Polityka prorodzinna

„- Wołam i proszę w imieniu Kościoła o otoczenie rodzin wielką troską i wielką pomocą przez państwo, przez samorządy, przez organizacje pozarządowe. Także Kościół ma w tych sprawach wiele do zrobienia. Nie ma dziś żadnej innej sprawy tak priorytetowej, jak służba wszystkim rodzinom, a szczególnie wielodzietnym” – mówił dziś kard. Kazimierz Nycz podczas procesji Bożego Ciała. Z takimi apelami trzeba bardzo ostrożnie. Zapewne nie to miał na myśli Kardynał, ale rozumiane dosłownie mogą one oznaczać polityczne paliwo dla demagogów, takich jak obecna pseudo prawica, dla których „polityka prorodzinna” to więcej socjalizmu, więcej rozdawnictwa państwowego.

Problem tymczasem polega na tym, że obecny kryzys demograficzny, który zdaniem Pasterza Warszawy jest najpilniejszym bodźcem dla podejmowania polityki prorodzinnej, jest właśnie owocem socjalizmu. Po pierwsze z tego powodu, że to właśnie system emerytalny wymyślony przez lewicę jest najsilniejszym bodźcem depopulacyjnym. Skoro to władza zabezpiecza naszą starość, nie ma powodu kłopotać się o dzieci. Rozerwane zostają naturalne więzi międzypokoleniowe.

Po drugie państwo pieniędzy nie produkuje, tylko a by je rozdać, musi je komuś zabrać. Nie zabierze ich przecież emerytom, tylko właśnie ludziom młodym, którzy w efekcie osiągają dużo niższe zarobki, co z kolei przekłada się na odwagę przy decyzjach o posiadaniu kolejnego dziecka. Szczególnie depopulacyjne działanie ma olbrzymie bezrobocie wśród ludzi młodych, a więc wśród właśnie tych, którzy powinni podejmować decyzję o zakładaniu i powiększaniu rodziny. To zaś jest w dużej części skutkiem gigantycznych kosztów pracy, które z kolei wynikają z dziury w ZUS i w ten sposób koło się zamyka. Gdy młodzi Polacy wyjeżdżają za granicę i pracę mają, ich dzietność nagle się podwaja.

Ktoś, kto chciałby faktycznie uratować Polskę przed wyludnieniem, musiałby powiedzieć narodowi prawdę. Nie ma dalej możliwości, by państwo wypłacało wysokie świadczenia, w szczególności emerytalne. Po prostu nas na to nie stać, a poza tym w samej ich istocie zaszyty jest mechanizm depopulacyjny. Albo powiemy to sobie uczciwie, obniżymy obecnemu pokoleniu koszta pracy i damy normalnie żyć, albo za kilkadziesiąt lat między Bałtykiem a Tatrami zamieszkiwać będzie już ktoś zupełnie inny, niż Polacy. Bardzo zresztą wątpliwe, by zasiedlił te tereny tylko po to, by wymierającej resztce naszego narodu zapewnić emerytury. Ci, którzy liczą egoistycznie, że utrzymanie obecnego systemu chociaż im zapewni byt, a potem choćby i potop, też się łudzą. Żadnych emerytur, tak czy siak, nie będzie. Pytanie jest tylko o to, czy zdołamy się wyrwać z socjalistycznej pułapki i zapewnić Polsce trwanie na przyszłość, czy z ustami pełnymi frazesów o sprawiedliwości pogrążymy ją na zawsze. To nie będzie porażka jak w wieku XVIII, gdy Polska zniknęła na 130 lat. Tym razem „prawdziwi patrioci” z Solidarności i pseudo prawicowych ugrupowań gotowi są pogrążyć ją na zawsze, bo mogą być jak wówczas Polacy bez Polski, ale trudno sobie wyobrazić odrodzenie Polski bez Polaków.

Wyrzeczenie się snu o socjalistycznym dobrobycie wszechobecnego rozdawnictwa państwowego może być bolesne. Nie jest to na dodatek ofiara tak widowiskowa, jak dać się zabić w jakimś powstaniu, biegając po ulicach z flagami przeciw czołgom. Takie to niełatwe wyzwanie los zgotował obecnemu pokoleniu. Walczyć trzeba nie z zaborcami, ale z zagrożeniem wewnętrznym, jakim jest socjalistyczny system emerytalny. Bombę tę prawie sto lat temu podłożył pod nasz kraj Józef Piłsudski. Hydra rozrastała się, obejmując kolejne grupy społeczne, aż na końcu jak każdy nowotwór zaczęła zagrażać życiu tego, na kim pasożytuje. W tych dniach rak chce przerzucić się na kolejny organ, w kręgach rządowych przebąkuje się o konieczności objęcia rolników koszmarnym podatkiem dochodowym od osób fizycznych i wcieleniem ich do najbardziej patologicznego ZUS.

Siłą rzeczy ratunku bardzo trudno spodziewać się od polityków. Mechanizmy demokracji wymuszają na nich, by ludziom obiecywać i twierdzić, że najlepszym sposobem dbania o rodzinę jest rozdawnictwo. Musielibyśmy zostać obdarzeni mężem stanu z prawdziwego zdarzenia, by miał odwagę powiedzieć i przekonać Polaków, że potrzebne jest wyrzeczenie, a nie postawa roszczeniowa. Będzie boleć. Nie wystarczą półśrodki jak podniesienie wieku emerytalnego do sześćdziesięciu siedmiu lat. Gdyby pojawił się taki wódz narodu z prawdziwego zdarzenia, musiałby z hukiem rozpędzić demagogów z „Solidarności” i obecnej pseudo prawicy, którzy nawet tym symbolicznym zmianom tak intensywnie się przeciwstawiają.

Skoro jednak prawdziwego męża stanu nie widać, pozostaje Polsce jeszcze tylko jedna nadzieja. Ta, co zwykle. W naszej historii, gdy zawodzili politycy, pomagał Kościół. Wydaje się, że tylko hierarchowie dysponują jeszcze autorytetem, by Polakom powiedzieć: musimy uratować Polskę, musimy uratować rodzinę, ale będzie to polegało niestety przede wszystkim na wyrzeczeniach. Dalsze podtrzymywanie, że polityka prorodzinna to państwowe rozdawnictwo, będzie działaniem wyłącznie kontr skutecznym. Choć oczywiście, doraźnie będzie się zapewne ludziom znacznie bardziej podobać. Zwłaszcza gdy będzie prowadzona pod „patriotycznymi” hasłami.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.