Sanacyjna agitka w formacie 3 D

O filmie Jerzego Hoffmana „Bitwa Warszawska 1920” napisano już sporo, z reguły krytycznie. Docenia się nowoczesną technologię, w jakiej film zrobiono i zdjęcia Sławomira Idziaka. Dobra jest także scenografia i dbałość o realia z epoki. Już jednak fabuła filmu i jego tani dydaktyzm razi wielu recenzentów. Jedni widzą w filmie niewolnicze trzymanie się schematów sienkiewiczowskich rodem z „Pana Wołodyjowskiego” czy „Potopu”, inni zarzucają filmowi kiczowatość i nieudolną próbę pokazania zbyt wielu wątków.

Media lewicowe ganią komiksowy patriotyzm, a media prawicowe zbytnią poprawność polityczną i brak odwagi. Jednym podoba się pokazanie dobrych Rosjan (kozak doński grany przez Domagarowa) i Polaka-bolszewika granego przez Adama Ferencego, innym nie podoba się, że Żydzi są w filmie pokazani jako wzorowi obywatele, którzy tylko pod karabinem idą do rewkomu.

To zdumiewające jednak, że żaden z recenzentów, tak ci z prawa, jak i z lewa, nie dostrzegł jednego bardzo ważnego elementu – że film ten jest propagandową agitką w najlepszym sanacyjnym stylu, w wielu miejscach wręcz fałszuje prawdę historyczną, i to tak ordynarnie, że nie powstydziliby się tego najlepsi spece od propagandy, nie tylko sanacyjnej. Ktoś powie – dobrze, ale to jest film fabularny, nie musi być podręcznikiem historii.

Zgoda, tylko gdyby w filmie występowały jedynie postaci fikcyjne, a nie historyczne, i gdyby fabuła była całkowicie fikcyjna, a jedynie osadzona w tzw. realiach epoki – można byłoby machnąć ręką. Jednak w tym filmie na ekranie widzimy polityków i wojskowych II RP, którzy istnieli naprawdę, o których pisze się prace naukowe, którzy są na kartach podręczników. Wymieńmy tylko najważniejszych: Józef Piłsudski, Władysław Grabski, Józef Haller, Tadeusz Rozwadowski, Wincenty Witos, Władysław Sikorski…

Nie łudźmy się, ten film będzie dla setek tysięcy widzów jedynym kontaktem z historią najnowszą, tylko na podstawie tego filmu będą urabiać sobie pogląd na tamte czasy. I dlatego nie ma racji Hoffman mówiąc, że jego film nie jest podręcznikiem historii – jest podręcznikiem. W związku z tym należało zadbać o to, żeby fabuła odnoszącą się do kwestii ściśle historycznych nie odbiegała za bardzo od prawdy. To był obowiązek reżysera.

Obowiązek, z którego nie wywiązał się w najmniejszym stopniu. Scenariusz pisał sam na podstawie, jak mówi, licznych lektur. Jakich, nietrudno zgadnąć. Głównie na „Roku 1920” samego Józefa Piłsudskiego – bo obraz filmowy jest powtórzeniem zawartych tam „prawd”. Dla uniknięcia zarzutów o brak konsultacji – Hoffman skorzystał z porad historyka – Janusza Ciska, byłego Dyrektora Instytutu Piłsudskiego w Nowym Jorki i Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Cisek jest piłsudczykiem, uprawiającym propagandę na rzecz kultu Marszałka od lat. Był więc dla Hoffmana, który w filmie chciał bronić „Marszałka” przed rzekomymi „oszczercami” – idealnym konsultantem. Efekty współpracy tego duetu widzimy na ekranie w pełnej krasie.

Postacią centralną filmu jest grany przez Daniela Olbrychskiego Piłsudski. Rzecz charakterystyczna – w filmie jest zawsze taki sam – spokojny, wyważony, pewny siebie, dobrotliwy. Bez względu na moment, jaki jest aktualnie pokazywany. Czy to będzie okres wyprawy kijowskiej, czy okres klęski wojsk polskich, czy podejmowania decyzji, wreszcie decydującej bitwy.

Jest to oczywisty fałsz – Piłsudski był w tym czasie targany sprzecznymi nastrojami, od euforii do kompletnego załamania. Tego załamania (lipiec-sierpień 1920) u Hoffmana w ogóle nie zobaczymy. Druga generalna uwaga – wojnę w filmie Hoffmana prowadzi ze strony polskiego dowództwa dwóch ludzi – Piłsudski i Bolesław Wieniawa-Długoszowski (Bogusław Linda). Marszałek i czołowy birbant II RP – pomysł horrendalny. Tymczasem wiadomo, że jeśli już, to obok Piłsudskiego powinni być albo Kazimierza Sosnkowski lub Tadeusz Piskor.

Zupełnym fałszerstwem jest pokazanie momentu podejmowania decyzji o bitwie nad Wisłą. Widzimy więc Piłsudskiego przed mapą wiszącą na ścianie, który z pewnością i spokojem tłumaczy grupce groteskowo wyglądających generałów jak ma ona przebiegać. Kiedy to mówi – widzimy wystraszonego gen. Tadeusza Rozwadowskiego, który grzecznie słucha, a potem zdobywa się tylko na jedno zdanie: „To ryzykowne”. I na tym koniec, tylko tyle miał do przekazania Hoffman o udziale Rozwadowskiego w podejmowaniu decyzji o bitwie.

Widz nie dowie się, że to Rozwadowski przyszedł do Piłsudskiego z gotową koncepcją uderzenia z południa. Piłsudski zgodził się, ale nie chciał atakować spod Garwolina, gdzie planował to Rozwadowski, lecz głębiej – znad Wieprza. Nie dowiemy się, że i tak bitwa została przeprowadzona wedle innego rozkazu, który napisał już tylko Rozwadowski, a Piłsudski przyjął go jedynie do wiadomości.

Ale to nic – z filmu nie dowiemy się, że Piłsudski złożył 12 sierpnia dymisję i wyjechał z Warszawy. Tymczasem w filmie jest cały czas na miejscu, w Belwederze. Pyta Wieniawy: „Co tam na mieście?” – mimo że jest to w okolicy 15 sierpnia! Co więcej – przyjmuje defiladę wojsk mających atakować pod Radzyminem (to pewne, bo są tam czołgi „Renault”, które były tylko pod Warszawą) – choć takiego faktu nie było.

Dochodzi do tego kuriozalna scena, kiedy Piłsudski instruuje wyglądającego niczym Don Kichot z La Manchy gen. Józefa Hallera, jak podnosić na duchu masy. Wiemy zaś, że Piłsudski uważał utworzenie dowodzonej przez niego Armii Ochotniczej za absurd, a samego Hallera traktował pogardliwie. Za to nie zobaczymy żadnej sceny pokazującej Hallera w akcji, a to on, nie Piłsudski, dwoił się i troił na linii frontu i na tyłach, niezmordowanie zagrzewając Polaków do walki.

Widzimy też ks. Adamskiego w otoczeniu facetów w czarnych garniturach (na 100 proc. endecy), który rzuca Piłsudskiemu: „Ta zdrada jest tutaj”. Nie ma jednak wyjaśnień dlaczego? Bo wtedy dotarło do opinii publicznej, że w 1919 roku Piłsudski prowadził tajne rokowania z bolszewikami. Pokazany jest także, i owszem, premier Władysław Grabski. Tyle, że podczas pierwszej rozmowy z Piłsudskim (gdzieś w kwietniu 1920) nie był jeszcze premierem (był nim Leopold Skulski).

No i na koniec Wincenty Witos – Piłsudski mówi mu, żeby tworzył rząd, a co Witos ma do powiedzenia? Zgadza się, ale ma jeden warunek – żeby mógł pojechać do domu na żniwa!

Powtarzam raz jeszcze – film ma swoje prawa, ale to nie upoważnia nikogo do fałszowania faktów. Efekt mamy taki jaki mamy – czytankę dla dzieci rodem z lat 30. XX wieku. Szkoda wysiłku tylu ludzi zaangażowanych w realizację tego filmu. Kult Piłsudskiego od lat wylewa się zewsząd, a Hoffman uznał, że jego misją jest „obrona Marszałka przed oszczercami”. No i zamiast dobrego filmu mamy agitkę w formacje 3 D.

Jan Engelgard
http://blog.engelgard.pl

[aw]
Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Sanacyjna agitka w formacie 3 D”

  1. Można się było tego spodziewać… zresztą gdyby film przedstawiał historię taką jaka była, to od paru miesięcy słyszelibyśmy szlochy w TV, radiu i gazetach. Ja się nawet bardzo p. Hoffmanowi nie dziwię, po co mu protesty, bojkoty i oskarżenia o (w prawdzie już/jeszcze nie podlegające penalizacji) „uwłaczanie imieniu JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO”. Szkoda czasu, szkoda nerwów… a że dzieci się będą uczyły historii z tego filmu… proszę się nie martwić, w szkole usłyszały by to samo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.