberal Fascism [Liberalny Faszyzm]. Goldberg dostrzega złowrogie koneksje między gospodarczym korporacjonistą Mussolinim i błazenadą obecnej demokratycznej administracji prezydenckiej. Dla niego, idea Hillary Clinton, iż do wychowania dziecka potrzeba wioski, jest niczym innym jak odzwierciedleniem programu Roberta Leya, będącego z nadania Hitlera, szefem Niemieckiego Frontu Pracy. Ta rzekomo nazistowskopodobna retoryka dotarła do Hillary przez żydowskiego lewicowca, jej wieloletniego doradcę Michaela Lernera. Podobnie jak naziści, Lerner i przypuszczalnie Hillary wierzą, że moralność, polityka, gospodarka i etyka: żadne z nich nie mogą być odseparowane od reszty. Według Goldberga, program polityki państwa opiekuńczego, propagowany przez Lernera, jest jakby kopią nazistowskiej platformy programowej z 1920 roku.

I to nie wszystko: wegetariańskie i ekologiczne troski wielu demokratów wydają się przypominać postawę międzywojennych faszystów i nazistów. Hitler i Himmler prefigurowali te współczesne amerykańskie zwyczaje, ostrzega Goldberg, zauważając, że wielu na lewicy mówi o niszczeniu białej rasy w sposób, który przypomina wysiłki narodowych socjalistów na rzecz odżydzenia niemieckiego społeczeństwa. Dla kogokolwiek innego, różnica między tymi sytuacjami wydaje się oczywista: podczas gdy plan Hitlera był skierowany przeciwko bezbronnej mniejszości w jego kraju, antybiałe pozerstwo amerykańskich dziennikarzy i pedagogów jest preferencją nabytą wśród w przeważającej mierze białej elity.

Ale Beck i jego goście nie są jedynymi konserwatystami, którzy dostrzegają globalne faszystowskie zagrożenie. Rudy Giuliani nadal prowadzi wojnę przeciwko „islamofaszyzmowi”. Inni luminarze „Fox News”, tacy jak Charles Krauthammer, Sean Hannity i Fred Barnes są zaabsorbowani tym samym demonem. Książka Normana Podhoretza „World War IV” [IV Wojna Światowa] nie bez przyczyny ma podtytuł „The Long Struggle Against Islamofascism” [długa walka z islamofaszyzmem]. Biorąc pod uwagę te poważne autorytety, wygląda na to, że faszyzm jest wrogiem numer jeden Ameryki.

Faszyści, prawdziwi lub wyimaginowani, od dawna są ulubionymi wrogami europejskiej lewicy. Słowo na „f” w Europie skierowane jest przeciwko wszystkim, którzy stoją na drodze do dalszej ekspansji praw gejów i feministek albo nieograniczonej imigracji z Trzeciego Świata. Każdy, kto stoi po nieodpowiedniej stronie w tych sprawach nazywany jest faszystą, czyli tak naprawdę zwolennikiem Hitlera. Lewica wiecznie walczy z nazizmem w postaci jakiegokolwiek stanowiska politycznego, które według niej jest niedostatecznie postępowe. A teraz amerykańscy neokonserwatyści przyłączają się do zabawy, ale z niespodzianką: tak samo jak europejscy lewicowcy są przekonani, że każdy zatroskany losem historycznej i tradycyjnej moralności jest faszystą, tak neokonserwatyści podobnie są przekonani, że faszyzm jest fundamentalnie lewicowym fenomenem.

Jedni i drudzy są w błędzie. Podczas, gdy konserwatyści nie są faszystami, jak chciałaby lewica, tak samo faszyści nie są lewicowcami, jak chciałby Goldberg i jego kompani.

Istniały de facto różne faszyzmy w latach dwudziestych i trzydziestych i nie zawsze były po tej samej stronie. Jeszcze w 1934 roku, włoski przywódca faszystowski Mussolini próbował przyjść z pomocą austriackiemu klerykalnemu faszyście Engelbertowi Dollfussowi, którego w Wiedniu ostatecznie zabiły pachołki Hitlera. Nie wszyscy faszyści byli rasistami lub jakimiś szczególnymi antysemitami, i aż do czasu porozumienia między państwami Osi w 1936 roku, nic nie wskazywało na to, że Hitler i Mussolini będą po tej samej stronie w trakcie wojny.

Mussolini, będąc pierwszym faszystą, któremu udało się zdobyć władzę w Europie w 1922 roku, twierdził, iż reprezentuje i jest uosobieniem narodowej rewolucji, a nie jednej klasy – jak proletariat włoski – nie mówiąc już o robotnikach świata. Choć Il Duce był swego czasu zdeklarowanym człowiekiem lewicy, autorytarny ustrój, który powołał do życia w ramach czegoś, co wyglądało jak szczątkowa monarchia konstytucyjna, nie był szczególnie socjalistyczny, choć deklarował, że wszystko czyniono w imię państwa. Mussolini, jak słusznie zauważa Goldberg, miał wielu wielbicieli w szerokim spektrum politycznym, w tym Czarnych Nacjonalistów Marcusa Garveya, rewizjonistycznego syjonistę Zeeva Żabotyńskiego i przynajmniej pół redakcji „The New Republic”, która widziała w nim postępowego etatystę. Światowa opinia – w tym i jego niegdysiejsi fani, Roosevelt i Churchill – obróciła się przeciwko niemu dopiero, gdy Mussolini niespodziewanie związał się sojuszem z nazistami.

Typowe faszyzmy – w przeciwieństwie do częściowo stalinowskiej formy niemieckiego nazizmu – były esencjonalnie kontrrewolucyjne. Niemiecki historyk Ernst Nohlte opisuje faszystów, jako kontrrewolucyjną imitację lewicy. Ruchy faszystowskie mobilizowały masy i zawierały umowy z klasą robotniczą, ale to, co pozwoliło im dojść do władzy to ich zbrojna opozycja wobec rewolucyjnej lewicy. Owe ruchy kwitły w krajach ze znaczącą obecnością ruchów anarchistycznych i komunistycznych. Choć faszyzm obiecywał przeprowadzenie narodowych rewolucji, które wzniosłyby się ponad egoistyczne interesy burżuazji i parlamentarne pyskówki, opierał się, szczególnie we Włoszech, Francji i Hiszpanii, na poparciu przestraszonych mieszczan.

Faszyści stali się stronnictwem porządku. W Austrii, żydowski klasyczny liberał Ludwig von Mises poparł katolicko-korporatystyczną prawicę przeciwko socjalistycznej lewicy rewolucyjnej, którą powstrzymywali klerofaszyści. W latach trzydziestych, europejscy komuniści mieli na celowniku faszyzm, jako wyjątkowo podstępnego wroga. Przede wszystkim nie chodziło im o ruchy takie jak hitlerowski, lecz podobne do Mussoliniego. Nawet wówczas komuniści i ich sojusznicy poprawnie postrzegali faszystów, jako pozornych rewolucjonistów, którzy wprowadzali tylko niewielkie modyfikacje socjalne po zdobyciu władzy. W przeciwieństwie do marzeń lewicy, rewolucja faszystowska kładła nacisk na hierarchię i na gloryfikowanie własnego narodu i jego przeszłości. Gdy lewica wzorowała się na Rewolucji Francuskiej w swoim modelu radykalnych zmian społecznych, włoscy faszyści cenili w niej odwołania do klasycznej starożytności i wojskowego heroizmu.

Więc dlaczego tak wielu konserwatystów określa obecnie wszystkich, z którymi im nie po drodze mianem faszystów? Są cztery powody.

Po pierwsze, ta retoryczna broń pozwala samozwańczym konserwatystom mieć ubaw ze stosowania wobec drugiej strony pejoratywnego określenia, które lewica zmonopolizowała. Taka taktyka może przynosić emocjonalną satysfakcję, ale jest intelektualnie pusta. Tylko kulturowy analfabeta może wierzyć, że międzywojenni faszyści byli zdeterminowani by zbudować masywne państwo opiekuńcze skupione na osiąganiu społecznej równości, ze specjalną ochroną dla rasowych mniejszości, feministek, alternatywnych stylów życia i czegokolwiek, co jest troską współczesnej lewicy. Ta agenda jest bardziej wspólna dla demokratów i republikanów niż dla kogokolwiek z nich i międzywojennych faszystów.

Główne amerykańskie partie polityczne wspierają o wiele bardziej intruzywny gospodarczo rząd niż którykolwiek z rządów, który Dollfuss, Mussolini czy inni nienazistowscy prawicowi korporacjoniści próbowali zainstalować w okresie między dwiema wojnami światowymi. Aż do wybuchu drugiej wojny światowej, włoski rząd faszystowski pobierał mniejszy procent dochodów od rodzin niż amerykańskie domostwa są teraz zobowiązane oddać naszemu reżimowi. Równie ważne jest to, że włoskie państwo faszystowskie nigdy nie próbowało regulować relacji płciowych lub dyskusji na temat etniczności. Inaczej niż politycznie poprawne państwo postmodernistyczne, pozostawiło relacje społeczne w takim stanie, w jakim je zastało.

Drugim powodem tłumaczącym antyfaszystowską retorykę amerykańskiej prawicy jest historia. Niektórzy krytycy Roosevelta i New Deal, tacy jak Garet Garett, Isabel Paterson i John T. Flynn, byli przekonani, że amerykańskie państwo opiekuńcze było odpowiednikiem faszystowskiego we Włoszech i później nazistowskiego reżimu. Ale nie ma powodu, aby poddawać się ich błędnym ocenom. Ci pisarze poczynili nieuzasadniony skok od myślenia, że każda forma gospodarczego planowania jest nie do zaakceptowania, do przeświadczenia o ich identyczności. Jest prawdą, że Franklin Delano Roosevelt, jego eksperci i większość amerykańskiej lewicy znaleźli wiele cech godnych podziwu w eksperymentach Mussoliniego. Ale to samo tyczy się konserwatywnych katolików, którzy często byli pełni podziwu dla kultywowania dobrych relacji z Kościołem przez europejskich faszystów i prób stworzenia pośredniej drogi między plutokracją a socjalizmem. Nieprzypadkowo, amerykańscy antyfaszystowscy krytycy New Deal byli zazwyczaj libertarianami w stylu amerykańskim. Wykazywali się często ograniczonym rozumieniem europejskiej prawicy lub europejskiej lewicy i zwykle wrzucali „etatystów” wszelkiej maści do tej samej galerii przestępców.

Wiele z dzisiejszego dyskursu o faszyzmie wywodzi się z trzeciego motywu – zakamuflowane reductio ad Hitlerum. Kiedykolwiek Krauthammer lub Giuliani wspomną o islamofaszyzmie, przypomina nam się w ten sposób, że wrogowie Izraela są podobni do nazistów. Ci wrogowie, ma się rozumieć, starają się wyrządzić Izraelczykom i całej żydowskiej ludności to, co prawie udało się poprzedniemu faszyście Hitlerowi. Słowo faszysta ma mobilizować wszystkich do podjęcia działań przeciwko nieprzejednanemu, egzystencjalnemu zagrożeniu dla Izraela.

Lecz ostatnim i najbardziej podstawowym powodem stojącym za antyfaszystowską pretensjonalnością establishmentowej prawicy jest głęboko zakorzeniona mentalność lewicowa, w której faszyzm pozostaje największym złem na świecie. W latach osiemdziesiątych neokonserwatyści zaczęli sterować amerykańskim ruchem konserwatywnym w czymś, co przypominało przejęcie za przyzwoleniem. Konserwatywne fundacje i czasopisma zaczęły przesuwać się w stronę lewicy i w nowym panteonie konserwatywnych herosów znalazły takie wcześniej niewyobrażalne postacie jak Harry Truman, Woodrow Wilson, Abraham Lincoln i ewentualnie również Martin Luther King.

Przebudowana prawica pozostawała nadal antysowiecka i generalnie antykomunistyczna. Ale, podczas gdy powojenna prawica zwykle potępiała komunistów, jako bezbożnych materialistów dążących do absolutnego egalitaryzmu, neokonserwatyści stali się antykomunistami z innych powodów. Wywodzili się z tej samej tradycji, co tacy zimnowojenni liberałowie i demokratyczni zwolennicy praw robotniczych jak senator Scoop Jackson i lider AFL-CIO George Meany. Antykomunistyczna lewica potępiała Sowietów, jako ciemiężycieli proletariatu i kontrrewolucjonistów pozorujących socjalistów.

W neokonserwatywnej wersji antykomunizmu, wróg pozostawał na prawicy. Sowiecka dyktatura stała się, jak ją nazwał Truman po wojnie, czerwonym faszyzmem. W ten sam sposób niemiecki socjalista Kurt Schumacher określił nowego wroga po 1945 roku, gdy potępiał lakierowanych na czerwono nazistów. Odmiennie niż starsze antykomunistyczne diatryby pojawiające się na łamach „National Review”, „Human Events” i „Modern Age”, późniejszy neokonserwatywny antykomunizm, jak zauważył swego czasu Sam Francis, jest dowodem na lewicowy gestalt. Obecne „konserwatywne” zmaganie ukazuje ten sam gestalt, gdy walczy z recyklingowanym zagrożeniem faszyzmu.

Antyfaszystowscy neokonserwatyści stoją, de facto, na lewo od takich postaci jak Mussolini. Duchy straszące w amerykańskiej polityce nie są widmami Heideggera lub Hitlera stojącymi za Obamą czy Panią Clinton. Są nimi duchy starych antystalinowców, jak Trocki, które opętały establishmentową prawicę.

 

„The American Conservative”, lipiec 2010

 

Jest to fragment książki “Wojna i Demokracja” autorstwa prof. Paula Gottfrieda (Wydawnictwo Wektory 2014)

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *