Raźny: Europa 313-2013. Od Edyktu Mediolańskiego do Traktatu Lizbońskiego

Fundamentalne znaczenie chrześcijaństwa dla rozwoju Europy i świata – nade wszystko tzw. zachodniego – jest oczywiste dla każdego, kto ma podstawową wiedzę z zakresu ich historii, kultury, religii. Od czasów oświecenia po dzień dzisiejszy trwają jednak próby obalenia tej prawdy historycznej i zanegowania antropologicznego oraz aksjologicznego znaczenia chrześcijaństwa w dziejach ludzkości. Wydany przez cesarza zachodniego Imperium Rzymskiego – Konstantyna – oraz cesarza wschodniej części tego imperium Licyniusza – w lutym 313 roku Edykt Mediolański był triumfem chrześcijaństwa. Był też widocznym dla wszystkich triumfem jego symbolu – krzyża. Przekaz historyczny mówi, iż symbol ten został wskazany w widzeniu samemu Konstantynowi jako widniejący na niebie znak, w którym miał zwyciężyć: In hoc signo vinces. Po latach prześladowań wyznawców Chrystusa czczących symbol jego męki – nadszedł czas chwały krzyża.. Jak pamiętamy, Konstantyn nie tylko zniósł karę ukrzyżowania oraz kazał umieścić znak krzyża na monetach i tarczach żołnierskich, ale również postawił w centrum Rzymu swój pomnik z krzyżem w ręku i napisem, potwierdzającym, iż „:przez ten zbawczy znak” uratował to miasto. Edykt Mediolański to także triumf moralny chrześcijan, jaśniejących wśród pogan blaskiem swojej niezłomnej wiary aż po męczeńską śmierć, pociągających postawą miłości i przebaczania, uczących szacunku dla ludzi słabych – dzieci, chorych, kalek – tworzących jako wzór małżeństwa związek monogamiczny mężczyzny i kobiety.

W sferze społecznej i politycznej edykt dekretował wolność religijną dla wszystkich, pośród których trzy razy wymienia chrześcijan:

1. gdy wyraża wolę Konstantyna i Licyniusza, aby „przyznać chrześcijanom oraz wszystkim innym wolny wybór wyznawania religii”

2. gdy postanawia, by „nikomu zgoła nie odmawiano swobody wykonywania i wybrania religii czy wyznania chrześcijańskiego”

3. gdy rozkazuje, aby zagrabione bądź wykupione na mocy wcześniejszych dekretów miejsca zgromadzeń chrześcijan: „oddać je tymże chrześcijanom bezpłatnie i bez żądania zwrotu ceny kupna, i to bezzwłocznie i niedwuznacznie”1.

Z dzisiejszej perspektywy edykt jawi się jako prawzór aktu prawnego gwarantującego z jednej strony wolność wyznania i sumienia – tolerancję religijną – z drugiej ochronę chrześcijaństwa. Od tej pory Europa – niezależnie od wszystkich późniejszych zawirowań politycznych i ideologicznych – miała jasno wyznaczony kierunek rozwoju cywilizacyjnego. Edykt, uznając prawo chrześcijan do swobodnego wyznawania ich wiary, uznawał iż chrześcijaństwo „służy dobru i korzyści państwa”2. To uznanie jego pozytywnej roli w funkcjonowaniu państwa – społeczeństwa – oznaczało nie tylko akceptację, ale również wysoką ocenę wartości chrześcijańskich.

Jak wygląda Europa w 1700. rocznicę ogłoszenia edyktu? Czy podtrzymuje swe chrześcijańskie dziedzictwo?. Czy trwa przy wartościach chrześcijańskich, które uzyskały ponadczasowy, uniwersalny charakter? Te pytania są retoryczne, gdyż wszystkim wiadomo, że współczesna Europa pogrąża się w kryzysie cywilizacyjnym, a nade wszystko w kryzysie moralnym, gdyż odeszła o swych chrześcijańskich korzeni. Sprawa jest tym bardziej niepokojąca, ze przytłaczająca większość jej społeczeństw – członkowie Unii Europejskiej – zadekretowała to odejście na gruncie prawnym. Przyjęła bowiem Traktat Lizboński jako dokument określający fundamenty Unii.. Traktat ten jest nie tylko odejściem od Edyktu Mediolańskiego, ale jego zaprzeczeniem. Nie wymienia on ani razu chrześcijaństwa, chrześcijan i chrześcijańskich wartości w żadnej sferze życia unijnych społeczeństw. Mówi ogólnie o prawach człowieka – anonimowego, nieokreślonego kulturowo i religijnie – zrównujących większość z mniejszością, nie chroniących tej pierwszej przed uzurpacjami drugiej (Karta praw podstawowych – II. Wolności; III. Równość: „równość wobec prawa; zakaz wszelkiej dyskryminacji; poszanowanie różnorodności kulturowej, religijnej i językowej; równość płci, ale przy dopuszczeniu ‘specyficznych korzyści dla płci niedostatecznie reprezentowanych’…”).

Katalog wymienianych wartości – nazywanych przez komentatorów europejskimi, a określanych w samym traktacie jako niepodzielne (te, które odnoszą się do godności ludzkiej) lub powszechne – nie ma nawet pośredniego przełożenia na wartości chrześcijańskie. Przełożenie takie posiadałby wówczas, gdyby wymieniał wartości etyczne jako te, które stanowią skuteczną obronę godności człowieka. Niewymienienie wartości etycznych (moralnych), podobnie jak niewymienienie wartości chrześcijańskich, skutkuje tym, że traktat nie gwarantuje obrony chrześcijaństwa i jego wyznawców, a także jego symboliki (krzyż) – w sytuacji, gdy gwarantuje ją wymienionym w tym dokumencie wszystkim mniejszościom. Jest to szczególnie dotkliwe, gdyż idzie tu z jednej strony o coraz bardziej agresywne mniejszości seksualne, z drugiej o wyznawców islamu, którzy w szybkim tempie zmieniają oblicze Europy.

Niepowetowaną stratą dla europejskich chrześcijan jest wyrugowanie z traktatu lizbońskiego wartości chrześcijańskich. Joseph Ratzinger – w pracach pisanych przed wyborem na papieża – podkreślał, że są to nade wszystko pochodzące od Boga wartości etyczne, będące odpowiedzią na wszystkie moralne intuicje ludzkości. Dlatego jako takie mają charakter uniwersalny3. Wartości te sięgają istoty bytu ludzkiego – z tego powodu ich brak w Traktacie Lizbońskim nie czyni Europejczyka bardziej wolnym, natomiast otwiera perspektywę jego upadku z poziomu człowieka do poziomu przedmiotu (rzeczy).

Traktat Lizboński w sposób bezprecedensowy przekreślił Edykt Mediolański i cofnął Europę do czasów sprzed 313 roku. Dlatego nikt w Europie nie świętuje 1700. rocznicy wydania przez Konstantyna i Licyniusza tego wiekopomnego dokumentu, nikt nie odsłania tablic z okazji jego rocznicy, nie organizuje uroczystych jej obchodów. Przeciwnie, odsłania się tablice ku czci tych, którzy edykt przekreślili, mówi się o dziedzictwie tych, którzy zaakceptowali odejście Europy od chrześcijańskich korzeni.

Tymczasem potrzeba działań zmierzających do unieważnienia Traktatu Lizbońskiego, ukierunkowanych na obronę chrześcijaństwa i jego wartości, jest coraz bardziej nagląca. Niestety, nie widzi jej żadne ugrupowanie w Polsce aspirujące do europarlamentu. W rozpoczętej kampanii wyborczej nikt nie wspomina o rocznicy Edyktu Mediolańskiego, nikt też nie podejmuje problemów prawnych i cywilizacyjnych wynikających z Traktatu Lizbońskiego. O miejsca w Brukseli walczą bowiem jego zwolennicy – ci, którzy dla jego podpisania w Lizbonie przez prezydenta RP (13.12.207), a następnie ratyfikowania przez polski parlament (sejm:1.04.2008.; senat: 2.04.2008.) i na końcu ratyfikowania przez prezydenta (podpisanie ustawy ratyfikacyjnej: 10.10.2009) utworzyli w 2007 roku ponad wszelkimi podziałami koalicję lizbońską: PiS, PO, SLD, PSL. Te skonfliktowane w małych sprawach partie, zawarły historyczny sojusz, w rezultacie którego najpierw zdyskredytowano stronnictwa przeciwne Traktatowi Lizbońskiemu – LPR i Samoobronę – a następnie rozwiązano parlament, aby w nowej jego kadencji – już tylko we własnym gronie – koalicja lizbońska mogła ratyfikować podpisaną wcześniej przez – Lecha Kaczyńskiego – tę wywrotową unijną konstytucją. Podpisanie traktatu i jego ratyfikacja były gwoździem do trumny chrześcijańskiej Europy. Runął mit Polski – przedmurza chrześcijaństwa. Podpisanie przez Polskę tzw. protokołu brytyjskiego (obok Wielkiej Brytanii i Czech), wyrażającego zastrzeżenia w zakresie stosowania Karty praw podstawowych, nie było bowiem w żadnym wypadku gestem obrony chrześcijaństwa i jego wartości. Nie było nawet próbą zdefiniowania w ramach Karty małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety, a także istoty rodziny, atakowanych obecnie z bezwzględnością przez różne unijne dyrektywy w ramach zapisu o niedyskryminacji. Wymownym świadectwem trwania sojuszu lizbońskiego było i jest milczenie polskich polityków nie tylko na forum UE, ale również polskiego parlamentu w sprawie ludobójstwa chrześcijan na Bliskim Wschodzie i w krajach islamu. Milczeli i milczą nie tylko ludzie lewicy, ale również ci, którzy głoszą, że reprezentują polskich katolików. Historyczne już się stało milczenie Polski w przypadającą w bieżącym roku 330 rocznicę bitwy pod Wiedniem. Oderwane od polskiego narodu elity nie mogą jej bowiem obchodzić – przypominać chwały oręża polskiego w zwycięstwie nad Turkami – aby nie urazić Turcji, z którą Polska pozostaje w sojuszu wojskowym w ramach NATO. Nie dość tego, Polska popierała i popiera działania przeciw Syrii nie tylko Turcji, ale również innych sprzymierzonych z nią państw – głównie USA i Izraela – skutkujące ludobójstwem chrześcijan w państwie rządzonym przez sprzyjającego im Baszara al.- Assada. Gdy przed kilku miesiącami ważyły się losy planowanego przez USA ataku na Syrię, żaden z polskich polityków nie zdobył się na odrobinę odwagi i nie apelował o pokój i rozwagę w obawie przed gniewem naszego „strategicznego sojusznika” amerykańskiego i jego podopiecznych państw. Nie odezwał się nikt – również wspierające polską prawicę media – nawet wtedy, gdy papież Franciszek zwrócił się do prezydenta Władimira Putina przez G-20 w Petersburgu z prośbą o powstrzymanie uderzenia na Syrię i zapobieżenie wybuchowi wojny o niewyobrażalnych dla całego świata skutkach.

Obłuda polskich elit politycznych, nade wszystko prawicowych, odwołujących się w kampaniach wyborczych do wartości chrześcijańskich jest zdumiewająca. Gdy widzimy, jak ci sami ludzie, którzy w 2007 roku najpierw zablokowali w sejmie wpisanie do polskiej konstytucji ochrony życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci i potem ratyfikowali w tym samym sejmie Traktat Lizboński, a obecnie gardłują we wszystkich mediach na temat agresywnych działań mniejszości seksualnych czy zagrożeń ze strony genderyzmu, zastanawiamy się czy jest to cynizm, czy przejaw kryzysu myślenia. Od początku bowiem było jasne, że traktat nie chroni życia poczętego, daje mniejszościom prawa, jakich nie daje chrześcijanom, umożliwia rozwój każdej antychrześcijańskiej ideologii – m.in. genderyzmu – nie chroni naszych symboli religijnych, nade wszystko krzyża.

Rozliczenie z „Lizbony” jest w obecnym układzie politycznym i medialnym mało realne. Bardziej realne jest spopularyzowanie antylizbońskiego myślenia, prowadzącego do unieważnienia tego szkodzącego Europie traktatu.

Anna Raźny

1 Cytuję za: http:WWW..bp.ecclesia.org.pl/, s. 3, 2013-11-28.

2 Tamże, s. 2.

3 Por. m.in.: J. Ratzinger, czas przemian w Europie. Miejsce Kościoła i świata, Kraków 2005.

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *