Refleksje 1-majowe

Widocznie musiało, skoro doszło!”

Jeśli w ogóle ktoś stawia to pytanie, to wyłącznie na poziomie satyry, czy prymitywnej propagandy, w której jaśniejące szyldy banków i galerie handlowe, czyli symbole III RP – przeciwstawiane są szarości i przaśności PRL, w której na pewno nie byłoby telefonów komórkowych i do dziś jeździlibyśmy wyłącznie „ogórkami” od jednego pustego sklepu do drugiego. Poważniejszej refleksji brak raz dlatego, że część analityków otwarcie gardzi „gdybologią”, nie doceniając jej znaczenia poznawczego, po drugie zaś – mamy do czynienie z aksjomatem: „komunizm” zwyczajnie musiał upaść, jako wyraźnie gorszy od demokracji liberalnej wspartej globalizującym się kapitalizmem. Paradoksalnie więc, „komunizm” padając dowiódł poniekąd swej słuszności przynajmniej na polu mechanizmów historiozoficznych, a przez zwolenników tezy o nieuchronnym zwycięstwie demoliberalizmu – przemawia najzwyklejszy marksistowski determinizm historyczny, tylko à rebours.

Oficjalna wersja zdarzeń jest tak znana, że nie ma sensu ani jej cytować, ani poddawać głębszej analizie, choć różnie rozkładane bywają akcenty: niepokonana sprzeczność ekonomiczno-społeczna „komunizmu”, narastające konflikty społeczne, nieprzełamywalny kryzys zaufania na linii społeczeństwa-władza, rosnące koszty wyścigu zbrojeń, niezłomność Papieża, konsekwencja Reagana, „Solidarność”, Gorbaczow, Reykjavík, MFW, Rothschild itd. Niektóre z tych okoliczności faktycznie miały znaczenie dla wyboru – tak, wyboru dokonanego w Bloku Wschodnim, by zakończyć swe odrębne istnienie, wraz z formalnym zamknięciem „zimnej wojny”. Co ciekawe, na początku lat 90-tych bardzo modne, zwłaszcza na polskiej centro-prawicy, były tezy tych „sowietologów”, którzy (jak Guy Sorman i Alain Besançon) w ogóle zaprzeczali tezie o upadku ZSSR z przyległościami, w dziejących się na ich oczach zdarzeniach widząc tylko gigantyczną manipulację i przegrupowanie Imperium Zła do ostatecznej rozgrywki z Zachodem. Echa tych wizji słychać zresztą do dziś w opowieściach o „KGB-iście Putinie” realizującym wciąż ten sam złowieszczy dla wolnego świata scenariusz, co Stalin

Por. Borewicz świsnął kasę

W istocie jednak historię „komunizmu” jako eksperymentu geopolityczno-ustrojowego – zakończyły przede wszystkim procesy psychologiczne, a następnie socjologiczne, sprowadzające się nie tyle do kryzysu wiary w „komunizm” (tej bowiem od czasów stalinowskich w praktyce stale ubywało), ale do coraz silniej odczuwanej potrzeby drogi na skróty, przyspieszenia marszu do wzmożonej i wyższej jakościowo konsumpcji. Przy czym gwoździem do trumny Bloku stało się nie to, że zwykli ludzie chcieli mieć samochody osobowe, anteny satelitarne i VHS-y, tylko dlatego, że to klasa rządząca zerwawszy więzi z ideologiczną nadbudową – zadała sobie pytanie co może osiągnąć gdyby system trwał? Po czym udzieliwszy sobie odpowiedzi – natychmiast go zwinęła.

Polscy poszukiwacze alternatywnej drogi transformacji ekonomiczno-ustrojowej dla Polski, a w szczególności zwolennicy „drogi chińskiej” wielokrotnie ubolewali nad zignorowaniem przez władze PRL koncepcji Mirosława Dzielskiego, czyli jego słynnego „Listu do porucznika Borewicza”, w pewnym uproszczeniu proponującego podział: pozostawienie władzy politycznej Partii w zamian za uznanie nieskrępowanego poza tym prawa obywateli do bogacenia się. Cały problem tymczasem wydaje się polegać na tym, że kierownictwo i to nie tylko polskiej, ale przede wszystkim sowieckiej kompartii rzeczywiście dokładnie przeanalizowało dokładnie to samo zagadnienie, co krakowski filozof – i uznało, że bardziej opłaca się podział odwrotny: obywatele mieli zadowolić się pozorami władzy politycznej, podczas gdy bogactwa miały zostać akumulowane przedstawicieli dotychczasowej elity politycznej.

„Komunizm”, jak wiadomo, wziął sobie z rewolucyjnej triady „równość”, a będąc wdrażanym w gorzej rozwiniętej części świata – nieodparcie musiał popadać w zadyszkę konsumpcyjną, tzn. pomimo konsekwentnie dokonywanego rozwoju gospodarczego jego skutki były spłaszczane i spowalniane przez urawniłowkę, stanowiącą wszak immanentną cechę systemu. Tym samym zwykli ludzie denerwowali się, że nie mają piwa w puszkach, jak ich odpowiednicy z Zachodu, ale też na co mogli liczyć przywódcy, których uprzywilejowanie też było względne? Na „wille” wielkości zachodnich domków jednorodzinnych klasy średniej? Coś z tym trzeba było zrobić, skończyć z frustrującą wszystkich równością, doprowadzić do rozwarstwienia ekonomicznego i zacząć skupiać kapitał i majątek w wybranych rękach.

Nawet oligarchów mamy dziadowskich…

Skutki tak wybranej drogi ewolucji dla Polski zostały już wielokrotnie opisane. W naszym przypadku na generalnie niekorzystny przebieg transformacji wpływ miało jeszcze wiele dodatkowych czynników, mających dodatkowo przyspieszyć cały proces: począwszy od konsekwentnego ograniczania dochodów ludności, przez przyjęcie nieuzasadnionego tempa i kierunku przemian własnościowych w przemyśle, aż po opłacenie geopolitycznych gwarancji nieodwracalności całego eksperymentu. I chociaż do dziś nie brakuje „ekspertów” i całych środowisk przekonujących (a może i przekonanych), że „po prostu inaczej się nie dało” – to jednocześnie sączy się wciąż nieśmiały nurt pamięci, że generalna poprawa warunków życia, to dla ogółu Polaków końcówka lat 80-tych, a nie początek 90-tych, a więc nawet ta instynktowna potrzeba, „żeby było jak na Zachodzie” – zaczęła być zaspokajana u schyłku PRL, co jednak ostatecznie nie wpłynęło na przetrwanie tego tworu.

Trzeba bowiem dostrzegać, że partykularny polski punkt widzenia, a więc odpowiedź na pytanie „czy PRL mógłby przetrwać” o tyle nie ma większego sensu, że mówimy o zmianach – wyborach, dokonywanych w obrębie całego Bloku, z decydującą oczywiście rolą tego, co działo się w Moskwie. Skutki przemian w Sowietach okazały się też szczególnie dotkliwe, czego apogeum była jelcynowska Rosja, dotknięta rządami oligarchów. Stało się tak m.in. dlatego, że wbrew popularnym polskim uprzedzeniom – w Rosji było znacznie więcej do rozgrabienia i że stosunkowo łatwo było ten zagarnięty majątek eksploatować bez większego angażowania kapitałów z Zachodu, co w Polsce okazało się na większą skalę niemożliwe. Co ważne jednak – dlatego też (choć oczywiście przede wszystkim ze względu na siłę ośrodka władzy) cały ten rosyjski proces jest prostszy do odwrócenia i ponownego podporządkowania gospodarki interesom państwowym, co obserwujemy w ostatniej dekadzie i które to zjawisko znacznie przyspieszyło dzięki obecnej wojnie ekonomicznej i odwrotowi finansowemu Zachodu z Rosji.

Polska gospodarka, pomimo cząstkowej oligarchizacji – samodzielność utraciła w znacznie większym stopniu, niż kiedykolwiek stało się to udziałem rosyjskiej, nawet w czasach jelcynowskiej smuty. „Nasi” oligarchowie (jak choćby Starak) albo od początku, albo z czasem działali już tylko jako podwykonawcy finansjery zachodniej, trochę jak kierownicy sklepików sieciowych. Równie uzależnieni od swych zleceniodawców i pobratymców z Wall Street byli jednak od „naszych” znacznie potężniejsi, a być może i samodzielniejsi, przypominając raczej (by pozostać przy handlowej analogii) prezesów galerii handlowych. Działo się tak m.in. dlatego, że pogardzana i wyśmiewana gospodarka sowiecka, jej potencjał – nie dawały ściśle ekonomicznych przesłanek upadku, a przeciwnie, pomimo rozpraszania się, uleganiu konsumpcjonizmowi dotykającemu też społeczeństwo sowieckie czy wyścigowi zbrojeń (z popularnym, acz czysto propagandowym humbugiem „Gwiezdnych Wojen” Reagana…) byłyby w stanie przetrwać nawet dramatycznie złe zarządzanie ery Gorbaczowa, czego przekonująco dowiedli ekonomiści, jak prof. Michaił Chazin i historycy, jak prof. Andriej Fursow. Wielokrotnie wyśmiewane chruszczowowskie prognozy o przeganianiu gospodarki zachodniej przez sowiecką, choć musiały ulegać korektom (bo przecież Zachód nie poddawał się bez walki, a bronił przede wszystkim psychologicznie, oddziałując w sferze propagandy) i z czasem zaprzestano podawania ośmieszanych dat „osiągnięcia komunizmu” – wskazywały na utrzymującą się tendencję wzrostową, zwłaszcza w zakresie możliwości wytwórczych. Zwykłych ludzi mogło to nie obchodzić, bo nie mieli wymarzonych bananów, ale przemawiało do ścisłych umysłów makroekonomicznych.

Ex oriente lux, czyli zepsuli – niech naprawiają!

„Komunizm” upadł więc nie dlatego, że wyczerpał swój potencjał i możliwości trwania i rozwoju – ale dokładnie z przeciwnych przyczyn: bo wygenerował majątek i potencjał, którego zagarnięcie stało się atrakcyjniejsze dla wyalienowanego ośrodka władzy, i tak przecież pozbawionego zaufania i sympatii rządzonych. Mówiąc górnolotnie – bolszewikom udało się zwyciężyć, bo car-samodzierżca zdradził swój lud, oddał władzę demokratom, a więc musiał pojawić się nowy suweren. Następnie zaś – to następcy bolszewików opuścili niewdzięczny lud, bogacąc się jego kosztem, a w dodatku porzucili swych geopolitycznych partnerów. Historia zatoczyła więc koło, co jednak jest konstatacją mało już dziś przydatną (co najwyżej przy ewentualnym procesie rozliczeń za konkretne grabieże).

Poważniejsze implikacje ma jednak inne spostrzeżenie, związane ze zrozumieniem faktycznego przebiegu tzw. „upadku komunizmu”. Blok Wschodni uległ kolapsowi, własność została skupiona w rękach nielicznych, a geopolitycznie znaleźliśmy się w obozie nie tylko egzotycznym dla interesów Polski, ale i ściągającym na nas permanentne niebezpieczeństwo dlatego, że tak sobie umamiła garść pragnących uwłaszczenia Rosjan kolaborujących z wielką zachodnią finansjerą (co skwapliwie naśladowano także w PRL i innych demoludach). By tę historyczną klęskę Polski naprawić – konieczne jest więc przejście tej drogi w przeciwną stronę, proces odwrotny. Dlatego właśnie tak ważne dla Polaków jest przebudzenie Rosji, odcinanie przez nią krępujących więzi z Zachodem, ukrócenie oligarchów i powrót do wydajności i samowystarczalności przewyższających te z czasów sowieckich, bo w oparciu o nowe sojusze, tak w ramach Eurazji, jak i całego bloku BRICS.

Dzięki temu, co dzieje się na Wschodzie – być może uda się przełamać katastrofalne skutki tzw. „upadku komunizmu” dla Polski i to bez jego formalnego przywracania. Nowe czasy wymagają nowych odpowiedzi – ale mechanizmy przeważnie pozostają bez zmian. Czasami tylko to, czym burzono – należy użyć do odbudowy. I na tym będzie polegać „sprawiedliwość dziejowa” – że „KGB-ista Putin” naprawi to, co zepsuli KGB-ista Andropow z Gorbaczowem i Jelcynem.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *