Sułkowski i Pogoda: Niedźwiedzia przysługa obrońców liberalizmu

W swoim tekście, zamieszczonym w serwisie Liberte!, pan Tomasz Kłosińki postanowił wziąć w obronę klasyczny liberalizm. Szczęśliwie dla tej doktryny, nie ma ona zbyt wielu obrońców tego typu. Linia argumentacyjna autora podporządkowana jest pewnym lewicowym stereotypom oraz emocjonalnym sloganom. Ze względu na powszechność tych ostatnich postanowiliśmy zająć się tekstem pana Kłosińsiego. Czasem bowiem sam język,
w którym chcemy bronić naszych tez, jest najlepszą bronią przeciwko nim.

Pierwszą i najbardziej istotną sprawą jest poruszana kilkukrotnie przez pana Kłosińskiego kwestia intencji. Broni on klasycznego liberalizmu przed zarzutem bycia równocześnie społecznym darwinizmem, przypisując liberałom dobre intencje. Oczywiście nie zamierzamy negować tego, że wielu liberałów ma jak najlepsze intencje. Wystarczy przejrzeć tylko pobieżnie pisma takich myślicieli jak Mises i Hayek, by dostrzec troskę
o ubogich, nie raz stwierdza się, że alternatywą dla wolnego rynku jest ubóstwo, oraz o całą cywilizację. Dyskutując jednak na temat teorii politycznej, jedynymi narzędziami jej weryfikacji są logika, w celu zbadania spójności, oraz empiria, w celu zbadania skuteczności. W przypadku wspomnianych wcześniej Misesa i Hayeka (jak i innych), pod względem naukowym możemy mówić jedynie o ekonomicznych konsekwencjach teorii, gdyż intencje, mimo iż istnieją, są nieweryfikowalne z naszego poziomu. Co więcej, sami twórcy teorii najczęściej budują ją w taki sposób, aby jej zastosowanie okazało się skuteczne, bez konieczności uwzględniania elementów emocjonalnych (tu: intencji).

Nie zamierzmy odmawiać dobrych intencji liberałom. Naszym zamiarem nie jest również stwierdzanie, że liberałowie kierują się wyłącznie złymi intencjami. W ogóle nie chcemy tego oceniać. Chcielibyśmy za to wskazać, że próba wykazania, że liberalizm klasyczny nie jest społecznym darwinizmem, analizując intencje jest pomysłem nietrafionym. Wyznawca dowolnego światopoglądu, filozofii czy doktryny (pseudo)naukowej może kierować się tak bardzo dobrymi, jak i bardzo złymi intencjami. Doskonałym przykładem jest przewiezienie Lenina i dotowanie jego rewolucji przez Niemcy w trakcie Pierwszej Wojny Światowej. Obie strony tego dealu miały zupełnie inne intencje (może poza chęcią osłabienia caratu), a już z pewnością inne cele.

Tak więc liberałowie klasyczni mogą kochać biednych i im pomagać, mogą również uważać ich za nierobów i nieudaczników, którzy powinni powymierać. Ostatecznie mogą nie żywić żadnych uczuć względem nich, a nawet w ogóle nie wiedzieć o ich istnieniu. Co mówią te intencje o samej doktrynie? Absolutnie nic.

Każda bowiem doktryna jest zbiorem pewnych tez, z których część jest związana
z interpretacją obserwowanych faktów, a część (np. w przypadku doktryn religijnych) to normy nakazujące pewne zachowania. Klasyczny liberalizm jest doktryną ekonomiczną i z tego co wiemy, nie posiada ścisłych i jednolitych norm dotyczących postępowania. Twórcy i badacze podpisujący się pod tą doktryną sądzą raczej, że należy opisać zastany stan rzeczy. Rynek ma takie to a takie, a nie inne prawa, a państwa, które te prawa respektują, rozwijają się szybciej niż te, które tego nie robią.

Stwórzmy teraz dwie hipotetyczne postaci – polityka X oraz polityka Y. Obaj podpisują się pod tezami klasycznego liberalizmu, obaj chcą, by prawodawstwo ich państw
te tezy respektowało. Różni ich tylko jedno – stosunek do biednych. Polityk X sądzi,  że liberalizacja rynku doprowadzi, do zmniejszenia się odsetka ludzi biednych dzięki powszechnemu wzrostowi dobrobytu. Polityk Y natomiast uważa, że wprowadzenie prawdziwie wolnego rynku, może pociągnąć za sobą nawet śmierć głodową pewnej grupy osób, która jest zarówno najbiedniejsza, jak i najmniej zdolna. Nie stanowi to jednak dla niego żadnego problemu.

Jaki ma to wpływ na sam liberalizm? Naszym zdaniem nie istnieje żaden istotny wpływ intencji na samą doktrynę ani doktryny na intencje. Owszem z poziomu oceny moralności postępowania intencje są istotne, lecz należy pamiętać, że jest to zupełnie odrębna od tej doktryny kwestia.

 Jeżeli intencje polityka X pokryją się z faktycznymi konsekwencjami liberalizacji, będzie on zapewne szczęśliwy. Podobnie polityk Y (choć w tym wypadku nosi to znamiona sadyzmu). Liberalizacja rynku wywoła określone konsekwencje bez względu na intencje wprowadzających ją ludzi. Toteż sama doktryna musi być rozpatrywana niezależnie od tychże intencji. Choćby były one najlepsze, choćby wypływały  z samej głębi serca i najszczerszych przekonań (pomijając jak mielibyśmy to sprawdzić), intencje pozostają intencjami, a nie fragmentami teorii lub doktryny, czy jej konsekwencjami.

Jest to najważniejszy błąd jaki popełnił pan Kłosiński, starając się bronić liberalizmu klasycznego. Doktryny powinny być bowiem porównywane pod względem spójności (tak wewnętrznej, jak i możliwości ich wzajemnego pogodzenia). Nie jest to jednak błąd jedyny. W tekście, który naszym zdaniem jest niedźwiedzią przysługą względem liberalizmu, znajduje się znacznie więcej stwierdzeń raczej szkodliwych, niż pożytecznych.

Pierwszą rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę jest kwestia pomocy. Wiąże się ona zresztą z kwestią intencji. Pan Kłosiński stwierdza, że państwo socjalne deprawuje ludzi
w taki sposób, że stają się oni niechętni do niesienia pomocy, ponieważ zaczynają upatrywać
ją, jako obowiązek państwa. Po pierwsze, teza ta nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Skoro w tak biednym państwie jak Polska, w którym rządowy interwencjonizm rozrósł  się
w sposób imponujący i przerażający zarazem, sam tylko Caritas jest w stanie zebrać około 450 mln zł rocznie na pomoc ludziom biednym, to wydaje się sensowne twierdzić,  że  społeczeństwo (a przynajmniej znaczna jego część), pomoc osobom ubogim traktuje jako rzecz ważną. Po drugie, nie wydaje się sensownym postulowanie, że dany system polityczny zmienia psychikę całego społeczeństwa w jakiś określony sposób. W przypadku państw, gdzie zakres wolności jest bardzo szeroki, takie stwierdzenie jest wręcz niewiarygodne.
W przypadku państw bardziej ograniczających wolność – ryzykowne. W doskonałej książce Stanisława Cata – Mackiewicza Myśl w obcęgach. Studia nad psychologią sowietów, możemy co prawda przeczytać, że społeczeństwo Związku Radzieckiego radykalnie zmieniło się pod wpływem propagandy, ale warto jest przyjrzeć się temu problemowi dokładniej. To nie system ekonomiczny, nie bieda, czy bogactwo są decydującymi czynnikami kształtowania się świadomości ludzi co do istotności pewnych problemów. Nie orzekniemy w sposób jednoznaczny i wiążący, co stanowi ów czynnik. Co więcej, już sama złożoność więzów międzyludzkich, złożoność indywidualnych biologicznych uwarunkowań, cechy wynikające
z tzw. natury ludzkiej (która przez nikogo nie została jeszcze opisana w sposób w pełni zadowalający), lektur lub ich braku, wychowania lub jego braku oraz wielu innych czynników nie pozwala na trafne i pełne orzeczenie, że dany system wpływa w określony sposób  na naszą psychikę.

Jednego możemy być pewni – to nie sam system ekonomiczny jest jedynym czynnikiem wpływającym na kształt świadomości ludzi. Propaganda rządowa w państwach totalitarnych, niedalekich od tego, lub kontrolowanych przez inne może wyrządzić dużo krzywdy wielu osobom. Robi  to za pomocą cenzury, nachalnego (w częstotliwości, lecz już nie zawsze w formie) narzucania określonych treści. Nie oznacza to jednak, że zabiegi te są stuprocentowo skuteczne. Czasem w dłuższej perspektywie kilka słów wypowiedzianych publicznie przez nic nieznaczącą osobę, może dać niespodziewane efekty. Złożoność tych wszystkich procesów nie pozwala na jednoznaczne stwierdzenie, jakie konsekwencje dla psychiki, czy osobowości ludzi będzie miał konkretny system ekonomiczny.

W dalszej części tekstu pada dość zabawne stwierdzenie, że istotą liberalizmu jest popieranie ładu opartego na instytucjach obywatelskich. Nasze rozbawienie jest tym większe, że tkwi tutaj kilka błędów. Czemu tak uważamy? Po pierwsze dlatego, że istotą działań liberałów jest przede wszystkim utrzymanie jak największego zakresu wolności ekonomicznej. Po drugie, istotą liberalizmu nie może być popieranie czegokolwiek, ponieważ jest on doktryną, czy teorią, a nie działaniem, czy postawą człowieka. Po trzecie dlatego, że pojęcie „instytucji obywatelskich” jest dość niejasne. Obywatelem jest każdy członek społeczeństwa posiadający pełnie praw publicznych. Termin ten może być dość trafnie stosowany do systemów demokratycznych, ale już przy innych wymaga pewnych modyfikacji. Ponieważ mowa jest państwach demokratycznych, to istnieją dwie możliwości co do tego, czym są instytucje obywatelskie. Po pierwsze, mogą to być instytucje państwowe. Po drugie, prywatne instytucje zrzeszające obywateli. W pierwszym wypadku, zgadzamy się na interwencjonizm. W drugim nie jest  do końca jasne, dlaczego miałyby one być podporą liberalnej gospodarki. Zapewne panu Kłosińskiemu chodzi o takie prywatne instytucje zrzeszające obywateli, które za cel mają działanie w sferze politycznej. Zastanawiające jest doprawdy, dlaczego takie instytucje nie miałyby być sticte socjalistyczne, lub interwencjonistyczne?

Rażącym błędem merytorycznym, jaki popełnia p. Kłosiński jest również utożsamianie prawicy z nacjonalizmem. Takie przekłamanie wynika z medialnego zamętu semantycznego, lecz pisząc poważny tekst, należy odrzucać potoczne myślenie. Nacjonalizm powstał bowiem w czasach rewolucji we Francji i jest tworem jakobinów. Wtedy to też zapoczątkowany został podział na prawicę, czyli kontrrewolucję i lewicę, czyli rewolucję. Chyba nie musimy przypominać, po której stronie byli jakobini, a co za tym idzie nacjonalizm? Interesujące jest również, z jaką łatwością autor posługuje się dużymi kwantyfikatorami, absolutnie nie konfrontując swoich opinii z faktami. Twierdząc,  że „posiadanie władzy politycznej nie służy Kościołowi” zanegował kilkanaście wieków dynamicznego rozwoju Kościoła w okresie, kiedy był znaczącym czynnikiem politycznym.

Na zakończenie chcielibyśmy zwrócić uwagę na sam tytuł tekstu p. Kłosińskiego, który to tytuł przypomina raczej płytki slogan z twórczości P. Coelho niż sensowną tezę. Oczywistym bowiem jest, że klasyczny liberalizm nie jest społecznym darwinizmem, ponieważ gdyby tak było, to stosując zasadę brzytwy Ockhama, nie byłyby potrzebne dwie nazwy. Jest to również przykład na to, że wyczuwamy intencje przyświecające p. Kłosińskiemu przy tworzeniu takiego tytułu, lecz rzetelnie oceniać możemy jednak tylko efekt. To samo proponujemy autorowi przy analizie teorii politycznych.

Marcin Sułkowski i Patryk Pogoda

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *