Rękas: „Wietnam [już] nie jest bossem” dla Kambodży

Geopolityka i ekonomia są silniejsze od ideologii, historii i nawet osobistych doświadczeń rządzących – przynajmniej w warunkach nieskutecznie zakłócanych z zewnątrz i w państwach posiadających nawet śladową, ale przynajmniej własną klasę polityczną. Takie przynajmniej wnioski można próbować wyciągnąć z polityki Kambodży – zawsze niemal skazanej na szukanie drogi między interesami Chin i Wietnamu, przy pojawiającej się z równą stałością tendencji do bardzo zdeterminowanej obrony własnych interesów. Współcześnie zaś – dla Phnom Penh wiatr znowu wydaje się wiać od strony Pekinu.

Jednooki lis

I nie ma co do tego wątpliwości nawet sam Hun Sen – najdłużej nieprzerwanie urzędujący przywódca nie tylko Azji, ale i całego globu, niegdyś co najmniej akceptowany, jeśli nie wprost osadzony na stolcu premiera przez Wietnamczyków, teraz mówi wprost: „Wietnam nie jest moim panem!” i zapowiada dalsze zbliżenie Kambodży z Chinami. Khmerski szef rządu, należący bez wątpienia do najbardziej elastycznych i najsprawniej adoptujących się do warunków polityków świata – po raz kolejny dowodzi na czym polega jego wyższość nad poprzednikami, choć przecież Kambodża w XX jeszcze wieku miała aż nadmiar szczęścia do osobowości wyjątkowych, jak król Norodom Sihanouk i Pol-Pot, a także działaczy wydawałoby się lepiej zorientowanych w środowisku międzynarodowym, jak choćby ex-premier i dawny rywal Pen Sovan, czy pechowy współkierownik państwa Norodom Ranariddh wielu, wielu innych. Ale to jednooki lis z Phnom Penh zawsze trafniej odczytywał aktualny interes narodowy i potrzeby swoich rodaków.

Musicie wiedzieć, że jestem lojalny wobec narodu Khmerskiego, mojego króla i mojej ukochanej żony. Ale Wietnam nie jest moim panem, któremu musiałbym być posłuszny!” – napisał Hun Sen na FB, którego jest zapalonym użytkownikiem. W dalszej części komentarza, zgodnie uznanego przez analityków za „wyjątkowo ostre” premier odniósł się pośrednio do powracających cyklicznie kambodżańsko-wietnamskich problemów etnicznych: „Jeśli jesteś Wietnamczykiem mieszkającym w Kambodży – musisz szanować kambodżańskie prawo. Jeśli mieszkasz w Kambodży nielegalnie – musisz wyjechać, ale jeśli mieszkasz w Wietnamie, kochaj, proszę wietnamskie przywództwo”. I rzecz jasna nie „monarchistyczna” i lojalnościowa deklaracja premiera rzecz wzbudziła najwięcej emocji. Hun Sen odniósł się we właściwy sobie emfatyczny sposób do postawionego mu w sieci zarzutu „zdrady sojusznika”. A przecież Wietnam był przed laty – w toku walki o obalenie władzy Czerwonych Khmerów i w latach 80-tych nie tylko sojusznikiem, ale wręcz gwarantem władzy Hun Sena w Ludowej Republice Kampuczy. Czasy się jednak zmieniły, w ostatnich dwóch dekadach przywrócone Królestwo przeszło drogę transformacji nie tylko ustrojowej – ale przede wszystkim ekonomicznej, stając się jednym z czołowych zapleczy produkcyjnych gospodarki Zachodu. Jednak ostatnie lata i miesiące – i nie tylko deklaracje, ale konkretne działania m.in. Hun Sena wskazują, że prawdopodobnie w Pnhom Penh dokonuje się kolejny zwrot. Tym razem – na północ.

Obustronne korzyści

Inaczej jednak niż we wczesnym okresie Demokratycznej Kampuczy – przyjęcie przez Khmerów postawy jednoznacznie pro-chińskiej ma okazać się obustronnie korzystne. Kambodżańskie na forum ASEAN jednoznacznie poparła stanowisko Pekinu w sprawie konfliktu na Morzu Południowochińskim – a więc wyłamała się ze wspólnego bloku Wietnamu, Filipin, Malezji i Brunei, suflowanego przez Waszyngton. Hun Sen nie zawahał się nawet pomimo niekorzystnego dla Chin orzeczenia Trybunału Arbitrażowego w Hadze. Równolegle ChRL ogłosiła 3-letni pakiet inwestycyjny dla Kambodży o wartości 530 mln dolarów. Już na początku 2016 Wietnamska Partia Komunistyczna na swym 12 Narodowym Kongresie ostrzegła Phnom Penh, że zawsze może ponownie zostać podniesiona kwestia delimitacji odwiecznie spornej granicy między oboma krajami. Khmerzy jednak nie są w regionie znani ze strachliwości – zwłaszcza wobec „Yuon”, zaś szansa skorzystania z chińskich funduszy była zbyt poważna, by z niej nie skorzystał tak wytrawny gracz, jak „wieczny premier”. Kambodża odpowiedziała serią not kwestionujących legalność wietnamskich inwestycji w strefie uznawanej za sporną – i przyjmowaniem chińskich inwestycji ze swojej strony.

Hun Sen u zarania swojej kariery sam był Czerwonym Khmerem, jednak był chyba zbyt samodzielny by w pełni podporządkować się Angkar Loeu (choć niegdyś jego odstępstwo tłumaczono zupełnie inaczej…). Kierując reżimem pro-wietnamskim i pro-sowieckim przez innych zwolenników tych dwóch opcji uważany był za zdecydowanie za mało ortodoksyjnego. Z kolei MFW i inne ośrodki Zachodu zdążyły już w ostatnich kilkunastu latach okrzyknąć kambodżańskiego premiera i jego kraj „prymusami dzikiego kapitalizmu”. Tymczasem – jak się okazuje – prawdziwego khmerskiego polityka nikt nigdy nie może i nie powinien być za bardzo pewien. I tak jak Chiny najpierw zawiodły się na niesłuchającym ani ich, ani nikogo Pol-Pocie – tak dziś paradoksalnie po 37 latach mogą nagle skorzystać z faktu, że wciąż u władzy w Phnom Penh pozostaje jego dawny pogromca.

Konrad Rękas

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *