PiS i ochrona życia – po posiedzeniu komisji ws. projektu obywatelskiego

Wiele wskazuje na to, że samego projektu już się uratować nie da. Wyciągnijmy więc chociaż naukę z zaistniałej sytuacji.

Posiedzenie komisji było zwołane na wniosek posłów PiS. To oni parli do tego, by rzecz jak najszybciej, w tej kadencji załatwić. Moim zdaniem z tego powodu, że chcieli sobie ze sprawy ochrony życia uczynić paliwo wyborcze. Nieważny był dla nich los projektu a jedynie to, by można było PO w kampanii przedstawiać jako ugrupowanie antykościelne.

Gdy projekt obywatelski znalazł się w sejmie, posłowie PiS powołali zespół do spraw ochrony życia. Już w tym momencie było widać, iż jest to gra na powtórzenie scenariusza z 2007 roku – by PiS wśród naiwnych czytelników Naszego Dziennika i dla słuchaczy Radio Maryja wyszedł na obrońców życia, a tak naprawdę, by doprowadzić do utrzymania obecnych rozwiązań tzw. „kompromisu aborcyjnego”. Demistyfikacja tego wszystkiego była bardzo prosta. Wystarczyło zadać sobie pytanie, czemu to posłowie PiS zespół dla ochrony życia zakładają dopiero pod koniec kadencji? Przecież mogli to zrobić na początku i sami złożyć stosowny projekt, jako poselski. Nie trzeba by wówczas zbierać 600 tyś. podpisów, co jest jednak sporym trudem organizacyjnym.

Oczywiście, posłowie PiS nie mogli sami napisać i złożyć takiego projektu, gdyż jak wiadomo, J. Kaczyński jest zwolennikiem „kompromisu aborcyjnego”, o czym wielokrotnie mówił. Ten sprytny polityk umie jednak odwrócić kota ogonem tak, by pozostając przy swoim poglądzie, wśród wyborców uchodzić za kogoś całkiem innego. W jaki sposób dokonał tego w roku 2007, bardzo pięknie opisał T. Terlikowski w książeczce pt. „Zdradzona nadzieja”. Teraz oglądamy powtórkę tamtego scenariusza i to jest właśnie najgorsze, bo dowodzi, iż po naszej stronie bardzo liczni są tacy, co nie potrafią się niczego nauczyć.

Interesy PiS-u zwyciężyły nad dobrem sprawy. Przypomnijmy bowiem, skąd wzięła się idea zgłaszania projektów ws. moralnych w drodze inicjatywy obywatelskiej. Po tym, jak PiS skutecznie storpedowało inicjatywę nowelizacji konstytucji w 2007 roku, podstawowym problemem było zagrożenie, iż przez wiele lat nie będzie jak wrócić do spraw moralnych na politycznym forum polskiego życia publicznego, czyli w parlamencie. Nie było bowiem żadnej siły politycznej, która mogłaby wziąć na siebie odpowiedzialność za takie działania. Nie jest tą siłą na pewno PiS co widać choćby właśnie po tym, że w tej kadencji aktywność objawiło dopiero po złożeniu inicjatywy obywatelskiej, a i to tylko w celu politycznego wykorzystania sprawy w rzeczywistości realnie jej szkodząc.

Z punktu widzenia dobra sprawy najważniejszym było właśnie to, by utrzymać debatę o najważniejszych sprawach moralnych na forum parlamentu. Trzeba się bronić przed sytuacją laicyzacji, jak w krajach Europy Zachodniej, gdzie doprowadzono do ścisłej separacji oficjalnego nurtu życia społeczeństwa od takich spraw. Projekt obywatelski nadawał się do tego świetnie również z tego powodu, iż zgodnie z art. 4 ust. 3 ustawy o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli: „Projekt ustawy, w stosunku do którego postępowanie ustawodawcze nie zostało zakończone w trakcie kadencji Sejmu, w której został wniesiony, jest rozpatrywany przez Sejm następnej kadencji bez potrzeby ponownego wniesienia projektu ustawy”. Inny przepis tej ustawy mówi, że pierwsze czytanie obywatelskiego projektu musi się odbyć w ciągu trzech miesięcy od jego złożenia. Wystarczyło policzyć te terminy, by dojść do prostego wniosku, że złożenie projektu kilka miesięcy przed wyborami załatwia dwie sprawy. Po pierwsze, posłowie kończącej się kadencji będą musieli publicznie zadeklarować swój stosunek do sprawy życia, co będzie sygnałem dla wyborców. Po drugie, gdyby udało się doprowadzić do tego, że projekt nie zostanie odrzucony w pierwszym czytaniu, w kolejnej kadencji nie trzeba będzie go składać od nowa, gdyż nie obejmie go zasada dyskontynuacji i zrealizowany zostanie podstawowy cel utrzymania parlamentarnego poziomu debaty publicznej o sprawach moralnych.

Jak widać, interesy obrońców życia i PiS były tu z gruntu odmienne. PiS przeforsowało załatwianie sprawy do końca w obecnej kadencji i najprawdopodobniej uda im się ustawić PO tak, by w kampanii móc grzmieć o tym, iż D. Tusk walczy z Kościołem. To, że sama sprawa ucierpiała, obchodzi ich zapewne dużo mniej.

Gdy podczas kampanii będziemy słyszeć parlamentarzystów PiS przedstawiających się jako jedynie prawowierni, nie zapomnijmy ich zapytać, czy o ochronie życia mówią tylko w kampanii, czy też zaraz po wyborach wniosą stosowne projekty. Doprowadzając dziś do upadku projektu obywatelskiego, wzięli bowiem na siebie odpowiedzialność w tym zakresie.

LUDWIK SKURZAK

-asd

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.