Sułkowski: Druga tura nie dla Bonżura

 

 

            Kończąca się właśnie kampania prezydencka, wbrew narzekaniom i pseudo-analizom części utuczonych na państwowym garnuszku komentatorów wskazujących na swoją rzekomą moralną wyższość w ocenie tejże, była kampanią nie tylko bardzo ciekawą, ale także szalenie istotną z perspektywy zmian, jakie zaczęły się w warstwie społeczno-politycznej. System demoliberalny będący w swej istocie oparty na rewolucyjnej mechanice konfliktu „postępowych” elit przeciwko tym, którzy sprzeciwiają się kierunkowi, celom i kształtowi zmian owego „postępu” uległ pęknięciu. Dzięki temu pojawił się w nim na tyle wyraźny wyłom, że zaistniała realna szansa, by długofalowo zacząć mozolną drogę na rzecz odwrócenia szkodliwych trendów i przywrócenia rzeczywistości nieco przyzwoitości oraz rozumu. Aby jednak to się stało, trzeba całkowicie odrzucić principia przyświecające polskiej polityce w III RP w postaci walki plemion i realizacji ich interesów a więc targnąć się na postawienie za cel główny dobro Polski. Jest na to szansa i wynika ona z istotnej zmiany w rzeczywistości, której jak się zdaje, większość komentatorów politycznych po prawej stronie albo nie dostrzega, albo niesłusznie bagatelizuje.

            Aby właściwie zrozumieć na czym polega wyłom w rewolucji, trzeba zwrócić uwagę na element, który kształtował naszą rzeczywistość polityczną jeszcze od końca II wojny światowej, czyli monopol informacyjny. Dotychczas mieliśmy sytuację taką, że media tkwiły w rękach bardzo wąskiej grupy osób narzucających interpretację rzeczywistości i kształtujących sposób myślenia Polaków. Było to oczywiste w czasach PRL, bowiem Polacy mieli świadomość istnienia cenzury i próbowali zbierać informacje ze źródeł alternatywnych. Przeciwnik w warstwie informacyjnej był jasno zdefiniowany, toteż zaczadzenie umysłów było trudniejsze dla władzy. Jednakże upadek PRL i pojawienie się w III RP „wolnych” mediów całkowicie uśpiło czujność Polaków. Przeświadczeni o tym, że po upadku komuny nastąpiły wolne media, rodacy stracili swoją czujność, co skrzętnie wykorzystali plugawcy różnego sortu. Największa zakała medialna w postaci Gazety Wyborczej rozpoczęła swój paskudny i niszczycielski rajd przez umysły i świadomość ludzi. Zaszczepianie pogardy dla własnej tożsamości i tradycji, co rozpoczęło proces dramatycznej w skutkach laicyzacji społeczeństwa. Wmawianie wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu, przez co środowisko Michnika samo stworzyło sobie pałkę do pacyfikacji niewygodnych wrogów ideowych i zamykania im ust. Małpie naśladowanie wszystkich „nowoczesnych” wzorców zachodu, począwszy od rewolucji seksualnej będącej w istocie zrównaniem człowieka ze zwierzęciem, które bezmyślnie ulega chuci, co zmieniło wzorce w zakresie seksualności a połączone z wieloletnim zohydzaniem klasycznego małżeństwa i rodzicielstwa oraz powtarzania za Klubem Rzymskim kompletnych bzdur o przeludnieniu doprowadziło do zapaści demograficznej i wymierania Polaków. W tych wszystkich oraz w wielu innych elementach rzeczywistości, główną rolę odegrał właśnie monopol informacyjny. Dokładając do tego inne media koncesjonowane, które obrały dokładnie tę samą agendę, lecz dla niepoznaki przyjęły inne szyldy i różniły się kosmetycznie, trzeba stwierdzić rzecz oczywistą – przez ten mechanizm Polacy zostali wciągnięci w proces samozniszczenia. Wybory prezydenckie 2025 roku są o tyle istotne i inne niż poprzednie, bowiem to właśnie w trakcie tejże kampanii udało się zniszczyć monopol informacyjny. Media klasyczne w postaci koncesjonowanej prasy i telewizji straciły rząd dusz w wyniku zmiany technologicznej, której elity demoliberalne z jednej strony nie zrozumiały i nie doceniły a z drugiej padły ofiarą niczego innego, jak naturalnej konsekwencji metodyki rewolucyjnej w postaci planowania rzeczywistości przy biurku, w oderwaniu od człowieka i prawidłowego, klasycznego rozumienia jego natury. Demoliberalnym rewolucjonistom informacja wymknęła się spod kontroli, ponieważ nie uwzględnili, że rewolucyjny plan, który powzięli, ma zawsze tę samą wadę, na jaką wskazywała już znienawidzona przez nich scholastyka – człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkich skutków swoich decyzji. A jest to szczególnie widoczne, gdy takich prób przewidywania próbuje dokonać człowiek pyszny i przeświadczony o swojej wyższości intelektualnej oraz moralnej, czyli modelowy przedstawiciel dzisiejszej elity. Za nic nie przyzna, że jego rozumienie rzeczywistości nie jest prawdziwe i nie rezonuje z tym, czego oczekują ci, którym elity próbują owo rozumienie rzeczywistości narzucić.

            I bardzo dobrze dla kontrrewolucji, ponieważ dzięki temu elity od pewnego czasu popełniają błąd za błędem. Tkwią bowiem cały czas w przeświadczeniu, że nadal ich słowa mają taką moc rażenia jak 10-15 lat temu. Myślą, że rzucenie na kogoś anatemy pojęciowej w postaci wyssanego z palca zarzutu o antysemityzmie, faszyzmie, zacofaniu czy nawet agenturze będzie odnosiło pożądany skutek. Czasy jednak się zmieniły a Internet ze swoimi kanałami wymiany informacji, możliwością interakcji i jednak specyficznym poczuciem humoru doprowadza do tego, co przecież tak często obalało elity chcące decydować o sposobie myślenia maluczkich – do kompletnego ich wyśmiania a więc przewartościowania przekazu. Gdy jakaś redaktor Wielowieyska, Lis czy inna mutacja zakompleksionego i powtarzającego liberalne formułki ojkofoba z „intelektualnego” chowu wsobnego rasy idiotów rzucają zarzut „ANTYSEMITA!”, społeczność Internetu zaczyna się śmiać, bo już od dawna wie, że antysemitą nie jest ten, kto nie lubi żydów tylko ten, kogo nie lubią żydzi. Nasze nierozgarnięte elitki nadal żyją mentalnie w 2005 roku, gdy powtarzający powyższą definicję antysemityzmu w swoich książkach Waldemar Łysiak był po prostu przemilczany i nie miał możliwości dotarcia do tak szerokiego grona odbiorców, jaką miałby obecnie w dobie mediów społecznościowych. Nikt już nie przejmuje się zarzutem o „onucach”, bowiem ten bezmyślny frazes był rzucany tak często i w stronę tak wielu osób, że teraz prawie każdy jest onucą. I prawie każdy ma to tam, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę.

            Elity są więc obecnie w szoku. Skowyt komentatorów establishmentu doskonale udowadnia, że władza zaczyna im się wymykać z rąk. Wiedzą doskonale, że bez koryta, które sobie stworzyli siecią powiązań, układów, pięknego różnienia się, zostaną zmieceni i stracą to z powodu czego przez lata prostytuowali się intelektualnie – status społeczny i materialny oraz poczucie prestiżu. Mainstream dostał właśnie celny cios na brodę, chwieje się przy linach zamroczony i kompletnie nie rozumie, że nie tylko właśnie przegrywa walkę w ringu. Mainstream przy odrobinie wysiłku kontrrewolucyjnego może dostać poprawkę z drugiej strony i to taką, że z ringu po prostu wyleci z hukiem. Gdy lata temu organizowano ustawę ACTA, próbowano wrzucić do Internetu mechanizmy cenzury, które będąc w rękach elit miały ułatwić im gładkie przejście od mediów klasycznych do nowoczesnych. Ustawa ta spotkała się z gigantycznym sprzeciwem zwykłych ludzi i już sam ten fakt powinien być wyraźnym sygnałem dla elit, że Internetu nie da się spacyfikować tak, jak udało się zagarnąć prasę czy telewizję. Na nasze szczęście elity uznały, że skoro ludzie tak bronią wolności w Internecie, to po prostu trzeba zacząć na nim jak najwięcej zarabiać i dostosowywać go pod siebie innymi, legalnymi choć nieprzyzwoitymi mechanizmami jak np. algorytmy. Pech  jednak chce, że zostawiając w Internecie uchyloną furtkę w postaci odpowiedniego zakresu wolności słowa oraz mechanizmu kapitalizacji zainteresowania, okazało się, że treści alternatywne wobec przekazu mainstreamu są po prostu zbyt opłacalne, by je wyrzucić. W taki oto sposób pojawiły się dziesiątki kanałów na różnych platformach, które aby w ogóle mieć szansę na zarobek, siłą rzeczy musiały ukazywać narracyjnie coś innego niż media będące w rękach elit. Problemem elit jest jednak to, że tkwiąc w swoich cieplarnianych warunkach monopolu informacyjnegom, stały się kompletnie nieudolne w warstwie konfrontacji faktów czy wartościowania narracji. Społeczność internetowa jest przesiąknięta ludźmi zaprawionymi w ideowych bojach, którzy dodając do tego odpowiednie zasięgi i ubierając w odpowiednią formę humorystyczną, mówiąc językiem mediów społecznościowych – wycierają podłogę miernotami z establishmentu. To już nie jest kolejna odsłona filmików w stylu: „Korwin zaorał lewaka”. Takie rzeczy widzieliśmy w przypadku Krzysztofa Stanowskiego konfrontującego się z Jasiem Kapelą kilka lat temu. Teraz jednak Krzysztof Stanowski wykorzystał swoje gigantyczne zasięgi do tego, by personę tak paskudną jak Dorota Wysocka-Schnepf wypunktować merytorycznie na oczach milionów oglądających, którzy dowiedzieli się o przeszłości ojca jej męża biorącego udział w Obławie Augustowskiej. Dziennikarz, nazwijmy to nowego typu, mógł dotrzeć do rzeszy ludzi z informacją o tym, że kształt elity to efekt układów i bycia odpowiednio umoczonym w antypolski proceder. I zrobił to w takim stylu, że jedyne osoby roniące słone łezki z powodu losu p. Wysockiej-Schnepf, to właśnie trafione w brodę, chwiejące się na linach mierne elitki i ci, którym przeprali umysły w czasach, gdy Internet nie był tak popularny. Problemem establishmentu jest to, że przez naturę, pula ich zwolenników z roku na rok się kurczy.

            Aby tym bardziej unaocznić skalę zmiany w warstwie informacyjnej proszę się cofnąć o 15 lat wstecz i spróbować sobie wyobrazić sytuację, że do jakiegoś studia telewizyjnego w czasie dużej oglądalności trafia przed kamery Grzegorz Braun ze swoim przekazem. Chyba nie trzeba mówić, jak nierealny jest ten scenariusz? A jednak na początku kampanii prezydenckiej ten szklany sufit przebił Super Express dając możliwość przedstawienia swojego światopoglądu kandydatowi Konfederacji Korony Polskiej. Półtorej dekady temu aparat medialny i polityczny zrobiłyby absolutnie wszystko, by zarówno Braun jak i Super Express zostały zniszczone. Tak się jednak nie stało – materiał z wywiadu obejrzało ponad 250 tysięcy osób a lawina ruszyła. Wszystkie media internetowe wykorzystały mechanizm kapitalizacji zainteresowania i zaczęły zapraszać wszystkich kandydatów. Oberwało się jedynie panu Maciakowi, co było z mojej perspektywy o tyle dziwne, że jest to człowiek, który bardzo słabo radzi sobie w dyskusji, więc ukazanie jego poglądów w niekorzystnym świetle nie byłoby specjalnie trudne, ale może właśnie dlatego, że jest tak słabym dyskutantem, nikt nie uznał, że rozmowa z nim będzie po prostu opłacalna. Stąd zapewne nieeleganckie show red. Stanowskiego. Warto jednak podkreślić, że p. Maciak dostał możliwość konkurowania w Internecie o przyciągnięcie ludzi do swojej optyki – te kanały, które obrały inną drogę niż Kanał Zero skorzystały na sytuacji i p. Maciak mógł dotrzeć do ponad 130 tysięcy osób dzięki jednemu z Youtube’owych publicystów. Można więc powiedzieć, że jest wyraźna różnica między białymi plamami w mediach starego typu a w mediach internetowych.

            Skąd więc tytuł odnośnie do powyższych spostrzeżeń? Sprawa wydaje się dość oczywista – gdy w mainstreamie pojawił się wyłom i prawa strona włożyła nogę w uchylone drzwi, fundamentalne jest nie tylko utrzymanie tego stanu, ale wykopanie drzwi razem z framugą i wpuszczenie do tej przestrzeni kolejnych osób zwiększających pulę informacyjną kontrrewolucji. Aby to miało miejsce, należy nie pozwolić na zamurowanie wyłomu przez elity, a dokładnie to chcą zrobić ustawą o mowie nienawiści, którą Rafał Trzaskowski z całą pewnością podpisze. Jako dawno zadeklarowany przeciwnik demokracji, PO i PiS oraz wszelkiej maści szantaży moralnych, które zawsze kończyły się ziemkiewiczowskim „mimowszystkoPiSizmem” mam świadomość tego, że PiS nie jest żadnym gwarantem wolności słowa – vide sytuacja zbanowania portalu nczas.pl czy myslpolska.pl przez to środowisko. Jak wspominałem w jednym swoich tekstów, system jest już na swój sposób domknięty[1]. Tyle tylko, że pisząc o tym w marcu, nie mieliśmy żadnej wiedzy na temat Karola Nawrockiego, który traktowany był jako kolejny sługus Jarosława Kaczyńskiego. Kolejne tygodnie kampanii prezydenckiej pokazały jednak, że sytuacja jest nieco bardziej złożona i choć nie jest na tyle dobrze, byśmy mieli przekonanie graniczące z pewnością, że Nawrocki jest jakkolwiek samodzielny, to istnieją pewne przesłanki, by mieć cień nadziei, że nie będzie to Duda-bis. Redaktor Rafał Otoka-Frąckiewicz postawił bowiem tezę, że Nawrocki zerwał się PiSowi ze sznurka a dowodem na to są dwa fakty. Po pierwsze taki, że Nawrocki ewidentnie nie słuchał swoich sztabów. Po drugie zaś, kluczowa jest właśnie liczba mnoga, jeśli chodzi o sztaby – przeważnie było tak, że kandydat na prezydenta ma jeden sztab. W przypadku Karola Nawrockiego jest ich kilka i gdy uważnie prześledzi się skład osobowy tychże, widać wyraźnie, że odpowiada on koteriom panującym w PiS. Od porażki wyborczej w 2023 roku wewnątrz środowiska PiS również nastąpiło pewne pęknięcie. Utrata władzy, świadomość starzenia się lidera będącego warunkiem koniecznym dalszego istnienia tej partii, a więc zbliżającego się końca PiS spowodowały, że określone grupy wewnątrz PiS zaczęły grać na swoją przyszłość, a podstawową strategią by odnieść sukces jest posiadanie jakiejś przewagi. Frakcje wewnętrzne starały się więc taką przewagę zdobyć i mieć wpływ zarówno na wybór kandydata na prezydenta oraz jego prowadzenie w kampanii. Jak jednak widać, ta sztuczka niespecjalnie wyszła zarówno Kaczyńskiemu jak i innym członkom PiS, bowiem wybierając kogoś akceptowalnego dla wszystkich w PiS, finalnie wybrano kogoś, kto jednak zaczął dawać sygnały gry „na siebie”, co widać było po sprzecznych wyjaśnieniach dotyczących kawalerki. Wyborcy mają więc pewien sygnał, że w przypadku Karola Nawrockiego istnieje pewna możliwość spełnienia scenariusza innego, niż kontynuacja linii PiS w absolutnie wszystkim. Nie łudząc się, że nie istnieje taka osoba lub raczej środowisko, które ma duże przełożenie na Nawrockiego, dostrzec należy właśnie ów cień szansy, że nie będzie to głównie Kaczyński. Co za tym idzie, kalkulacja jest stosunkowo prosta – w przypadku Rafała „Bonżura” Trzaskowskiego mamy pewność, że zostaną spełnione wszystkie wariactwa związane z cenzurą, nachodźcami z nożami w zębach (nieważne czy legalnymi czy nielegalnymi – zaręczam, że zabitemu Polakowi czy zgwałconej Polce nie będzie to robiło żadnej różnicy), zielonymi farmazonami, które zrujnują nasze budżety domowe uniemożliwiając ogrzanie domów zimą etc. W przypadku Karola Nawrockiego istnieje cień szansy, że w jakimś stopniu odetnie się od PiS a ponadto w początkowej fazie prezydentury, na złość PO i koalicji rządzącej będzie wetował ich ustawy. W ten sposób prawa strona zyskuje czas, który jest bezcenny jeśli chodzi o utrwalanie przełamania monopolu informacyjnego, a co za tym idzie, możliwości kontrrewolucyjnej pracy u podstaw. Jeśli marzy nam się realna zmiana w dłuższej perspektywie, to obawiam się, że niestety z zaciśniętymi zębami, należytym obrzydzeniem i pamiętając o wszystkich bezeceństwach łże-prawicy z PiS, trzeba zadać w tej walce decydujący cios i wyrzucić przedstawiciela liberalnej elity poza ring. Jeśli Nawrocki okaże się kolejnym pisowskim oszustem, niczego po prawdzie nie tracimy, bo zrealizuje się dokładnie to, co w przypadku prezydentury Trzaskowskiego. Jeśli jednak uda się choć obronić przed ustawą o mowie nienawiści, to należy pamiętać, że zbiór zła N to zawsze więcej niż zbiór zła N-1.

Marcin Sułkowski

[1]     https://konserwatyzm.pl/sulkowski-system-domkniety/

Facebook
Click to rate this post!
[Total: 16 Average: 4.3]

12 thoughts on “Sułkowski: Druga tura nie dla Bonżura”

  1. Rafał Trzaskowski był znacznie lepszym kandydatem. Za jego prezydentury Index of Economic Freedom Polski mógłby doszusować do 75, a teraz nie ma szans, żeby przebił szklany sufit na poziomie 70. Będziemy kolejną Serbią.

    1. Index of Economic Freedom interesuje mnie mniej więcej tak jak rankingi szczęśliwości, w których regularnie wygrywa Finlandia, a w którym to rankingu nie uwzględnia się np. liczby samobójstw. Zaś twierdzenie, że eko-szaleniec od wymiany tanich i ekologicznych kotłów CO na dobrej jakości suche drewno czy węgiel na nieefektywne i prądożerne pompy ciepła to gwarant poprawy wolności gospodarczej jest tak samo śmieszne, jak narracyjny zwrot Trzaskowskiego w kampanii.

    2. Co Bonżur by własną ręką dopisał nas wyżej w tym indeksie?
      Wyjdź czasem z exela…no chyba że życie polega na dopasowaniu do tej czy owej tabeli suflowanej przez jakieś kolegium złożone nie wiadomo z kogo. W takim razie wolę „wskaźniki” za Rakowskiego jak biliśmy rekordy 3 ego etapu 2 giej reformy.

  2. Zniszczono monopol informacyjny a w II turze nadal ,,mniejsze zło” czyli Popis.
    Zwłaszcza że większość głosujących na Nawrockiego to prowincja i niziny społeczne i wielu z nich tylko słyszało o Internecie i nie bardzo ma pojęcie czym to się je.
    Ot po prostu już za bardzo dostali w dupę i słyszą czy widzą co się dzieje na Zachodzie

    1. Tak, zniszczono monopol informacyjny i dane nie pozostawiają tutaj pola do negacji. To, że w drugiej turze nadal jest POPiS nie falsyfikuje tego twierdzenia. Trzeba mieć świadomość, że to jest maraton a nie sprint – wiele lat sytuacji duopolu, gdy inne partie czy kandydaci spoza środowiska zdobywali homeopatyczne poparcie z ewentualnymi wyskokami pokroju Kukiza, który był znany jako muzyk spowodowało, że trzeba czasu, by zupełnie to odwrócić.

      Pana twierdzenie o Nawrockim i jego elektoracie jest kuriozalne. Sam od lat mieszkam na wsi po przenosinach z miasta – ludzie tutaj mają Internet, z którego korzystają i bynajmniej nie są z żadnych nizin. Zresztą sam fakt diagnozy o tym, że dostali w dupę i widzą co się dzieje na zachodzie potwierdza, że nie wie Pan, o czym mówi – uwierzył Pan, że elektorat Trzaskowskiego to jakaś elita, która w dupę nie dostała ale jednocześnie będąc elitą nie usłyszeli co się dzieje na zachodzie? Przecież to jest wewnętrznie sprzeczne.

      1. A gdzie ja napisałem że to nieprawda że zniszczono monopol informacyjny? Ręce opadają – drugi pilasterek
        Ja też od jakiegoś czasu mieszkam na wsi. I w tej wsi też prawie każdy ma Internet. Zwykle mają czy raczej używają go młodzi ludzie. Poza tym ja próbuję tu opisać głównie południowy zachód Polski, ziemie odzyskane gdzie ci co głosują na przykład na PiS to często tacy co właśnie boją się techniki ludzie że starszego pokolenia. Sporo takich głosuje też na antypis też często ludzie bardzo konserwatywni ale dla nich najważniejsze jest, o czym już pisałem ,, żeby kler odsunąć od władzy „. Jak choćby moja matula (która nawet nie chce posiadać telefonu komórkowego) I to jest pewien paradoks

        1. Tylko że często człowiek po szkole zawodowej jest o wiele mądrzejszy niż ludzie po studiach. Wiem to z rozmów. A już nauczyciele…? Przykro pisać, bo to moje środowisko.

        2. Cała treść Pana komentarza, do którego się odniosłem brzmiała według mnie właśnie tak, jakby Pan nie zgadzał się z tezą o zniszczeniu monopolu informacyjnego. Widocznie się nie zrozumieliśmy – zaręczam, że nie miałem złych intencji. Cieszę się jednak, że zgadzamy się co do diagnozy.

          Przyznam szczerze, że o mixie konserwatyzmu z chęcią odsuwania kleru u władzy (trzeba naprawdę sporej dawki manipulacji, żeby wierzyć, że kler ma w Polsce jakąś poważną władzę) jeszcze nie słyszałem.

  3. W ogóle to jeszcze 30 czy 20 lat temu to żadnej specjalnie potrzeby informacji u większości nie było ( o czym ty w ogóle piszesz??) Głosuje na SLD bo ,,za komuny było lepiej ” i nie było dyskusji. Albo od razu jeden z drugim wybuchał jak mu chciałeś przekazać pewne fakty czy informacje nie zbyt wygodne. Nawet w rodzinie. I to samo druga strona – ,,trzeba bezwzględnie odsunąć komuchów od władzy bo to wszystko ich wina”. No chyba że jednych się informowało o jakiś występkach kościoła, że np jakiś tam ksiądz z zakonnicą, że znowu naciągnął wiernych na grubą kasę czyli coś bliskiego ich poglądom a to chyba jedyny jacy ci mieli – antyklerykalizm. Czy druga strona chętnie słuchała jak to tam u jakiegoś komucha, kogoś z SLD ( czyli środowisko głoszące równość społeczną, zabieranie bogatym a dawanie biednym) wykryto spory, nielegalny majątek. I nawet nie ciekawiło ich ile w takiej informacji było prawdy i czy w ogóle była prawdziwa, na inne zatykali uszy.
    W ogóle tu na zachodzie Polski a chyba najbardziej na Dolnym Śląsku to najważniejsze dla wielu wciąż jest jak idą głosować, najważniejszym kryterium żeby ,,odsunąć kler od władzy” – antyklerykalizm – dla wielu najważniejsza cecha u polityka. A że ceną za to będzie nędza w kraju, banderyzacja, kolejna wojna światowa… Nieważne, byle ,,odsunąć kler od władzy”
    A dla reszty znowu ważne żeby polityk był klerykalny. Niewazne co tam w praktyce robił, czy np poparł jakieś LGBT.No bo oczywiście też kierowanie się to zasadą straconego głosu. To
    pokolenie na szczęście już odchodzi

    1. Nie było potrzeby informacji, ale powstały prasa i telewizja z milionową docieralnością i przełożeniem na kształtowanie elektoratu?

      Reszta argumentacji to argumenty anegdotyczne. Takie argumenty najczęściej niczego nie mówią o rzeczywistości.

  4. Jeśli chodzi o informację polityczną to przez długi czas w tej części Polski wystarczał im w sumie TVP1 plus Nie Urbana czy bardziej dla tych z elit Wyborcza Co chyba można było zauważyć w dyskusjach która się sprowadzała na psioczenie na solidaruchow czy klerykałów albo odwrotnie – na komuchów. Kto np stał faktycznie za zniesieniem kary śmierci to ich zupełnie nie interesowało – po prostu ,,kościół tak kazał”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *