Rzym. Droga do Loggi

Środa, 13 marca 2013 roku. Leje. Jest 17:17. Wygląda na to, że będzie piąte głosowanie. Gdyby papieża wybrano w czwartym, biały dym byłby mniej więcej o tym czasie, a tak – czekamy. Jeśli jakoś maiłbym nazwać to czekanie, to nazwałbym je przekleństwem parasoli. Z mojego poziomu, osoby siedzącej, spod chroniącej mnie przed deszczem Kolumnady, komin na Kaplicy Sykstyńskiej widać dobrze. Jest jednak taka masa ludzi, że co po chwilę ktoś zasłania mi widok parasolem. Parasol to jest coś, co tego dnia widzę najczęściej w miejscu komina.

Zbliża się 19. Albo wybrali, albo coś się musiało stać. Dlaczego? Bo poprzednie tury głosowań trwały mniej więcej dwie godziny i piętnaście minut. Te popołudniowe, z 13 marca trwają już prawie trzy. Albo więc elektorzy tak uważnie liczą, albo zanim spalą karty pytają papieża czy przyjmuje wybór i jakie wybiera imię?

Godzina 19:06. Nad Kaplicą unosi się biały dym. Unosi się z miejsca, na którym przez długie minuty siedziała mewa, budząc na Placu ogólną wesołość.

Decyduję się ruszać spod Kolumnady, choć mój opiekun jest sceptyczny. Idzie, a w zasadzie jedzie nam się coraz gorzej. Po jakiejś pół godzinie, używając słowa przepraszam w najrozmaitszych językach, klepiąc po plecach znajdujących się przede mną ludzi, jestem jakieś 30 metrów od wydzielonego dla prasy sektora pod samym balkonem. W tym miejscu spotykam Adama, Polaka z Piotrkowa Trybunalskiego. Zna włoski. Będę ci torował drogę – mówi.

Tak dochodzimy do sektora dla dziennikarzy. Adam namawia hiszpańską dziennikarkę by przesunęła barierę. Bym mógł dostać się do dziennikarskiego sektora. Dziennikarzy zresztą jest stosunkowo niewielu, a może ten sektor taki duży?. Trudno powiedzieć. Emocje.

Hiszpanka się wreszcie decyduje. Razem z Adamem przesuwają barierę, porzucając wcześniejsze pomysły przeniesienia mnie nad nią. Jestem w sektorze dziennikarskim. Z Adamem. Bo mojego opiekuna Jakuba zostawiłem już przed samą barierą. Przyjaciela fotografa jeszcze wcześniej. Gdzieś pod Kolumnadą.

Jest 20:06. W frontonie Bazyliki, we wszystkich oknach zapalają się światła. Tłum wyje. Okno centralnej loggi zostaje otwarte. Tej loggi, do której na 20 metrów, nie wiem jakim cudem, dotarłem spod Kolumnady. Dotarłem mając przed sobą już tylko około 100 osób, które oddziela mnie od paradującej w rytmie orkiestry Gwardii Szwajcarskiej.

Okno loggi się otwiera. Wychodzi kardynał protodiakon, Jean – Louis Tauran. Zapowiedź odbywa się błyskawicznie. Nie robi tego, jak jego poprzednik, Chilijczyk – Medina Estevez. Jest Francuzem, wygląda na przestraszonego. Mówi szybko. Jakby chciał jak najszybciej uciec z balkonu.

Annunzio Vobis Gaudium Magnum! Habemus Papam! Dominum Georgium Marium! Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinale Bergoglio! Jakie przyjmie imię? Franciszek. A więc udało mi się trafić w moim niedzielnym wpisie!

Bergoglio Papa! – krzyczy obok mnie dwóch argentyńskich dziennikarzy. Oni się nie cieszą, po prostu płaczą. Wraz z innymi, składam im gratulacje, których dziś już pewno nie pamiętają. Próbuję robić zdjęcia ipadem. Jako gapie technicznej wychodzi mi cała seria sekundowych filmików. Na szczęście 10 metrów za mną jest Jakub. Też robi filmy, ale i jedno zdjęcie.

Wreszcie pojawia się nowy papież. Ryk jest nieprawdopodobny. Kiedy ustaje – Franciszek mówi po włosku: Bracia i Siostry! Dobry wieczór! Tłum szaleje. Kardynałowie wybrali papieża z końca świata. Potem mówi o tej niecodziennej relacji biskup i lud. O tym, że jest papieżem miasta Rzymu. I że ma tu obok swojego wikariusza. Bardzo to podkreśla. Że Kościół i on sam zaczynają nową drogę. Że trzeba abyśmy wszyscy wzajemnie się za siebie modlili. Ale przede wszystkim za niego i w geście pokory pochyla głowę. Na Placu jest ponad 100 000 ludzi. A byłoby słychać tę już słynną wzlatującą z komina Kaplicy Sykstyńskiej mewę.

Wreszcie, na tę nową drogę papież udziela wszystkim zebranym błogosławieństwa. Na tę drogę, którą zaczyna w papieskiej loggi. W której pobliże, tego wieczoru udało mi się dostać. Papież zaczyna nową drogę. Mnie też wieczorem jeszcze taka droga czeka. Zwyczajna, moja codzienna, rzymska droga. Droga spod loggi do kolejki na Via Cassia.

Jan Filip Libicki

fot & copyright: Jakub Hejduk

www.facebook.com/flibicki

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *