Rękas: Znowu zacznie się w Sarajewie?

Po jednoznacznym wyniku serbskiego referendum w Bośni i Hercegowinie, dowodzącym po prostu poczucia narodowej godności najbardziej sponiewieranego i pokrzywdzonego narodu Bałkanów – komentatorzy z Polski winą za kryzys obarczyli rzecz jasna jak zwykle Serbów i… Putina – bo niby kogo mieli innego?

Tymczasem faktem jest, że po pierwsze – bankructwo projektu BiH jest dziś bardziej oczywiste, niż kiedykolwiek. Kolaps zbliżał się zresztą kolejnymi wielkimi krokami, takimi jak trzyletni kryzys rządowy (sic!) 2010-13, jak zupełna niemoc okazana podczas tragicznej powodzi przed dwoma laty – jak wreszcie poziom korupcji przewyższający nawet wyjątkowo wyśrubowane pod tym względem standardy.

Wojna zawsze jest wyjściem?

Faktem też jest jednak, że Republika Serbska w Bośni ma pełną świadomość dodatkowego, większego nawet niż zwykle zagrożenia, w jakim się znajduje w związku z politycznym chaosem panującym w jednym z dwóch najniebezpieczniejszych państw regionu – post-ustaszowskiej Chorwacji. Tuż przed serbskim referendum mieliśmy bowiem za miedzą niczego w istocie niewyjaśniające wybory parlamentarne 11. września (przy zaledwie 54-procentowej frekwencji), rozpisane po wielu miesiącach permanentnej szarpaniny międzypartyjnej, równie niejasnych poprzednich wyborach przed rokiem – a wszystko to w sosie rosnącej agresji wobec sąsiadów i niedwuznacznych sugestii, że skoro nie wiadomo co robić – to może by znowu wywołać jakąś wojnę?

Polityczne kierownictwo Chorwacji, ci banderowcy Bałkanów (nb. od bałkańskości odżegnujący się bardziej niż ukraińscy nacjonaliści od swych nazistowskich korzeni) – jak zwykle stanowi najpoważniejsze zagrożenie dla pokoju na terenie byłej Jugosławii (obok oczywiście aspiracji irredentystycznych objawianych przez macedońskich Albańczyków). Kraj legitymujący się oficjalnie 14-procentowym bezrobociem (sięgającym 43 proc. wśród młodzieży) znajduje się od co najmniej 6 lat w głębokiej recesji. Społeczeństwo chorwackie jest zaś na tyle już zmęczone pozorowaną w dużej mierze rywalizacją polityczną, że do parlamentu wybiera zarówno deklaratywnie antykorupcyjny „Żywy Most”, jak i broniące oskarżonych o nadużycia w głównych miastach (w tym w stolicy, Zagrzebiu) Istryjskie Zgromadzenie Demokratyczne b. mera Milana Bandicia, a w dodatku jeszcze ekstremistów zbrodniarza wojennego Branimira Glavasa, z Chorwackiego Demokratycznego Sojuszu Slawonii i Baranji. Nawiasem mówiąc owa pozorna „regionalizacja”, a w istocie podział kraju na strefy wpływów pokazuje dobitnie jakim pozorem jest rzekomo zachodnie pozłotko na chorwackiej polityce…

Zresztą, kłócąc się i wzajemnie oskarżając – główne chorwackie partie polityczne pozostają zgodne w szowinistycznej i ekspansjonistycznej retoryce. I choć oficjalnie linią polityczna Zagrzebia jest podtrzymywanie trwania narzuconej przecież – a w istocie nigdy przez Chorwatów nie chcianej wspólnoty z bośniackimi Muzułmanami, to jednak coraz głośniejsze stają się głosy, by wrócić do planów budowy Wielkiej Chorwacji. Zarówno partia władzy – HZDS, jak i opozycyjni socjaldemokraci grali w kampanii wyborczej na resentymentach wojennych 1991-95, zaś Zoran Milnovic, lider Socjaldemokratycznej Partii Chorwackiej wprost wzywał do zajęcia stanowiska wobec „upadłości Bośni” oraz „nędznego gangu” w Belgradzie. Rząd w Zagrzebiu nie pozostaje zresztą w tyle, wciąż utrudniając relacje serbsko-europejskie. Umieszczone w tym kontekście nader ostrożne i wstrzemięźliwe relacje bośniackich Serbów mają wyraźnie defensywny charakter i stanowią raczej próbę zwrócenia uwagi na narastający problem, aż za bardzo przypominający wybuch nowożytnych wojen post-jugosłowiańskich, kiedy to wprawdzie pierwsi zaatakowali Chorwaci, oni też pierwsi przeprowadzili czystki etniczne, dopuścili się krwawych zbrodni wojennych i uparcie kontynuowali działania pochłaniając wszystkie możliwe i niemożliwe terytoria – a i tak całą winę zwalono na Serbów.

Koniec państw-fikcji?

Rozpad Bośni był już prorokowany przez analityków dwa lata temu, wówczas jednak proces spowolniły zapewne wydarzenia na Ukrainie i w Syrii. Dziś szukający wciąż nowych dróg ujścia konflikt składający się na pełzającą, hybrydową wojnę światową – znowu objawia się ze wzmożoną mocą w państwie będącym wszak sztuczną, chorobliwą fikcją. BiH stworzona jako jedna z kotwic amerykańskiego panowania w basenie Morza Śródziemnego, okresowo wspierana ideologicznie i finansowo przez Saudów i Turcję, a ekonomicznie mająca sens wyłącznie jako jeden z kanałów przerzutowych dla mas narkotyków, uchodźców i terrorystów – powoli odchodzi w przeszłość, z której nigdy nie powinna być przywoływana w swej obecnej, parodystycznej wersji. Fundamentalne pytanie brzmi jednak – co w zamian: czy rzeczywiście czas państw-fikcji, takich jakich właśnie BiH, Ukraina, zapewne Kosowo, a kiedyś być może np. Litwa – w końcu przeminie ustępując miejsca zdrowo pojmowanym racjom narodowym i bezpieczeństwu makroregionalnemu, czy też wejdziemy w okres utrwalonego chaosu, na wzór somalijski, czy libijski – od czego o krok jest już zwłaszcza Ukraina. Tak czy inaczej zarówno Bośnia i Hercegowina, jak i dotykana co i raz klęskami żywiołowymi i równie poważnym kryzysem politycznym, etnicznym i tożsamościowym Macedonia – mogą być polem kolejnych bitew tej niewypowiedzianej, ale odczuwalnej wojny globalnej.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *