Rękas: Szkocja – czy ordynacja wyborcza może pomóc odzyskać niepodległość?

Jeśli ktoś chciałby prześledzić jak różne ordynacje działają W TYM SAMYM społeczeństwie – powinien zdecydowanie wybrać się do Szkocji, której mieszkańcy zadają czynny kłam poglądowi, że normalni ludzie nie są w stanie zrozumieć czegoś bardziej skomplikowanego niż próba doprowadzenia dwóch kresek, by się przecięły.

Trzy ordynacje w jednym kraju

Oto bowiem o ile posłów do brytyjskiej Izby Gmin wybiera się tu, jak wszędzie w UK – w wyborach większościowych w jednomandatowych okręgach wyborczych, o tyle już do parlamentu krajowego obowiązuje ordynacja mieszana, zaś w samorządy wybiera się w jednym z najciekawszych systemów – STV, czyli za pomocą pojedynczego głosu przechodniego. Ta ostatnia jest jakby stworzona także dla Polaków, bardziej bowiem nawet niż samo poparcie – oddaje… sympatię wyborców do kandydatów poszczególnych partii, pozwalając na oddanie głosów na kilku z nich właśnie wg hierarchii jak mocno któregoś chcielibyśmy posłać do lokalnej rady. O praktyce STV opowiem jednak może więcej kiedy będzie bliżej szkockich wyborów samorządowych – a na razie, ponieważ zbliża się głosowanie nad kandydatami do Holyrood, parlamentu Szkocji, kilka słów o ordynacji mieszanej i o tym, jak ją… strikować.

Spośród 129 jego członków – 73 wybiera się większościowo w JOW-ach, 56 zaś z list regionalnych, po 7 z każdego z 8 okręgów na które mniej więcej zgodnie z tradycyjną geografią podzielono Szkocję. System ten miał w założeniu zapewnić równowagę między silną większością zwycięskiej partii, a proporcjonalną reprezentacją pozostałych ugrupowań. I jak wszystko w Szkocji – założenie ogólne musiało ustąpić zagadnieniu najważniejszemu: czy sprzyja to, czy przeciwdziała odzyskaniu niepodległości?

Trzy hamulce sprawy niepodległości

Krajem, którego mieszkańcy (z wyjątkiem krótkiego okresu ogólnowyspiarskiej dominacji torysów) nigdy nie dali większości Partii Konserwatywnej – od 13 lat rządzi Szkocka Partia Narodowa. I, jak to w takich sytuacjach bywa – jedni ją lubią, inni mniej, jednym podoba się jej zdecydowanie progresywny kurs, inni tylko zagryzają zęby, bo to przecież nasza partia, a na podziały i programy przyjdzie czas już po odzyskaniu niepodległości. Nie z sympatią do SNP bądź jej brakiem wiąże się jednak problem wykonania tego zupełnie już ostatniego kroku, którego brakuje Szkotom do odzyskania własnego państwa.

W istocie proces ten utrudniają bowiem trzy czynniki. Po pierwsze – instytucjonalizacja Partii i paradoksalnie, jej ciągłe sukcesy i rosnące poparcie. Skoro bowiem Szkoci pragnący niepodległości czują się zobowiązani do głosowania na SNP niezależnie od tego czy popierają poszczególne elementy jej polityki – to nietrudno zgadnąć, że elitom partyjnym musiała zakiełkować myśl o niepodległości jako Świętym Graalu, którego się wciąż szuka, do którego się nieustannie dąży, ale którego realnie lepiej nigdy nie odnaleźć. Partii jest… po prostu za wygodnie. Kostnieje, straciła dynamikę, w dodatku w nieuchronny sposób SNP stała się własnością własnego aparatu, zaś liderka ugrupowania, pierwsza minister Szkocji Nicola Sturgeon, flankowana przez własnego męża, Petera Murrela, będącego sekretarzem wykonawczym Partii (czyli rzeczonego aparatu kierownikiem) coraz słabiej akceptuje różnice zdań czy choćby zdolniejsze jednostki we własnym pobliżu.

W dodatku zaś Szkocka Partia Narodowa (będąca w istocie od lat 80-tych XX wieku odmianą narodowej socjaldemokracji) coraz wyraźniej przesuwa się w stronę typowej dla zachodnich demokracji lewicy socjalliberalnej, koncentrującej się na kwestiach obyczajowych, agendzie LGBT, walce z „mową nienawiści”, przy zachowaniu wprawdzie aktywnej polityki socjalnej, jednak zbyt lewicowej dla miejscowej klasy średniej, a nazbyt zachowawczej i zbyt uległej wobec klas posiadających z punktu widzenia autentycznych socjalistów. I wreszcie wszystko to polane jest sosem kaznodziejskiego pryncypializmu (zdaniem obserwatorów obciążającego szkocką politykę od czasów Johna Knoxa), w efekcie czego wszelkie strategie rządu krajowego obarczone są znamieniem „moralnej słuszności” (jak w przypadku jednoznacznego zaangażowania większości SNP przeciw BREXITowi, a ostatnio zaciekła kampania antyCOVIDowa w wykonaniu premier Sturgeon). Tym bardziej nie może więc dziwić, że chociaż w społeczeństwie SNP cieszy się rekordowym poparciem, utrzymującym się twardo na poziomie 54 proc. – to jednocześnie i w szeregach Partii, i wśród aktywu znacznie szerszego ruchu społecznego na rzecz niepodległości, identyfikowanego ogólnie jako YES trwa ferment i refleksja, czy oczekiwanie na zmiany polityczne dopiero po odzyskaniu suwerenności nie jest błędem i zarazem utrudnianiem drogi do zwycięstwa.

Co Thatcher powiedziała w złą dla UK godzinę?

Drugim czynnikiem blokującym jego odniesienie jest bowiem konsekwentny opór Londynu, który twardo stoi na stanowisku „referendum raz na pokolenie” – choć jako żywo nikt nigdy ze strony szkockiej nie godził się na takie postawienie sprawy, nawet przed poprzednim, minimalnie przegranym głosowaniem z 2014 r. Przeciwnie, Szkoci wolą raczej łapać za cytat jednej z idolek Borisa Johnsona, powszechnie zresztą znienawidzonej w Szkocji Margaret Thatcher, która z właściwym sobie brakiem zdolności przewidywania i przenikliwości rzuciła niegdyś „Szkoci nie potrzebują żadnego referendum, jeśli chcą odzyskać niepodległość – niech sobie po prostu wybiorą większą proniepodległościowych posłów”.  To, co wydawało się nierealne, ba – wręcz surrealistyczne w latach 80-tych – stało się jednak faktem. Szkocja wysyła do Izby Gmin przede wszystkim nacjonalistów (48 mandatów na 59 przypadających krajowi). Również w parlamencie krajowym zdecydowaną przewagę ma SNP – 63 posłów, mogąc liczyć na poparcie jeszcze sześciu z jeszcze bardziej pro-niepodległościowych Szkockich Zielonych. Zgodnie z sondażami nie powinno więc zatem być żadnych problemów, by również w wyborach krajowych w maju 2021 r. tak zdecydowane poparcie dla sprawy niepodległości znalazło wyraz w rozkładzie miejsc w Holyrood. I to jednak dochodzimy do problemu trzeciego.

Strikować system

A jest nim wspomniana na początku… ordynacja mieszana. Skonstruowano ją tak, że w naturalny sposób redukuje ona liczbę mandatów zdobywanych z list partyjnych przez partię, która zwyciężyła w wyborach większościowych. Za skomplikowane? No to na przykładzie. W 2016 r. SNP uzyskała 1.059.897 głosów w wyborach większościowych, czyli 46,5 proc., co dało jej 59 miejsc. Z kolei w części proporcjonalnej, przy strategii „Oba głosy na SNP” – Partia zdobyła 953.987 głosów, czyli 41,7 proc. – co dodało jej jednak tylko 4 mandaty. Dla porównania zaś, finiszujący na drugiej pozycji torysi dostali 501.844 głosy /22 proc. w wyborach większościowych – co wystarczyło na 7 posłów oraz 524.222 głosy / 22,9 proc. w głosowaniu na listy – co przełożyło się aż na 24 mandaty zdobyte w tym trybie. Już państwo widzicie? Żeby zdobyć jeden mandat proporcjonalny zwycięska większościowo SNP potrzebowała aż 238.471 głosów, podczas gdy jeden mandat konserwatystów wart był zaledwie 21.842 głosy.

Jak do tego doszło? Ano, torysi postanowili… strikować system. Mając ze wszystkich partii unionistycznych najwyższe poparcie sondażowe – całą kampanię oparli na haśle „Tylko my zatrzymamy SNP! Konserwatyści = nigdy więcej referendum!”. W efekcie uzyskali więc te dodatkowe 23 tysiące głosów od wyborców liberalnych i labourzystowskich, co pozwoliło skonsumować premię ordynacji mieszanej. I przeciwne – błędna taktyka SNP doprowadziła do zmarnowania setek tysięcy głosów, z których jedynie nieco ponad 100 tysięcy uratowało się przerzucając rozsądnie na Zielonych (13.172 czyli 0,6 proc. w wyborach większościowych, ale aż 150.426 i 6,6 proc. w proporcjonalnych), co zapewniło pro-niepodległościową większość w parlamencie.

I tak dochodzimy najważniejszego zagadnienia szkockiej polityki na dziś i na rok kolejny. A mianowicie – kto tym razem weźmie głosy niepodległościowe w wyborach proporcjonalnych w sytuacji, gdy SNP ponownie i to z dużą przewagę wygra te większościowe?

W szkockiej polityce budzi się życie

Chętne są co najmniej trzy ośrodki. Oczywiście – nadal Szkoccy Zieloni, jeszcze jak na ekologów całkiem normalni, z rozbudowanym programem socjalnym, aktywem złożonym z całej masy osób pozytywnie zakręconych – no ale też z tradycyjnymi przesądami tego nurtu, desamochodyzacją miast, tępieniem diesli, mocno zbyt ślepą wiarą w pełne zastąpienie szkockiego gazu i ropy zieloną energią, choć wytwarzające ją firmy nie dość, że nie spełniły obietnic dotyczących tworzenia miejsc pracy w miejsce tych zamykanych w bardziej dwutlenkowych gałęziach, to jeszcze reprezentując głównie kapitał zagraniczny wahnęły rynkiem Szkocji, czyniąc go jednym z bardziej zdominowanych przez obcych nawet jak na realia zachodniej Europy. Mówiąc zaś jeszcze prościej – nie każdy jest zapaloną ekolożką na elektrycznej hulajnodze i Zieloni, nawet tak sympatycznie jak szkoccy nieuchronnie napotykają w swych kampaniach szklany sufit.

Propozycją drugą jawi się nowa formacja z dokładnie przeciwnej strony, de facto rozłamowa, a technicznie założona przez byłych działaczy SNP i część aktywu ruchów YES partia Niepodległość dla SzkocjiIndependence for Scotland. Choć starannie unika ona wypowiadania się na jakikolwiek wyrazistszy temat programowy – w przekonaniu wyborców pozycjonuje się jeśli nie na prawo (co w Szkocji brzmi co najmniej podejrzanie), to na pewno bardziej w centrum niż SNP. W dodatku zaś nie jest za wstępowaniem do Unii Europejskiej, proponując w zamian Radę Nordycką i drogą norweską oraz islandzką, a także wykazuje ostrożny sceptycyzm wobec różnych gendrystowskich pomysłów szkockiego rządu. Od afiliacji bardziej prawicowych ISP również się jednak odżegnuje, o czym świadczy szybkie pozbycie się jednej z początkowych założycielek, która w prywatnym wpisie na Twitterze ośmieliła się wystąpić z wyrazami sympatii i poparcia dla… Donalda Trumpa (faktycznie w Szkocji szczerze znienawidzonego, przede wszystkim za swe mocno nieprzyjazne środowiskom lokalnym miejscowe interesy, chętnie wyciągające łapki po budżetową pomoc publiczną i ulgi podatkowe).

I wreszcie ofertą trzecią, bodaj, czy nie najciekawszą – chce być partia partii, sojusz, a od niedawna Akcja dla Niepodległości – Action for Independence. AFI powołali weterani ruchu niepodległościowego, jak Dave Thompson, były poseł SNP, który dla partii tej… wygrał pierwsze wybory w 2007 r. przyłapując komisję wyborczą na błędzie przy rozdziale mandatów, który mógł kosztować większość niepodległościową w parlamencie. Thompson mimo swych zasług zawsze zresztą zachowywał sporą niezależność (m.in. głosując w 2014 r. przeciw legalizacji małżeństw jednopłciowych), znany jest także ze swojego przywiązania do wizji samodzielności Szkocji, bez wikłania się w po-brytyjskie układy międzynarodowe. Stworzona przez wracającego z emerytury AFI nie wchodzi jednak, póki co w takie niuanse, chcąc być szeroką platformą dla wszystkich mniejszych ugrupowań, od lewa do niepodległościowego prawa – w oparciu o jeden cel: strikowanie ordynacji skuteczniej, niż w 2016 r. zrobili to konserwatyści.

Wyliczenie jest dziecinnie proste. Jeśli chociaż połowa wyborców głosujących na SNP w wyborach większościowych – odda głos na inne ugrupowanie niepodległościowe w głosowaniu proporcjonalnym, wówczas to ono zdobędzie drugie miejsce, uzyskując nawet 24 mandaty z list i zapewni tym samym wraz z SNP bezwzględną większość niepodległościową w Holyrood. A ta albo wymusi nowe referendum na Westminsterze – albo wreszcie przestanie się nań oglądać, rozwiązując unię koron i jednostronnie ogłaszając powstanie państwa szkockiego.

Do koncepcji AFI już przychylają się pierwsi partnerzy – na początek lewicowo-narodowa Solidarność Tommy’ego Sheridana, jednego z najbardziej charyzmatycznych polityków i publicystów Szkocji. Równolegle zaś trwają obiecujące rozmowy z małym, ale bardzo aktywnym i obiecującym środowiskiem Szkockiej Partii Libertariańskiej (jedynej tak konsekwentnie krytykującej między innymi restrykcje antyCOVIDowe rządu Sturgeon). Oczywiście, im większy partner – tym rozmowy są trudniejsze, jednak wiele wskazuje, że zarówno ISP, jak Zieloni, jak i być może mniejsze organizacje socjalistyczne nie będą miały w końcu innego wyjścia niż wspólny start – dla wspólnego celu.

Tym zaś dla Szkotów zawsze i wyłącznie – będzie niepodległość. Której wypada im życzyć – także dla dobra mieszkających w Szkocji Polaków, jak i ze względu na rację stanu i interes geopolityczny państwa i narodu polskiego.

 

Konrad Rękas

[Głosów: 8   Average: 3.5/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *