Refleksje postpeerelowskie II

Nie ustają dyskusje na temat, czy PRL była państwem polskim i ojczyzną Polaków. Dyskusje te są najczęściej całkowicie jałowe, gdyż uwikłane są w spory polityczno-ideologiczne i propagandowe walki. Aby wyrobić sobie właściwy pogląd na sprawę, trzeba patrzeć na rzeczywistość przez pryzmat, by tak rzec, egzystencjonalnych decyzji politycznych, a więc takich, od których zależy egzystencja państwa i los jego obywateli: w których idzie o życie lub śmierć. W „Gazecie Polskiej (10.X.1996) Andrzej Karat zrekonstruował plan ewentualnej wojny Układu Warszawskiego i NATO. Twierdził on, że w przypadku ataku sowieckiego w kierunku zachodnim, Polska, przez którą przemieszczałyby się wojska drugiego rzutu Armii Czerwonej stałaby się celem zmasowanego ataku jądrowego ze strony NATO. Należy przeto zadać sobie pytanie, co wolelibyśmy: żeby atak sowiecki się powiódł (czego warunkiem byłoby zapewne zniszczenie natowskich wyrzutni), czy też, żeby na polskie (PRL-owskie?) miasta spadły pociski nuklearne? Czy lepiej byłoby dla obywateli PRL-u, żeby oddziały Ludowego Wojska Polskiego dotarły u boku Armii Czerwonej do Atlantyku, czy też, żeby bomby wyzwoliły ich, skutecznie i na zawsze, spod panowania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej? Tertium Non Datur. Sądzę, że mimo wszystko lepsza byłaby ta pierwsza ewentualność. Każdy, kto sądzi podobnie, musi przyznać, że PRL była ojczyzną Polaków, chociaż, tak jak to bywało w przypadku wielu innych państw, nie była to ojczyzna, którą łatwo było kochać.

 ***

Bezustanne ataki na PRL dokonywane przez „antykomunistów”, patrzenie na tamtą rzeczywistość przez propagandowe schematy, będące zresztą zwierciadlanym odbiciem dawnej partyjnej propagandy, są świadectwem, by tak rzec, epistemologicznej ślepoty, której zwykle towarzyszy nieopanowana skłonność do usypiającego słuchaczy ględzenia o „prawicowych wartościach”. Można to tak ująć: „Myślałem, że X jest prawicowcem a on jest tylko antykomunistą”. Oprócz „prawicowych wartości” istnieje bowiem jeszcze coś takiego jak „prawicowe widzenie świata”, prawicowa socjologia polityczna”, „prawicowy sposób poznawania i opisywania rzeczywistości”. Sprawdzają się one właśnie tam, gdzie idzie o rzeczywistość trudną, pełną sprzeczności, absurdów i paradoksów, zawierającą w sobie wiele cierpienia, wiele rzeczywistego bólu, ale której do tego cierpienia i tego bólu nie można zredukować, ponieważ jest bogatsza, wielowymiarowa, barwniejsza. Prawicowiec, który tego nie rozumie staje się zacietrzewionym głupcem, „zdenerwowanym charakterem” obnoszącym się swoimi prywatnymi neurozami albo spada do roli prymitywnego propagandzisty. Człowiek prawicy musi zdobyć się na intelektualny wysiłek, aby także w przypadku „brzydkich” systemów politycznych rządzonych przez „nieprzyjemnych” ludzi (demokracja, faszyzm, komunizm, narodowy socjalizm, demoliberalizm) móc dostrzec racjonalne jądro w działaniach władzy. Musi pod powłoką ideologii odnajdywać zawsze istniejące i w gruncie rzeczy takie same paradygmaty rządzenia i walki politycznej, takie same relacje łączące silniejszych i słabszych, sojuszników i wrogów, takie same przymusy i konieczności. „Brzydcy” władcy stają przed takimi samymi dylematami politycznymi i takimi samymi wyborami jak władcy „mniej brzydcy”. Jeśli człowiek prawicy nie potrafi tego dostrzec, to niczym się nie różni od „głupiego lewicowca”. I nigdy też nie dorówna „inteligentnemu lewicowcowi”.

 

Aby zilustrować o co mi chodzi posłużę się dwoma przykładami. W pewnym programie telewizyjnym o bitwie pod Lenino wystąpił Krzysztof Kąkolewski, skądinąd autor bardzo dociekliwej i interesującej książki „Umarły cmentarz”. Wysunął on tezę, że bitwa pod Lenino była „drugim Katyniem”: Rosjanie celowo wysłali polskich żołnierzy pod niemiecki ogień, żeby ich jak najwięcej zginęło. Oto poznawcza ślepota w całej swojej krasie: Kąkolewskiemu nie przychodzi do głowy, że wielkie ofiary wśród Polaków spowodowane były zwyczajnymi błędami dowództwa (radzieckiego) jakich setki czy tysiące popełnili dowódcy wszystkich armii biorących udział w wojnie. Nie zastanawia się także nad prostą sprawą. Dlaczego Stalin kazał wyciągnąć Polaków z syberyjskiej tajgi, z łagrów i zesłania; dlaczego marnował swoje zasoby po to, aby ich wyszkolić, umundurować, uzbroić. Jeśli chciał zrobić „drugi Katyń”, to dlaczego nie zostawił ich tam, gdzie byli, żeby poumierali z głodu, wyczerpania, chorób itd. Ale Kąkolewski potrafi być dociekliwy jak Sherlock Holmes, gdy chodzi o tzw. pogrom kielecki, ale gdy mówi o bitwie pod Lenino staje się, delikatnie mówiąc, doktorem Watsonem.

 

I drugi przykład: centroprawicowa prasa przynosi rewelacje Władimira Bukowskiego, który twierdzi, że generał Jaruzelski „wielokrotnie domagał się, pod koniec 1981 roku, wysłania wojsk sowieckich [do Polski] i dostał zdecydowanego kosza od Kremla” [cyt. za „Gazeta Polska”, 12.XII.1996). Jest to hipoteza bardzo mało prawdopodobna, a to z tego względu, że wojskowa interwencja ZSRR byłaby równocześnie końcem rządów gen. Jaruzelskiego. Nie byłoby dla niego miejsca w żadnym układzie politycznym. Po interwencji Jaruzelski zostałby kozłem ofiarnym niezależnie od tego, jakie polityczne rozwiązanie przyjęłaby Moskwa. A w każdym razie musiał bardzo poważnie liczyć się z tym, że zostanie odsunięty od władzy. Jeśli ktoś chce, może odmówić mu motywacji patriotycznych, ale nie powinien odmawiać mu prawa do politycznego egoizmu, który w tym akurat przypadku pokrywał się z interesem Polski. Jaruzelski mógłby ocaleć tylko wtedy, gdyby publicznie wystąpił z apelem do Moskwy o interwencję. Ale tego nie uczynił. Bukowski uważa, że zagrożenie sowieckie było tylko bluffem wymyślonym w świecie wielkiej polityki. Ale dywizje radzieckie istniały naprawdę. Sprawa jest więc o wiele bardziej skomplikowana. Bukowski cytuje Adropowa i Ustinowa, którzy na posiedzeniu politbiura wypowiadali się przeciw interwerencji. Ale skąd Jaruzelski miał dokładnie znać prawdziwe koncepcje i plany Kremla. Andropow mógł co innego mówić na posiedzeniu politbiura (czy Jaruzelski i to słyszał?) a co innego na daczy Breżniewa, gdzie zapadały prawdziwe decyzje. Przecież na Kremlu również toczyła się walka polityczna i każda frakcja, choćby dlatego, żeby przeciwstawić się innej frakcji, mogła lansować przeciwstawną koncepcję. Zresztą zawsze ludzie stojący na czele państw rozważają różne warianty postępowania. Moskwa bez wątpienia nie miała ochoty interweniować w Polsce, ale zawsze mogła szantażować interwencją. Kiedy sytuacja polityczna się zaostrza i zmierza do rozstrzygnięć, zaangażowane strony nigdy nie są w stanie do końca przeniknąć posunięć i decyzji tego drugiego, rozpoznać na pewno, co jest bluffem, a rzeczywistą groźbą. Być może Jaruzelski domagał się interwencji. Ale to mogło być z jego strony posunięcie czysto taktyczne, żeby dowiedzieć się jak zareaguje Kreml. Istniał tu cały splot czynników politycznych, militarnych, wywiadowczych, propagandowych, były bluffy, realne naciski i groźby, próby wzajemnego przechytrzenia się, taktyczne prawdy i taktyczne kłamstwa, propagandowe posunięcia za każdym razem obliczone na reakcje innych adresatów, to, co zostało zapisane w dokumentach i to, co było wypowiedziane w cztery oczy i nie pozostawiło śladu na papierze czy taśmie magnetofonowej. Z tego wszystkiego pozostaje jedna rzecz pewna: Związek Radziecki posiadał realną możliwość interwencji w Polsce a Jaruzelski nie mógł być stuprocentowo pewny, że taka możliwość nie zostanie wykorzystana. W ostatecznym rozrachunku, tylko to się liczy. Co innego, gdyby Jaruzelski miał za doradcę Władimira Bukowskiego. Ten by mu dał słowo honoru, że Moskwa nie będzie interweniować i doradził, żeby oddał władzę Jackowi Kuroniowi i Bronisławowi Geremkowi.

 ***

W 1993 roku ukazała się książka Franciszka Adamskiego „Ateizm w kulturze polskiej”. Autor zajmuje się w niej m.in. analizą działającego w okresie PRL-u Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej a także komórek propagandy partyjnej. Z jego badań wynika, że 6 na 10 „profesjonalnych” propagatorów ateizmu nie było ateistami! Niektórzy z nich byli „wierzący lecz niepraktykujący” lub „wierzący lecz zaniedbujący praktyki religijne”, a niektórzy „wierzący i skrycie praktykujący”

 

Taka to była dziwna nasza peerelowska ojczyzna, gdzie nawet planowana ateizacja była w rękach katolików.

 ***

Prof. Andrzej Murzynowski, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego pytany o postawienie ministra Milczanowskiego przed Trybunałem Stanu („Gazeta Wyborcza”, 6.II.1997) odniósł się negatywnie do tego pomysłu. Przypomniał, że on sam odmówił w latach 80. pójścia do restauracji na obiad fundowany przez pracownicę ambasady brytyjskiej: „Czułem, że byłem wciągany w kłopotliwe dla mnie kontakty z przedstawicielami innego państwa.” Ależ, kłopotliwe być może, za to pomocne naszemu narodowi, boć Anglia przecież była w tamtym czasie naszym sojusznikiem (tak przynajmniej twierdzą niektórzy przedstawiciele „prawicy”). Prof. Murzynowski wyznaje: „Kiedy trzykrotnie proponowano mi wejście w skład Trybunału Stanu, odmawiałem. Uznałem bowiem, że w zmienionej rzeczywistości, jako były członek PZPR nie będę dla społeczeństwa w pełni wiarygodny na tym stanowisku”. A jako nauczyciel akademicki jest Pan Profesor wiarygodny? A czy wypowiadając się na temat Oleksego i Milczanowskiego jest Pan wiarygodny? Może jako były członek PZPR nie powinien Pan już nigdy publicznie się wypowiadać, tylko przyjąć na uniwersytecie posadę portiera i pokutować do końca życia?

  ***

W „Polityce” (1997 nr 6) artystka Zofia Kulik wspomina, jak to w 1975 roku premier Piotr Jaroszewicz oburzył się na jedno z jej „dzieł”, gdyż „szydziło z narodowego godła”. Ciekawe bardzo co by zrobił Piotr Jaroszewicz, gdyby mógł zobaczyć rysunki narodowego godła zamieszczane w tygodniku „NIE”. Albo wulgarne ataki na Kościół, księży, religię, polskie obyczaje. Gdyby kiedyś za PRL-u Jerzy Urban chciał wydawać takie pismo jak „NIE” to by go chyba premiera Jaroszewicz kopniakiem wyrzucił z gabinetu i kazał zarabiać na życie pisaniem felietonów w jakimś „Głosie Drobiarza”. Gdy się czyta tygodnik „NIE”, to widać wyraźnie, że jest to permanentny atak na PRL, na wszystko co było wówczas dobre . Widzę w tym zemstę Jerzego Urbana za to, że dawni sekretarze trzymali go krótko na smyczy. Teraz smyczy już nie ma, więc można hulać do woli i mścić się za dawne upokorzenia. Jerzy Urban przypomina tych młodych Żydów, którzy kiedyś opuścili getta i wyrwawszy się spod kontroli rabinów zaraz zaczynali atakować wszystkie świętości, wszystkie tradycyjne postawy moralne i obyczajowe. Nie ma już dziś takich peerelowskich „rabinów” jak Gomułka, Jaroszewicz czy Jaruzelski. Nie ma komu huknąć na Jerzego Urbana, trzepnąć po łbie albo i kopniakiem poczęstować jakby się nazbyt bardzo stawiał. PRL-u wróć!

  ***

Publicyści centroprawicy narzekają bardzo, że różni politycy ciągle za coś przepraszają Żydów i kajają się za rzeczywiste czy rzekome przewiny, że ukazują się rozmaite publikacje oskarżające Polaków o mordowanie Żydów (Błoński, Cichy et consortes). Ci sami publicyści nawołują równocześnie, żeby III RP zdecydowanie odcięła się od PRL-u. A przecież za Gomułki cenzura nigdy nie dopuściłaby do druku takich prymitywnych paszkwili jak artykuł Michała Cichego o AK mordującej Żydów. Czy ktoś może sobie wyobrazić Władysława Gomułkę albo Mieczysława Moczara błagającego Żydów o przebaczenie tak jak to uczynili prezydenci Wałęsa i Kwaśniewski? Edward Gierek nie przejmował się wcale „żydowskimi alergiami”. Piotr Jaroszewicz nie jeździł do Kielc w pokutnej koszuli, żeby go tam pouczał żydowski grafoman w rodzaju Elie Wiesela. Czy zamiast odcinać się od PRL-u, nie należałoby sobie raczej życzyć, aby te akurat peerelowskie obyczaje polityczne były kontynuowane?

 

„Polityka” cytuje fragment wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego: „Ocena PRL musi być jednoznaczna: było to państwo pozbawione suwerenności, prawie do końca totalitarne – czego dowodem fakt, że nie można było wydać nie tylko Leszka Kołakowskiego, ale także np. ‘Ani z Zielonego Wzgórza’”. „Polityka” słusznie przypomina, że już przed laty wydawano „Anię z Zielonego Wzgórza”. Dodajmy, że pierwsze wydania ukazały się w latach pięćdziesiątych a w sumie było tych wydań bodajże siedem. No, ale Jarosław Kaczyński, jako człowiek bardzo młody, sądzi zapewne, że w okresie PRL-u polskie dzieci miały do czytania jedynie „Historię WKPB (krótki kurs)” a zamiast kołysanek rodzice, na rozkaz bezpieki, musieli maluchom śpiewać „Międzynarodówkę”. Skąd jednak przekonanie, że w PRL-u nie wydawano prof. Leszka Kołakowskiego? Pomińmy tu przetłumaczoną zapewne dla pieniędzy książkę Jeana Freville’a „Spotkania z Thorezem” (1950). Ale były inne np. „Jednostka i nieskończoność. Wolność i antynomie wolności w filozofii Spinozy” (1958), „13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych” (1963), „Klucz niebieski albo opowieści budujące z historii światowej zebrane ku pouczeniu i przestrodze” (1964), „Rozmowy z diabłem” (1965), „Świadomość religijna i więź kościelna” (1965 – licząca 650 stron!), „Filozofia pozytywistyczna” (1966). Sporo więc publikował prof. Kołakowski w PRL-u. Ale rzeczywiście nie wydano mu „Głównych nurtów marksizmu”. Czy naprawdę była to wielka strata dla polskiej kultury? Któż by tam przebrnął przez te opasłe tomiszcza zawierające szczegółowe analizy subtelnych różnic pomiędzy rozmaitymi nurtami marksizmu. Pamiętam, że sam sięgnąłem po to dzieło tylko dlatego, że na karcie w bibliotecznym katalogu widniał stempel „prohibitum”. Po przeczytaniu (dzięki uprzejmości znajomego bibliotekarza ) połowy pierwszego tomu zacząłem usypiać z nudów. I na tym skończyła się moja przygoda z myślą prof. Leszka Kołakowskiego.

  ***

Jeszcze za prezydentury Lecha Wałęsy ksiądz Jankowski wygłosił swoje słynne kazanie. Prezydent Wałęsa jechał akurat do USA, gdzie miał się spotkać z prezydentem Clintonem. A tymczasem propagandziści Clintona zaczęli krytykować prezydenta Wałęsę za to, że nie skrytykował kazania gdańskiego kaznodziei. Jak nie potępi, to go Clinton nie przyjmie . No to prezydent Wałęsa musiał potępić. Prezydent Clinton najpierw zganił prezydenta Wałęsę, a potem go pochwalił za to, że potępił. Cały ten wyreżyserowany spektakl był jednym wielkim upokorzeniem dla prezydenta Wałęsy. Nie przypominam sobie, aby jakikolwiek pierwszy sekretarz KC PZPR był publicznie tak strofowany, pouczany i upokarzany przez genseka KPZR jak strofowany, pouczany i upokarzany był prezydent Wałęsa przez prezydenta Clintona i jego propagandzistów. A przecież PRL była” pod sowiecką okupacją” zaś III RP to państwo suwerenne!

 ***

Minister spraw zagranicznych Danii przyznał, że dwóch turystów duńskich, aresztowanych w PRL-u w 1987 roku i skazanych na działalność szpiegowską na kary więzienia, było rzeczywiście szpiegami. Zostali oni zwolnieni po zapłaceniu przez rząd duński „okupu” w wysokości pół miliona dolarów. Wydaje się sprawą oczywistą, że kiedy do władzy w III RP dojdą wielbiciele Ryszarda Kuklińskiego, to oddadzą Duńczykom te pół miliona dolarów. Przecież ci dwaj duńscy szpiedzy szpiegowali na rzecz kraju, który jako członek NATO był sprzymierzeńcem narodu polskiego w walce o wolność. Tym samym szpiegowali oni na rzecz III RP! Utrzymywanie nadal w mocy peerelowskiego wyroku na Nielsie Hemmingsenie i Jensie Ellekaerze jest sprzeczne z polską racją stanu, szczególnie w kontekście starań Polski o przyjęcie do struktur militarnych i politycznych NATO” (z niepodjętej jak na razie uchwały Klubu Atlantyckiego.) Dlaczego tyle mówi się o Ryszardzie Kuklińskim, a tak mało o innych szpiegach III Rzeczypospolitej skazanych przez peerelowskie sądy? A co z poborowymi, którzy zdezerterowali z Ludowego Wojska Polskiego albo po prostu przedłużyli sobie przepustki? Przecież osłabiali oni zdolność bojową „polskojęzycznych oddziałów armii sowieckiej”! Ich również trzeba zrehabilitować i stawiać jako wzór patriotycznej postawie.

 ***

Lider Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego Jan Maria Rokita opowiedział dziennikarzowi „Życia” o swoich sukcesach śpiewaczych. Okazuje się, że poseł Rokita w dzieciństwie śpiewał w chórze dziecięcym Filharmonii Krakowskiej, wykonywał oratoria Pendereckiego, brał udział w wielkich koncertach i prestiżowych festiwalach. Dziennikarz „Życia” docieka: „Czy Pański chór był wykorzystywany przez komunistów do celów propagandowych, ideologicznych?” Okazuje się na szczęście, że mały Janek nie kolaborował z totalitarnym reżimem: „Nigdy nie śpiewaliśmy piosenek politycznych, nigdy nie uczestniczyliśmy w PRL-owskich obchodach czegokolwiek . Zatem swojej dziecięcej kariery w tym systemie nie muszę się wstydzić”. Jak to było możliwe? Czyżby totalitarny reżim komunistyczny zezwalał na uprawianie „sztuki dla sztuki”? Pozwalał śpiewać oratoria Pendereckiego na prestiżowych festiwalach zamiast zmuszać „krakowskie słowiki” do śpiewania hymnu Związku Radzieckiego? Dziwne, że czujny dziennikarz „Słowa” to przeoczył dając czytelnikowi możliwość wyciągnięcia takich nieprawomyślnych wniosków. Nasuwa się też inna refleksja: a gdyby tak KW PZPR w Krakowie godził się na śpiewanie oratoriów Pendereckiego pod warunkiem, że chór wystąpi również na PRL-owskich obchodach czegoś tam, to co wtedy? Czy aby dać słuchaczom szanse posłuchania wielkiej, wspaniałej muzyki, poszedłby mały Janek na polityczny kompromis i przyjął warunki stawiane przez KW? Jeśli tak, to mógłby być dzisiaj dumny ze swojego śpiewania i równocześnie się go wstydzić. Takie to paradoksy niesie ze sobą życie – kiedyś, dzisiaj i zawsze.

 ***

Realne stosunki władzy w PRL-u dobrze ujął Krzysztof Penderecki, którego oratoria śpiewał w dzieciństwie przyszły działacz WiP-u. W jednym z wywiadów powiedział: „Politycy powinni zabiegać o artystów. Muszę powiedzieć, że komuniści – choć wiedzieli, że jestem przeciwnikiem komunizmu – starali się o moje względy. Nie mogę się skarżyć. To nie my musieliśmy merdać przed nimi ogonami, lecz oni merdali przed nami”. Z kolei aktor i muzyk Adam Pawlikowski mawiał: „Władza jest tam, gdzie piękne kobiety. Nigdy nie uwierzę, że władza należy do komunistów. Na razie – piękne kobiety są u mnie.” Obie wypowiedzi podaje za książka Ryszarda Marka Grońskiego „Puszka z Pandorą”, którą, jeśli pominąć prywatne fobie i obsesje autora oraz jego prostoduszną ideologię, można uznać za znakomity przykład pełnej zabawnych anegdot „prawicowej socjologii politycznej PRL-u”.

 ***

Znany aktor Daniel Olbrychski nie poszedł na otwarcie Teatru Narodowego. Nie omieszkał o tym poinformować tzw. opinii publicznej na łamach poczytnej „Gazety Wyborczej” (21.X.1996). Jego zdaniem, nie chodziło ani o teatr ani o sztukę ale o „solidarność ze stanem wojennym”. W swoim liście do „Gazety Wyborczej” odtwórca roli Kmicica przypomina lata 70-te, kiedy to w Teatrze Narodowym rozbrzmiewały „strofy z przedstawień Szekspira, Słowackiego, Mickiewicza i wielu innych, w których miałem szczęście grac główne role. Lata 70. ponad 1000 przedstawień. Więc jeszcze, k…. brzmi tu mój głos, tak jak wibrują emocje setek tysięcy wspanialej publiczności”. Cudowne lata siedemdziesiąte!

Kto by przypuszczał, że właśnie tak niektórzy zapamiętają czasy tow. Edwarda Gierka, kiedy to, jak uważają co poniektórzy, PZPR bez chwili przerwy tępiła kulturę narodową, jedynie dla zmylenia przeciwników ustroju pozwalające Danielowi Olbrychskiemu recytować strofy wieszczów. A tak na marginesie: kto wie, może tych strof słuchali również (ukryci gdzieś w loży) członkowie KC PZPR, ministrowie, sekretarze. Może byli wśród nich przyszli autorzy stanu wojennego. Gdyby tak było, to Daniel Olbrychski „solidaryzowałby się ze stanem wojennym” zanim tenże stan został wprowadzony. Ot, kolejny paradoks.

  *** 

We wstępie do swojej książki „Eros na Olimpie” pisał Jan Parandowski w roku 1955: „Kiedy przed dwoma laty opracowywałem 'Mitologię’ dla użytku młodzieży (…) z żalem widziałem jak z mojego warsztatu odpada wiele materiału, niezwykle ciekawego, który należało pominąć w imię wyższych wskazań pedagogicznych” (podaję za prof. Mikołajem Kozakiewiczem, „Trybuna” 1996 nr 175). Dziś, po zwycięstwie „demokracji i pluralizmu”, gdy zalewa nas pornograficzna fala, powinniśmy z większą wyrozumiałością spojrzeć na czasy PRL-u, kiedy obok cenzury politycznej istniała też cenzura obyczajowa, kiedy rządzili co prawda komuniści, ale za to polskie dzieci nie były faszerowane świństwami. W pewnej dyskusji, w której zdarzyło mi się brać udział, jeden bardzo uczciwy i inteligentny prawicowiec ten fakt przypomniał. Zarzucono mu wówczas, że zapomina o księdzu Popiełuszce. Tak, to był ohydny mord. Ale dzisiaj „gorszy od maluczkich”, morduje się dusze dzieci. O tym też nie należy zapominać.

 ***

Prawicowy Blok Młodych zażądał, aby osoby które pracowały w obwodowych komisjach wyborczych w latach 1945-88 i „były wykonawcami masowych fałszerstw wyborczych w PRL” nie mogły zasiadać w tych komisjach podczas najbliższych wyborów parlamentarnych. Inicjatywa Bloku Młodych jest, jak wiele podobnych inicjatyw, pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia. Ale zastanawiają te „masowe fałszerstwa wyborcze w PRL”. Po jakiego diabła PZPR w ogóle organizowała wybory? Odpowiedź może być tylko jedna: to byli prawdziwie szczerzy demokraci! Pewnie, że to brzydka rzecz fałszować wybory (choć posłowie wybrani w fałszowanych wyborach nie muszą być wcale gorsi niż ci wybrani w niesfałszowanych – wszystko zależy od tego, kto fałszuje), ale to gorące pragnienie posiadania demokratycznej prawowitości jakież jest wzruszające. Jestem przekonany, że fałszowali, ale płakali, bo dręczyły ich wyrzuty sumienia. Niech więc nikt nie mówi, ze polska demokracja jest „młoda” gdyż ma ona piękne, peerelowskie tradycje.

  ***

W liście do marszałka Sejmu biskup polowy Wojska Polskiego gen. Sławoj Leszek Głódź zaprotestował przeciw redukcji budżetu ordynariatu polowego WP. Stwierdził m.in., ze nawet w latach 1945-90, gdy państwo łożyło na remont 31 kościołów garnizonowych, ówczesne władze miały więcej zrozumienia dla działalności ordynariatu. Biskup Głódź napisał w swoim liście: „za czasów marszałka Rokossowskiego i jego następców więcej okazano życzliwości dla duszpasterstwa”. No i komu to przeszkadzało? W każdym razie cieszy, że biskup generał Głódź znany przecież ze swojej patriotycznej postawy potrafił oddać sprawiedliwość marszałkowi Rokossowskiemu. Oby wszyscy tak obiektywnie i bez zbędnych emocji „rozliczali przeszłość”.

  ***

Pochodzący z Sopotu znakomity rysownik Andrzej Dudziński, twórca Ptaka Dudiego, przebywając ostatnio w swoim rodzinnym mieście wygłosił mowę w obronie „naszych polskich wiklinowych koszy plażowych”, które od bardzo dawna, także w okresie PRL-u ustanowiły „niezbywalny element lokalnego pejzażu” zaś po zwycięstwie „demokracji i pluralizmu” zastępowane są „plastikowymi skorupami oblepionymi zagranicznymi reklamami”. Dopóki trwał PRL i rządy totalitarnej partii, to kosze były, a teraz ich nie ma. Są za to „plastikowe skorupy”. Żegnaj PRL-u, żegnajcie polskie kosze wiklinowe, witaj nostalgio!

  ***

Biskup tarnowski Józef Życiński stwierdził, że decyzja Sejmu o „liberalizacji ustawy antyaborcyjnej” to powrót do przeszłości, do zasad zabijania, które określała już ustawa z 1956 roku. Moim zdaniem jak najbardziej należy powracać do przeszłości, ale tej z lat 1945-1956, kiedy to obowiązywał kodeks karny z 1932 roku, który nie przewidywał zabijania nienarodzonych dzieci „ze względu na socjalną czy materialną sytuację kobiety”. W tamtym okresie stracono wielu polskich patriotów, wielu cierpiało więzieniach, wielu prześladowano, ale równocześnie nie odbywała się rzeź niewiniątek. Tak się w historii dobro ze złem splata. Warto też przypomnieć jednego z tych wspaniałych Polaków-katolików, który będąc posłem w 1956 roku głosował (wraz ze swymi kolegami z PAX-u) przeciw przyjęciu ustawy, o której wspomina biskup Życiński. Człowiekiem tym był Jan Dobraczyński, lżony później za to, że poparł wprowadzenie stanu wojennego. Czy Polska Federacja Ruchów Obrony Życia nie powinna uczynić go swoim patronem? W pełni na to zasługuje.

 ***

W wywiadzie dla „Myśli Polskiej” (1996 nr 47) redaktor „Frondy” Rafał Smoczyński powiedział: „Niewiele widzę rzeczy w PRL-u, które powinny być uwzględnione. Ja mówię o tym, że tu się zaczyna na zasadzie feniksa z popiołów, nie o tym, że musimy uwzględnić ciągłość PRL-u. Jestem raczej skłonny myśleć o PRL-u jak młodzi radykałowie z Ligi Republikańskiej”. A kara śmierci wykonywana w PRL-u na mordercach? Czy nie należałoby jej zachować?

 

Redaktor Smoczyński mówił kiedyś o swoistym zafascynowaniu twórczością poetów „Sztuki i Narodu”. A kto najbardziej przyczynił się w PRL-u do tego, że pamięć o nich przetrwała? Czy to nie czasami Instytut Wydawniczy PAX wydał ich utwory (dostrzegam akurat na swojej półce „Aby podnieść róże” Trzebińskiego – poezje i dramaty wydane przez IW PAX w 1970 roku)? Czy to nie czasopisma związane z PAX-em popularyzowały ich twórczość? No, a przecież PAX to „Bolesław Piasecki, GRU, gen. Sierow, agentura sowiecka, wasal PZPR-u” itp. No i bądź tu człowieku mądry.

                      

 ***

W wywiadzie udzielonym „Przeglądowi Tygodniowemu” (11.XII.1996) prof. Adam Schaff odnosząc się do wydarzeń marca 1968 powiedział, że cała akcja sterowana była z Moskwy i miała związek z sytuacją w Czechosłowacji. I dodał: „Był jeszcze jeden element – Moskwie spaliła się w tym czasie siatka agenturalna w świecie , więc szło o jej uzupełnienie . Dlatego wśród krzyków o eksportowaniu Żydów z Polski przerzucani byli ludzie, którzy tworzyli nową siatkę . Jechali Rosjanie, Ukraińcy, mężowie żon, zaliczeni przypadkowo do Żydów . Tylko, że tu nie ma przypadków”.

To bardzo ciekawa interpretacja zwracająca uwagę na międzynarodowy kontekst operacji „Marzec 68”. Nie należy jednak zapominać o uwarunkowaniach wewnętrznych . Przecież bardzo duża część osób, które musiały opuścić Polskę to byli pracownicy aparatu bezpieczeństwa i propagandy okresu stalinowskiego. W tym sensie „Marzec 68” stanowił zwieńczenie procesu destabilizacji zapoczątkowanego w październiku 1956 roku. Szkoda oczywiście, że nie stało się to wcześniej, ale lepiej późno niż wcale. Powinniśmy więc chyba trochę cieplej wspominać tow. Wiesława.

***

Na łamach „Życia” (23.XII.1996) Roman Kurkiewicz rehabilituje gen. Mariana Spychalskiego. Autor pisze, że gen. Spychalski „starał się o przywrócenie narodowego charakteru polskiej armii – przede wszystkim poprzez redukcję nadzoru ze strony ZSRR . Dążył utrzymania autonomicznej pozycji WP w ramach powstałego właśnie (1955) Układu Warszawskiego”. Gen. Spychalski był zwolennikiem „polskiego frontu” w ramach Układu Warszawskiego co miało dać większą niezależność armii polskiej. Dążył również do zmniejszenia w wojsku bezpośredniego oddziaływania struktur partyjnych i ich młodzieżowych przybudówek. To bardzo dobrze, że dziennikarz „Życia” przypomina te fakty dziś, kiedy tak zakłamuje się historię ostatnich dziesięcioleci. Należy mieć nadzieję, że inni dziennikarze i publicyści gazety Tomasza Wołka będą go naśladować. W jednym tylko nie mogę się zgodzić z Romanem Kurkiewiczem. Pisze on mianowicie, że po tzw. wojnie sześciodniowej oficerowie pochodzenia żydowskiego byli wzywani do Głównego Zarządu Politycznego, gdzie kazano im podpisywać lojalki potępiające „agresję” Izraela. Ci, którzy nie podpisali, zostali wyrzuceni od razu. Ci, którzy podpisali, musieli odejść w pół roku później. Wyczuwa się u Kurkiewicza ton dezaprobaty dla działań ówczesnego kierownictwa MON. Ale przecież ci, którzy nie chcieli podpisać kwestionowali tym samym politykę zagraniczną kierownictwa politycznego państwa. A to nie jest tolerowane nigdy i nigdzie, w żadnej armii świata. Ich wyrzucenie było więc całkiem uzasadnione. Trochę inaczej wygląda sprawa z tymi, którzy podpisali. Oni przeszli pomyślnie test na lojalność, więc nie należało ich zwalniać z armii. Ale trudno tu wyrokować nie znając wszystkich okoliczności. Wiadomo przecież, że dla wielu ludzi podpisanie jakiegoś papierka nie stanowi żadnego problemu. Być może więc były jakieś inne, ważniejsze względy bezpieczeństwa państwa, które zadecydowały o ich zwolnieniu.

Realista

Źródło: „Stańczyk” nr 3 (34) 1998

a.me.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.