Polonia reliquit

Pod pretekstem oszczędności, choć liczba polskich emigrantów zarobkowych wciąż przekracza 2 miliony – władze RP pozbawiają ich potomków możliwości korzystania z placówek oświatowych istniejących dotąd przy naszych ambasadach.

„Reforma” ta zapewne spodoba się też domorosłym liberałom, bowiem nominalnie nie ma rzecz jasna mowy o żadnym ograniczeniu dostępu do oświaty, a jedynie o zmianie akcentów – a więc przeniesieniu ciężaru nauczania na placówki prywatne. „Plan współpracy z Polonią i Polakami za granicą w 2014 r.”, którego konsultacje właśnie zakończył MSZ, posługuje się w tym celu eufemizmami, w rodzaju „przy rosnącej liczbie polonijnych beneficjentów działań Państwa, ograniczonych wyłącznie wysokością środków budżetowych, przyjęta została zasada, że zadania nie będą rozpraszane na wiele pośredniczących podmiotów pozabudżetowych” oraz „wspieranie tworzenia szkół społecznych, w tym uspołeczniania szkolnych punktów konsultacyjnych przy placówkach dyplomatyczno-konsularnych RP”.

Tłumacząc to jednak na obecne realia – państwo polskie zwija swe finansowe wsparcie nie tylko dla polskich organizacji zagranicą, ale mówi im też otwartym tekstem – chcecie mieć polskie szkoły, to je sobie przejmijcie i sami utrzymajcie. I czyni tak w sytuacji, gdy ta sama diagnoza wyraźnie ostrzega, że „Wedle szacunków placówek dyplomatyczno-konsularnych RP, ok. 70 proc. osób polskiego pochodzenia nie zna już języka polskiego.

Wskaźnik ten ma różną wartość w zależności od regionu czy państwa i np. w Europie Zachodniej wynosi tylko 20 proc., ale już w Ameryce Północnej, gdzie mieszka ok. połowy polskiej emigracji, odsetek osób nie władających językiem polskim to ponad 90 proc. W tej sytuacji ogromnego znaczenia nabiera konieczność systemowego rozwiązania kwestii promocji języka polskiego i nauczania go za granicą jako obcego czy drugiego”.

Jak jednak rząd rozumie tę konieczność, skoro już w ogłoszonych w kwietniu 2009 r. przez MEN „Programie Rozwoju Szkół Polskich za Granicą” oraz „Wytycznych dla Dyrektorów Szkół Polskich za Granicą” założono likwidację polskich liceów zagranicą, zapowiedziano wyłączenie z zakresu zainteresowania szkolnych punktów konsultacyjnych (w które przekształca się szkoły działające przy ambasadach) nauczania matematyki i religii, jasno złożono odpowiedzialność za finansowanie praktycznie całej edukacji polonijnej na rodziców oraz uznano zamiar stopniowego wygaszania wszystkich szkół polonijnych, jeśli nie znajdą sobie sponsorów, czy nie przejdą na samofinansowanie.

Nie wszystkie z tych założeń weszły już w życie (także w związku z protestami środowisk polskich w Atenach, Paryżu, Brukseli, Wiedniu czy Monachium), jednak działania przeciw polskim szkołom są nadal konsekwentnie prowadzone, czego symbolem było zamknięcie po 40 latach polskiej szkoły w Berlinie. Powstały na jej gruzach szkolny punkt konsultacyjny jest tylko cieniem tej zasłużonej placówki, a jak opowiada jego ex-dyrektor, który właśnie powrócił z misji w Niemczech, dr Marian Janusz Kawałko, realia finansowe są obecnie takie, że nauczyciele składają się na papier do ksero, na wszystko bowiem brakuje pieniędzy, w myśl zasady jak zgłodnieją – szybciej pójdą na własne rozliczenie, albo po prostu pójdą precz!

W ubiegłym roku szkolnym w finansowanych przez MEN 78 szkołach i punktach zorganizowanych przy polskich placówkach dyplomatycznych uczyło się 13.562 uczniów. Częściowe finansowanie otrzymywały 530 polonijne szkoły sobotnie (głównie przy polskich ośrodkach duszpasterskich), skupiające ok. 40 tys. dzieci. Również i je dotknąć mają restrykcje finansowe, niepewny jest także los programu dofinansowania nauki w języku polskim w szkołach kraju osiedlenia Polaków.

MEN realizuje go w 170 placówkach z ok. 30 tys. polskich dzieci. Warto jednak podkreślić, że tylko szkoły przy ambasadach (plus 3 pełnowymiarowe szkoły polskie w Atenach, Moskwie i Pradze) gwarantowały pełną ciągłość i łączność z krajowym systemem oświaty.

Mamy tu do czynienia ze sprzęgnięciem się kilku niekorzystnych zjawisk i postaw. Podejście woluntarystyczne każe zapewne zwolennikom przyjąć stanowisko „będą się chcieli uczyć – to sobie zapłacą”. Sęk w tym, że nie jest to założenie zgodne z interesem wyższego rzędu, narodowym, wedle którego to całej wspólnocie musi zależeć na utrzymywaniu i w miarę możliwości zwiększaniu swego potencjału, w tym także na utrzymywaniu więzi z tymi członkami narodu, którzy znaleźli się poza obecnymi granicami państwa.

O ile więc przymus szkolny, czy kwestia wyższości oświaty prywatnej nad państwową może być przedmiotem dyskusji wewnątrzkrajowej, o tyle już wycofanie się państwa z zadania wspierania polskiego wychowania zagranicą jest błędem i szkodnictwem nie mającym okoliczności łagodzących.

Dopiero na tym tle można widzieć indywidualne interesy poszczególnych naszych rodaków, którym wykształcenie i dwujęzyczność winny pomagać w zwiększaniu konkurencji na rynku pracy tak w kraju zamieszkania – jak i w przypadku powrotu do Polski. Luki edukacyjne to zresztą wyraźny sygnał ze strony władz RP „nie wracajcie, wasze dzieci już nas nie interesują, nie będą pasować do polskich szkół i uczelni, siedźcie sobie z nimi tak gdzie jesteście!”. Tak w praktyce wygląda realizacja obietnicy zapewnienia polskim emigrantom zarobkowym warunków powrotu do Polski…

Przyjmując taką optykę władze Polski przy okazji zresztą podcinają także jedną z gałęzi podpierających krajową gospodarkę, bo przecież pieniądz przywożony i przysyłany z zagranicy stanowi jeden z motorów konsumpcji, blokującej szersze rozlanie się kryzysu. Zerwanie więzi między Polonią a krajem, powstałe wskutek barier edukacyjnych i językowych postawi jednak w przyszłości tamę temu strumieniowy euro, co tylko pogłębi zapaść, którą tłumaczy się dzisiejsze oszczędności na oświacie.

Jak to więc często w polskiej polityce bywa – mamy do czynienia z samonapędzającym się mechanizmem, w którym rządzący tradycyjnie chcą, abyśmy byli zarazem i głupi, i biedni. Diaspora zaś, która dla tylu nacji stała się czynnikiem siły i wpływu, choćby nawet wyklutym z biedy i konieczności migracji – dla władz w Warszawie jest raczej wstydliwym złem koniecznym, do którego nie ma się co przyznawać i które jak najszybciej należy zostawić same sobie.

Dziś wiemy, że wobec kryzysu demograficznego nigdy już nie staniemy się chyba państwem o 40 mln obywateli. 2 mln spośród żyjących tu 38,5 milionów wyjechało i jak widać czyni się wiele, by Polacy ci nigdy nie powrócili. Wreszcie pozostałe 18-20 mln członków naszej diaspory (co czyni polskość szóstą pod względem rozproszenia międzypaństowego nację globu) również pozostawia się w dużej mierze własnemu losowi, ograniczając ze strony władz RP do działań pozornych i czysto deklaratywnych.

Na tym drastycznym przykładzie brak polityki narodowej staje się więc nie tylko stałą, smutną konstatacją stanu III RP, ale przyjmuje kształt nader pilącego wyzwania bieżącego. Bez sprawnej polskiej szkoły zagranicą naród polski zostanie wykastrowany z ostatnich pozostałych instrumentów wzrostu swej siły i potencjału – od polskich dzieci rodzących się na Zachodzie w realiach socjalnej stabilizacji. Skoro żaden dotąd rząd nie umiał zapewnić takiego stanu Polakom mieszkającym w kraju – to niech chociaż władza nie utrudnia utrzymania polskości naszym rodakom na przymusowej emigracji!

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *