Rękas: Dżin z rury gazowej

Zachodnioeuropejscy partnerzy nie stworzą z Rosjanami joint-venture w celu zbudowania NordStream2. Co oznacza ten kolejny już sukces rządu PiS? Że Gazprom zbuduje go samodzielnie, dalej ciesząc się poparciem niemieckich czynników rządowych.

NordStream płynie dalej

Część tzw. patriotycznej opinii publicznej już zdążyła się w Polsce ucieszyć, że wprawdzie sami niczego wartego uwagi od prawie trzech dekad w energetyce nie zbudowaliśmy – ale oto przynajmniej heroicznie zaszkodziliśmy  „Ruskim” i nieomal udaremniliśmy nowy pakt RibbentropMołotow. Tymczasem czytając literalnie wspólną odpowiedź ENGIE, OMV, SHELL, UNIPER i WINTERSHALL dla UOKiK-u w tej głośnej ostatnio sprawie – nie sposób zrozumieć na jakiej podstawie “Wiadomości” TVP triumfalnie ogłosiły, że dzięki heroicznej postawie i genialnemu wybiegowi Urzędu antymonopolowego – już na pewno nie będzie drugiej północnej nitki gazowej. Pewnie, z punktu widzenia rządowych propagandystów – urzędniczych zasług już wystarczy na wzajemne powręczanie sobie brylantowych medali za zasługi, ale przecież partnerzy z Francji, Szwajcarii, UK i Niemiec oświadczyli jedynie, że póki co nie odkupią udziałów od Rosjan wg wcześniej zaproponowanego schematu – ale że, równocześnie, nadal są zdeterminowani doprowadzić do pełnej realizacji Północnego Potoku. Nawet z punktu widzenia rządzących w Warszawie wariato-szkodników – nie zrobiono Rosji i jej zachodnim wspólnikom choćby psikusa. Nie mówiąc o tym, że Polska już dawno powinna uczestniczyć we wszystkich projektach tego typu, bo to właśnie świadomy udział, a nie nieudolny sabotaż stanowiłby o naszym energetycznym bezpieczeństwie.

JAMAŁ2 – po raz trzeci?

Na razie Rosjanie muszą tylko znaleźć i wdrożyć ścieżkę finansowania przedsięwzięcia o wartości szacowanej na ok. 6 miliardów dolarów, a to daje także i nam chwilę nie na świętowanie sukcesu, którego nie było, tylko na przemyślenie własnych (?) błędów. Oto od lat trwa biadolenie i utyskiwanie na NordStream i wszystkie inne rosyjsko-europejskie projekty energetyczne prowadzone tak, aby omijać Polskę. Tymczasem przecież ponoć chcącemu nie dzieje się krzywda – a właśnie w takiej sytuacji znajduje się III RP wskutek kolejnych decyzji swoich rządzących. Wszak władze w Warszawie co najmniej dwukrotnie – w 2000 i 2013 r. odrzucały już rosyjskie propozycje włączenia Polski w nową sieć energetyczną Eurazji, pod postacią JAMAŁ-EUROPA 2, w obu przypadkach argumentując to koniecznością ochrony gazowych interesów… Ukrainy, a za drugim razem wykazując się podobną troską o potrzeby państw bałtyckich. Oczywiście w obu przypadkach – ostateczny koszt tego gazowego prometeizmu poniosła Polska.

Gdybyśmy zgodzili się na JAMAŁ2, przy wszystkich ograniczeniach i zapewne wielu jeszcze trudnych negocjacjach, jakie by nas w takim wypadku czekały z rosyjskimi (i niemieckimi) partnerami, pomimo różnych układzików, które – jak w to energetyce – chciały przy tym ugrać własne zyski – nie musielibyśmy dziś szczególnie zwracać uwagę co się dzieje na północ od naszych wybrzeży, bo też zapewne nic godnego uwagi by się tam nie szykowało. A tak, łudzeni przez lata fałszywymi, a kosztownymi pseudo-alternatywami czy to z kierunku norweskiego, czy niby to z Bernau – czy wreszcie ze szczególnie dotkliwym absurdem GAZOPORTU – popadliśmy w swego rodzaju psychozę, w której wszyscy niemal mają coś do powiedzenia o tzw. „bezpieczeństwie energetycznym” i większość wyraźnie działa na jego szkodę.

Pułapka fałszywego bezpieczeństwa

Dla rozluźnienia posłużmy się pozornie odległą analogią historyczną: w XVI stuleciu chociaż sukcesja tronu po Zygmuncie Starym nigdy nie była realnie zagrożona, królowa Bona straciła majątek, ogromną część monarszego prestiżu i konkretnych królewskich prerogatyw – byle tylko w swej obsesji uczynić syna królem i wielkim księciem, którym i tak by został i to nie mając tak skrepowanych rąk i zszarganej od początku politycznie opinii, jak mu załatwiła mamusia. Podobnie jak Bona w tamtej sprawie – III RP postępuje w zakresie polityki energetycznej. Oto np. tracimy nomen omen energię i punkty wpływu (z iluzorycznego co prawda zasobu…) na forum UE by nobilitować to durne hasełko “bezpieczeństwa energetycznego”. Żerują na nim głównie hochsztaplerzy i politykierzy, mający kolejne wygodne, nic nie znaczące hasło do rzucania w kampanii wyborczej (niczym wnerwiające już rolników “wyrównywanie dopłat z UE”) – i poza kolejnymi kosztami, aferami, czyimś urobkiem politycznym, a docelowo nie daj Bóg faktycznie wzmocnieniem Unii (która na szczęście, pomimo pomysłów takich gigantów programowych jak choćby Marian Kowalski, póki co nie wygenerowała jeszcze Wspólnej Polityki Energetycznej) – dokładnie nic nie wynika. Zamiast bowiem ganiać króliczka, którego w norze wcale nie ma – zależeć nam powinno na dwóch podstawowych czynnikach: cenie i ilości kupowanego gazu, nie zaś na samych źródłach jego ostatecznego do nas dostarczenia, nie mówiąc już w ogóle o nie mających nic z wspólnego z naszymi interesami kwestiach takich jak rewers gazu – oczywiście na Ukrainę.

Tymczasem w wyniku kumulacji błędów – na razie nasz sektor gazowy znajduje się na równi pochyłej do całkowitej zagłady i zupełnego już przejęcia i podporządkowania obcym, a wszystko oczywiście w imię tego nieszczęsnego „bezpieczeństwa energetycznego”. Kiedy dojdzie do ostatecznego zamknięcia projektu NordStream, czyli najdalej za 3 lata – uzyskamy także tę upragnioną „dywersyfikację”, bowiem nie dość, że przestaniemy być głównym krajem tranzytowym, to jeszcze spadniemy do pozycji nabywcy drugiego poziomu, samemu otrzymując rewers gazowy… z Niemiec. Coś, jakbyśmy więc wpadli w pułapkę złośliwego dżina schowanego w rurze gazowej, uzyskując w 100 procentach to, o co prosiliśmy i równe 100 procent tego, czego byśmy wcale nie chcieli, nie potrzebowali i co okaże się dla nas zgubne.

Rosyjska elastyczność polską szansą

Odrzucając JAMAŁ2, nie decydując się na przystąpienie do NordStreamu (bardzo długo możliwą, a i nawet niedawno niewykluczoną, choć już nie tak korzystną, ale za niewielką cenę wycofania warszawskich i tak nieskutecznych sprzeciwów), a teraz patrząc już niemal bezradnie na i tak nieuchronną niemal realizację drugiego etapu tego przedsięwzięcia – przegraliśmy niemal wszystko, co mogliśmy i to na własną prośbę, bowiem startując z pozycji wiarygodnego i poważnego partnera dla GAZPROMU i strony rosyjskiej, a kończąc jako awanturnicy cieszący się z pism UOKiK-u, a nie zauważający np. miliardów już utopionych w GAZOPORCIE i tych, które jeszcze bezpowrotnie stracimy.

Oszukalibyśmy samych siebie mówiąc, że mamy ostatni moment na rozmowy z Rosjanami. Nie, ten moment już minął i teraz możemy tylko minimalizować skutki wcześniejszych błędów i klęsk będących ich następstwami. Ale skoro mamy choć jeszcze chwilę czasu – to przynajmniej spróbujmy wreszcie poważnie z Moskwą porozmawiać. Energetyczna polityka Rosji bywa elastyczna, czego dowodzą losy inicjatyw południowo-europejskich, czy trudne koleje rozmów rosyjsko-tureckich. I to jest jeszcze jakaś niewielka dla Polski szansa – bo na to, że zmądrzeją albo sporządnieją rządzący naszym krajem raczej liczyć nie można…

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

1 thought on “Rękas: Dżin z rury gazowej”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *