Rękas: Zdzisław Podkański (1949-2022)

Ostatni prawdziwy ludowiec

Gdyby dekadę lat 90-tych trzeba było w życiu politycznym Lubelszczyzny nazwać jednym nazwiskiem – brzmiałoby ono Podkański. To dziś czasy zamierzchłe, ale zmarły właśnie wieloletni lider, a w praktyce odbudowujący z niczego lokalne struktury Polskiego Stronnictwa Ludowego prezes, poseł, minister, europoseł Zdzisław Podkański był gigantem przygniatającym nasz region – ale i na swój, ojcowski sposób o niego dbającym. Za Zdzichem – czy przeciw Zdzichowi, czyli nigdzie – była to podstawowa klasyfikacja polityczna nie tylko w PSL. Jeśli zgadzamy się, że istotą III Rzeczypospolitej pozostaje Układ, niewidzialna sieć powiązań, w której każda znacząca osoba zna inną, a wszystko działa w rytm dzwonków telefonów „Ja popieram tę koncepcję…” oraz „To jest właściwy kandydat…” – Zdzisław był tego uosobieniem. Ale zanim ktoś zacznie w Jego trumnę rzucać kamieniami – niech, proszę chwilę pomyśli. Przecież to działało! Przynajmniej do czasu…

Budowa Ludowego Imperium

Zdzisław Podkański, na początku lat 90-tych trzeciorzędny działacz marginalnego Stowarzyszenia Twórców Ludowych zajął pierwsze miejsce w lubelskich szeregach pobitej i zwichniętej przez komunistyczną tradycję partii zielonych biurokratów – bo w sumie nikt nie chciał. Wszyscy pozostali pretendenci widzieli w PSL tylko zdychającego satelitę albo lewicy, albo Solidarności, coś w rodzaju ponurego losu, który stał się udział zupełnie już dziś zapomnianego SD. A tymczasem Zdzicho – chłop z ambicjami i inteligent z kompleksami – miał wizję. Swoją wizję prawdziwej partii ludu polskiego. Czyli swojej. I wizję tę z żelaznym uporem realizował. Ze Stronnictwa, które na początku lat 90-tych podczas zjazdów zostawiało przeciąg od wolnego miejsca w pustych pokojach biur na Karłowicza – stworzył nie tylko masową organizację entuzjastów i wyrobników, ale i sprawny aparat wyborczy, dzięki któremu zaczął triumfować w kolejnych wyborach, obsadzać stanowiska, stając się najważniejszym z kadrowych Lubelszczyzny, nie tylko zresztą w sektorze publicznym. Ale…

Widmo Delfina

Triumfował, ale nie do końca. Niby wygrywał wojewodę, marszałków, innych – ale nie do końca i nie zawsze tych, których chciał. Nawet własna partia, zastraszona, posłuszna, podlizująca – potajemnie gryzła wędzidło. Popierani bystrzy – zdradzali. Wysuwani na główne miejsca durnie – opuszczali Zdzisława jeszcze szybciej. Nawet nie przez jego iście gangsterskie metody. Raczej przez geny. A dokładniej – bo nie nazywali się Podkański. Podkański młodszy. Wiara, że to krew z krwi i tylko ona winna przejąć dziedzictwo nazwiska – pokonywała największe dynastie. I od wielkiego Zdzicha okazała się silniejsza, gdy starostowie, prezesi, marszałkowie, radni, posłowie nagle rozumieli, że uczestniczą w grze tylko jako aktorzy drugiego planu, mający przygotować nadejście Dziedzica.

Porzucony

Dlatego właśnie jeden z najzdolniejszych, najsilniejszych i mających największe wpływy polityków Lubelszczyzny ostatnich 30 lat – odszedł jako ktoś przegrany. To prawda, Zdzisław Podkański stworzył największą w kraju organizację PSL. „Mamy więcej sztandarów kół niż inne partie członków” – lubił się chełpić. Ale Zdzisław chciał partii narodowej i chrześcijańskiej, powtarzającej za WitosemBez Boga – ani do proga!”, a nie formacji uładzonych brukselskich biurokratów, wahających się co najwyżej czy szybciej w Polsce zlikwidować rolnictwo, zamknąć kopalnie czy wprowadzić swobodny wybór płci. Co gorsza, gdy Zdzicho krzyknął niczym kniaź Jarema Kto mnie kocha – pójdzie za mną! i stworzył własne, prawdziwie ludowe Stronnictwo Piast – niemal nikt go nie posłuchał, a przecież nie było w wierchuszce lokalnego PSL nikogo, kto by swej funkcji i profitów nie zawdzięczał osobiście Podkańskiemu.

Pamięć po tej zdradzie (powodowanej, powtórzmy, zazdrością o geny i strachem o stołki) trwała długo. Już w sojuszu z PiSem bano się Zdzicha panicznie – w PiSie, że skrzyknie szable (czy raczej kosy) i zabierze te kilka procent elektoratu wiejskiego niezbędnego do zwycięstwa. W PSL – że jakimś magicznym spokojem tylko wejdzie na salę obrad Sejmiku coś tam mruknie i znowu, jak zwykle wygra. Lata zajęło zanim się zorientowano, że lubelski wiejski lew ma już wyrwane zęby. I tyleż kłów tych mu wyrywanie…

Legenda

Zdzisław Podkański był jednym z kilku ministrów kultury III RP, którzy nie objęli tej funkcji za karę. I chociaż akurat na Lubelszczyźnie miał okropny zwyczaj promowania straszliwych artystycznych beztalenci – to w skali krajowej jego zasługi dla obrony kultury nie tylko ludowej, ale po prostu narodowej przed zalewem chłamu i tzw. „rozrywki”, czyli komercji są absolutnie bezdyskusyjne.

Legendarny był ze swoich gaf. „Otwieram konkurs młodych skrzypców”. „Arcyksiążę Ferdynand zamordowany w Saragossie”. „Ziemia to matka. Nie wolno matki sprzedawać… zbyt tanio!” – przecież to były cuda, miód na pióra i mikrofony dziennikarzy, zachwyt dla czytelników i słuchaczy. Kto dziś tak potrafi, gdy wszyscy tylko fanzolą to samo?

Zawahanie, zdrada i pamięć

Nie został wielkim przywódcą obozu ludowo-chrześcijańsko-narodowego. Gdy raz zwątpił w swoją w tym pomyśle rację – zastąpił Go inny prawdziwy ludowiec, Andrzej Lepper. Przed laty na moją prośbę wszedł do Rady Programowej „Myśli Polskiej” – i moim zdaniem jak niewiele rzeczy zrobił to szczerze. Wówczas, w 2001 r. stchórzył przed mimikrą baloników i fajności, zdradzając endeków, tradycję witosowską i stając się już na zawsze zakładnikiem eurokratycznych biurokratów, swoich dawnych asystentów i dyrektorów. I drogo za tę swoją słabość zapłacić. Takiego stronnictwa ludowego, które zakładał – już nie ma, a PiS, z którym związał swe ostatnie lata z pewnością jeśli dba o cokolwiek, to nie o polskie rolnictwo, jakim je Zdzisław Podkański widział. Nie zostawił dynastii. Zdradzili Go wszyscy niemal, których politycznie wychował. Czy więc naprawdę przegrał?

Cóż, jeśli którekolwiek z nazwisk posłów, radnych, ministrów, liderów, jakie znamy z lokalnych gazet – odciśnie kiedykolwiek podobny ślad… Ba, jeśli będziemy je pamiętać za rok czy dwa – to być może, format Podkańskiego zblednie. Ale jeśli tak, jak się zanosi, zapomnimy tych wszystkich „graczy” wyłączając komputery i wyrzucając wczorajsze gazety do śmietnika – wówczas z polityki lubelskiej ostatnich dekad zostaną góra dwa-trzy nazwiska. I jednym z nich będzie Zdzisław Podkański.

A prywatnie muszę przyznać, że był to naprawdę znakomity Przeciwnik, gdy jeszcze miało to jakiekolwiek znaczenie…

 

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 5 Average: 3.6]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.