Potrzeba relatywizmu

To brzmi może paradoksalnie, ale właśnie subiektywne przeżycia – ból, strach, inne cierpienia – stanowią rzeczywistość absolutną, niepodlegającą relatywizacji pod wpływem późniejszych wydarzeń. Inaczej rzecz się ma, gdy chodzi o polityczną stronę wypadków czy procesów. Fakty historyczne zmieniają sens wskutek porównań z innymi faktami, które nastąpiły później lub równocześnie, lecz nie zostały wzięte pod uwagę. Dlatego mówi się słusznie, że każde pokolenie pisze historię na nowo. Nie z tego powodu, że nie istnieje prawda obiektywna, lecz dlatego, że ludzie chcą się do niej przybliżyć. Społeczeństwo, które przez dziesięciolecia albo i dłużej wierzy bezkrytycznie w „prawdę” kiedyś przyjętą, jest umysłowo gnuśne i za karę skazane na popełnianie ciągle tych samych błędów. Trudno nie myśleć tu o dzisiejszych polskich historykach.

Czytam w gazetach, że „Rosja wciąż tkwi mentalnie w okopach II wojny światowej”. Piszą też z surową naganą albo i szyderstwem, że z wielkiej wojny ojczyźnianej uczyniła sobie „mit założycielski” (pojęcie bałamutne, ale już mocno osadzone w dyskursie publicystycznym) i opiera na niej rzekomo swoją tożsamość. Czy Polska nie tkwi mentalnie w wojnie, skoro z Katynia uczyniła – według uroczystych oświadczeń swoich przywódców – mit założycielski III Rzeczypospolitej? Czy tych mitów założycielskich nie należałoby w celach poznawczych porównać? Przy tym temacie przypomina mi się zawsze, co Jerzy Giedroyć napisał w liście do Miłosza: Rosjanie mają prawo wierzyć w wielki „mit” zwycięstwa w II wojnie światowej i oprzeć na nim swoją dumę narodową. Tak jak Polacy mają prawo czcić ofiary Katynia (ale nie Wołynia). Są dwie moralności w polityce: pogański kult zwycięstwa i chrześcijańskie rozpamiętywanie cierpień – u Polaków doprawione uczuciem bezsilnej mściwości.

Nie można w tym kontekście pominąć paktu Ribbentrop-Mołotow. Jest to jedno z tych wydarzeń, których sens bardzo się zmienia, zależnie od tego, co następuje po nich.

Wejścia bolszewików w 1939 r. nie pamiętam, chociaż dość dobrze pamiętam wcześniejszą bitwę z Niemcami, jedną z większych we Wrześniu, w środku której znalazła się nasza wieś. Pożary, ostrzał artyleryjski, zabici żołnierze – jeden, pochowany na miejscu, pochodził z Krakowa i nazywał się Basista – to się musiało wryć w pamięć dziecka. Wkrótce po tej bitwie Niemcy gdzieś się podziali i przyszli Sowieci. Na początku oni nie budzili strachu, raczej kpiny z powodu nędznego umundurowania, niekompletnego ekwipunku. Mój ojciec, który przed wojną odgrażał się sanacji, że przyjdą bolszewicy i wymierzą jej sprawiedliwość za Witosa, od razu znienawidził ich za sposób obchodzenia się z końmi, bo bardzo kochał te zwierzęta. Rodziny ukraińskie poczuły się wyzwolone i niektóre wyjechały w stronę Lwowa, żeby po niedługim czasie przekraść się z powrotem, już pod niemiecką okupację. Początkowo nie było wiadomo, jak przebiegnie granica i po której stronie się znajdziemy. Mimo okrucieństw, jakie Niemcy już zdążyli popełnić, Polacy woleli zostać pod władzą niemiecką, niż znaleźć się w Bolszewii. Wielka ulga nastąpiła, gdy granicę poprowadzono jakieś 10 czy kilkanaście kilometrów na wschód. Gdy po stronie radzieckiej zaczęły się wywózki, groza przenikała przez kordon. Nie wiedziałem, co znaczy słowo Sybir, ale kojarzyłem je z czymś strasznym. To była ta strona subiektywna paktu Ribbentrop-Mołotow, której nic nie zrelatywizuje.

Pod względem politycznym niesławny pakt musi być zrelatywizowany. Strony miały prawo zawrzeć umowę odkładającą nieuchronną wojnę na czas odpowiedniejszy przynajmniej dla jednej z nich. Tego, co nas najbardziej boli, bezprawnego zagarnięcia dużej części terytorium Polski przez Związek Radziecki, nie można dziś poważnie krytykować, skoro uznajemy nietykalność granic z Ukrainą i Białorusią. Nie słychać protestów, gdy Ukraińcy głoszą, że Lwów był przed wojną pod polską okupacją, co oznacza, że postanowienia tajnej części paktu były sprawiedliwe. Golo Mann, syn Tomasza i sam wybitny pisarz historyczny, wysoko ceniony autorytet, pisze w swoich „Niemieckich dziejach w XIX i XX wieku”: „Za nic mamy historyczne argumenty, których używają Polacy, by usprawiedliwić aneksję »ziem odzyskanych«; to argumenty błazeńskie. Nie bardzo przekonuje nas też argument »rekompensaty«; ponieważ Rosja odebrała Polakom tyle i tyle terytoriów na wschodzie (…), przeto należy im się tyle i tyle niemieckiej ziemi na zachodzie, przyznanej kosztem pokonanego wroga, którego trzeba ukarać. Albo ziemie zabrane przez Rosję na wschodzie były polskie, a wówczas powinny polskie pozostać, albo polskie nie były – w takim razie Polakom nie należał się substytut. W istocie ludność zamieszkująca oderwane prowincje wschodnie w większości nie była polska. (…) W każdym razie okrutna operacja przyniosła do dzisiaj bardzo rozmaite skutki. Jeszcze nie wiemy, jaki będzie koniec” (s. 538 wydania polskiego). Dzisiejsze państwo polskie bez zastrzeżeń przyjmuje taki stan rzeczy, że ziemie polskie stały się niepolskie. Na mocy jakiego prawa takie się stały? Czy nie na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow?

Bronisław Łagowski

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie tygodnika „Przegląd”:

Potrzeba relatywizmu

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *