Stulecie bez Boga. Nasze miejsce w historii

Jeśli chcemy odpowiedzieć na pytanie, jakie jest nasze miejsce w historii, nie wystarczy wskazywać nam na liczne i często zaprzeczające sobie sposoby wiary czy myślenia typowe dla naszego czasu. Zsumowane, dałyby one obraz totalnego braku jedności i braku duchowego „środka”.

Naszym celem jest odkryć naszą duchową pozycję, w taki sposób, aby odkryć nagi grunt, na którym stoimy. Tylko w ten sposób uda nam się rozgraniczyć nasz czas od poprzedniej epoki, a jej rzeczywisty sposób myślenia odgraniczyć od zaszłego i zwyciężonego.

Można wątpić, czy w ogóle taka pozycja przeznaczona tylko naszym czasom w ogóle istnieje. Dowód na coś przeciwnego można zdobyć tylko cofając się do najbardziej wewnętrznego bytu, który w swoim myśleniu i egzystencji zapadł się głęboko w sobie; możność stanowienia myśli staje się tutaj jednocześnie fundamentem historii.

Możemy naszą teraźniejszość przeżywać w sposób ambiwalentny i krytyczny, możemy być jeszcze skłonni do tego, aby mocno ufać przewodnictwu poprzednich idei, a mimo to i tak nie opuści nas uczucie szczególnej bliskości do teraźniejszości. Jesteśmy dzisiaj świadomi kulturowego rozkładu, który zawiera w sobie ducha i sztukę poprzedniej epoki, ale żaden podziw dla świata Raffaela nie zabierze nam uczucia, które każe ten wątły i zagrożony świat naszego „seculum” odczuwać jako nasz własny. Nie można po prostu wyskoczyć z czasu, trzeba go przyjąć jako punkt wyjścia. To dlatego tak bardzo potrzebujemy jasności co do miejsca, w którym się znajdujemy.

Nie możemy także dawać się zwodzić licznym głosom, którzy lżą nasz czas za każde zewnętrzne nieszczęście i próbują zabierać mu wszelką jedność, głębię, oryginalność, wiarę i źródłowość. Podziw dla naszej przeszłości nie powinien przeszkadzać nam zobaczyć także osiągnięcia naszych czasów, osiągnięć, które w sztuce czy filozofii wypowiedziały to, czego do tej pory się nie dało, osiągnięcia, które w nauce są niezaprzeczalnie wartościowe, nawet, jeśli rozmnożenie technicznego władztwa także odczuwamy jako [nowe] zagrożenie dla życia. W naukach społecznych poznanie subtelnych i adekwatnych aspektów przeszłej kultury dokonało niebywałego postępu – tutaj nawet osiągnięcia nauki XVIII i XIX wieku zdają się tego nie przerastać. Antropologia, dialektyczna teologia otworzyły nowe możliwości myślenia, które mogą objąć nowe obszary duszy (…) Żeby znaleźć to, co najważniejsze, trzeba się przebić ponad zgiełk codzienności. Kto jednak ogarnie umysłem ogrom naszych osiągnięć, nie będzie w stanie wypowiadać pochopnie takich niepochlebnych słów. My znajdujemy w naszej epoce nową powagę, nieuchronność duchowego założenia i gotowość, aby połączyć to z rzeczową, trzeźwą oceną oraz wolą serca. Z tego powodu nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy zatapiać się w romantyce przeszłości, skoro i dzisiaj możemy dostrzec pierwotne źródła.

Odczuwamy naszą duchową pozycję w teraźniejszości, która pierwej dociera do nas uczuciowo zanim dotrze do nas w postaci, którą można skategoryzować. Ta postawa życiowa zaczyna się w XIX wieku i zaczyna się łamać mniej więcej w miejscu Kierkegaarda i Stendhala. W późnej fazie tego stulecia dokonuje się w sztuce i literaturze przełom, która manifestuje się przede wszystkim w bezpośredniości francuskiego impresjonizmu, osiąga „widzieć” i „kształtować”, w którym znajdujemy coś niewątpliwie pokrewnego. Przy Nietzsche widać zmieszane, heterogeniczne i chaotyczne, elementy, które stają się nową formą dialektycznego filozofowania. Wszystko to staje się duchowo-artystyczną przygodą w świecie mieszczańskim, którego społeczna i polityczna konstytucja zawiera w sobie mocną jeszcze tradycję poprzedniego czasu.  Pierwsza wojna światowa przyniosła tutaj zmianę (Wende). Wyrwała ona dorastającą generację z tradycji świata przedwojennego, wyzwoliła z historycznych sił Objawienia i w sposób brutalny usadziła ich na gruncie wyłącznie XIX-wiecznym. Wszystkie siły Tradycji rozpłynęły się i tak o to nasza generacja stoi w świecie zabezpieczonym tylko przez mieszczańskie aktywa, w medium specyficzno-modernistycznej formy ducha, którego stworzył w zaczątkach wiek XIX.

Powierzchownie nasze historyczne położenie odznacza się, niemającym porównania, kulturowym załamaniem. (…) Polityczny chaos jest tylko zewnętrzną pokrywą sił zmian, które załamanie spowodowało. Musimy to przyjąć jako apokaliptyczną kulminację, jako los, który nie dotknął nas bez przygotowania. Zewnętrzny rozpad dokonał się na duchowym obszarze, w którym został przygotowany i to od dłuższego czasu, a uważny obserwator już od dekad mógł zauważyć oznaki progresywnego upadku.

(…) Dużo więcej wskazuje na wewnętrzny zawód epoki. W położeniu, które zawiera zarówno pokonanych i zwycięzców, także zwycięstwo, które odniosły nad nami siły alianckie tekst został napisany zaraz po II WŚ, autor był Niemcem], nie zmienią tej tendencji i nie odsuną od siebie problematyki naszej ery. Zaprawdę, potrzeba wielkich katastrof na powierzchni, aby dostrzec trzęsienie ziemi wewnątrz duchowych fundamentów i ich wątpliwość. Tak, po bezmyślności, która odznacza się używaniem zużytych mankietów XIX wieku, można twierdzić, że nawet pouczenie ogniem i mieczem nie wystarczy, aby nawrócić nieuczonych. I dlatego jest konieczne, aby z całą ostrością oddzielić to, co szczególne dla naszej duchowej pozycji, teraźniejszości od tego, co jest zdolne przetrwać.

Zewnętrzny wstrząs musimy być rozpatrywany jako dokończenie dokumentacji nt. schyłku epoki, która właśnie dobiega końca. Dantejskie sceny tego załamania nie ukazują jednak całości sytuacji, a gdzieś w środku czają się pozytywne siły pracujące cicho na dzieło odnowy.

Koincydencja polityczno-socjologicznego załamania to efekt działania tej samej długiej ręki, która dawno temu przyczyniła się do rozpadu kulturowych przekonań: Nasza teraźniejszość to schyłek epoki (…). Ten schyłek nie może być upiększony czy osłabiony tym, że do duchowego rozkładu dołączył polityczny chaos, bo ten z kolei nie jest żadnym politycznym przypadkiem, który akurat trafił się naszym czasom. Naszą teraźniejszość targały irracjonalne ruchy mas i one stoją bez wątpienia w zależności z wyobrażeniami XIX wieku, którego produktywność odznacza się przede wszystkim w stwarzaniu zastępczych metafizyk w zamian za utraconą, prawdziwą wiarę. To objawia się w rozkładzie wszystkich dziedzin życia i rozpaczliwym byłoby mieć nadzieję, że uda się uratować nas za pomocą tych samych XIX-wiecznych sił, które doprowadziły do tego rozkładu. (…) Pokolenia naszej teraźniejszości stoją przed postawieniem pod znakiem zapytania wszystkich dotychczasowych mierników i wyobrażeń, radykalnego dokończenia epoki i być może jeszcze jakieś niewyczerpane do końca siły się w nich kryją. W przeciwieństwie zatem do poprzedniej epoki, nasz byt będzie naznaczony tym, że nie będziemy mogli poświęcić jednej stronie istoty rzeczy, aby tym bardziej paść w objęcia drugiej, np. w ten sposób, że dzisiaj żegnamy się w ruchami nacjonalistycznymi, by tym bardziej sięgnąć po liberalne czy marksistowskie „tradycje”. I choćby nie wiadomo jak bardzo opinia publiczna mogłaby taki pogląd podzielać, mianowicie, że można ciągle toczyć XIX-wieczne rozmówki, to tym bardziej nie można nie dostrzegać z powodu tych zewnętrznych koncesji rozpadliny, która się powiększa, ale nie może być dzisiaj domknięta. Kto ma na to nadzieję, nie rozpoznaje całości sytuacji. Odznacza się ona przecież dystansem, jaki osiągnęła od XIX wieku. Ogółem duchowe prądy XIX wieku dramatycznie tracą  na znaczeniu. Widzimy jednolitość zasadniczej postawy w naszym stuleciu w pełnej jasności i przyjmujemy za punkt wyjścia kulturowy rozkład, który, jak wierzymy, nieprzypadkowo pędzi w progresywnym (postępującym – przyp. tłum) tempie do końca epoki wyrażonej w zaczątkach poprzedniego (XIX) stulecia, które stworzyło prądy liberalne, nacjonalistyczne, socjalistyczne i statolatryczne (w sensie: ubóstwienia państwa – przyp. tłumacz.) Doświadczenie tego stulecia pokazało dobitnie niemożliwość stworzenia nowej światowej kultury. W tym ostatnim akcie wyrażamy naszą najgłębszą skepsis wobec tych idei dla mas, które w gruncie rzeczy służą za ersac prawdziwej wiary. Wewnętrzny dystans, który wobec tego wieku staje się naszym udziałem, jest wyrazem przeoczenia problemu jako całości. „Zasada” XIX stulecia stoi pod znakiem zapytania. Świadomość tego dystansu jest ogólna i nie jest do zatrzymania w obszarze Duchowym (wielka litera od autora – przyp. tłum). (…) Każdy duchowy dystans jest jednocześnie wyrazem uwolnienia spożytkowanego dla nowej duchowej formacji. Tylko wtedy, kiedy uda nam określić pozycję poza przeszłością będzie możliwe ujrzeć całość.

Nasza duchowa pozycja odznacza się zatem względnym odwrotem objaśnianych w XIX wieku problemów na rzecz pytania o całościowy wektor życia, na który składają się pojedyncze prądy myślowe. Na pierwszy plan wysuwa się spowodowany przez XIX-wieczny eksperyment fenomen sekularyzmu. Pytamy się, czy próba zsekularyzowanej kultury zaspokaja nadzieje, choćby w stopniu przybliżonym – i stoimy rozczarowani przed wynikami w sferach polityki, socjologii i kultury, które nam poprzednie stulecie przyniosło. Ewidentnie znajdujemy się przy u [ich schyłku] i przynajmniej duchowi ludzie stali się przez doświadczenia tego stulecia odporni i nie zadowolą się ponownym szukaniem jakiejś zastępczej metafizyki albo dawaniem nowej, nieważne w jakiej formie. Koniec iluzjonizmu objawia się w dzisiejszej skepsis, która wcale nie potrzebuje być nihilistyczna, jeśli tylko oznacza zboczenie z tej drogi, a jednocześnie pozostaje otwarta na wartości i transcendencję.

Schyłek poprzedniej formy życia dotyka wszystkie obszary. Występuje wewnątrz socjologii mas pod postacią gwałtownego zniwelowania w różnicach własności i spłaszczeniu odziedziczonych rozwarstwienia stanów i klas. Odznacza się psychologicznie w postaci utraty kulturowej świadomości u młodszych generacji i w poświęceniu pielęgnacji jakichkolwiek różnic osobowościowych, będącej ostatnim reliktem arystokratycznego indywidualizmu. Nie wahamy się, nawet jeśli stwierdzamy nieuchronny odwrót od zasad przestrzeni wieków, ujrzeć w tej zmianie siły zniszczenia ludzkiej kultury, ale należą one bez wątpienia do połączenia z całością stuleci, niż [stwierdzać], że dałyby się one pojedynczo zakonserwować.

Jednak nasze duchowe pozycje pozostają decydujące w rozgraniczaniu czasów. Tutaj dokonuje się rozliczenie z wyobrażeniami XIX wieku. Potwornym anachronizmem było użycie dawno obalonej teorii dziejów pod postacią nauki społecznego darwinizmu do rozpalenia masowego szaleństwa. Duchowe pozycje z ostatniego stulecia, które zdobyły sobie pozycję w nauce, dawno obaliły swoje uprzednie naukowe tezy. To stało się nie tyle co przez znane już w XIX wieku próby pojedynczej krytyki – która wskazała np. na błędy marksizmu na polu ekonomii czy wyznaczyły granice nacjonalistycznej nauce o gospodarce – ale przede wszystkim poprzez krytykę, która wywodząc się z tej samej zasady niszczyła ją. Pojawiła się alternatywa ze strony współczesnej antropologii, która przezwyciężyła dychotomię stawiania antropologicznego pytania przed odpowiedzią to czysto realistyczną, to czysto naturalistyczną, co ma konsekwencje w postaci wyjaśnianiu istoty człowieka jako czysto idealistycznej lub czysto naturalistycznej, a w ten sposób ten za każdym razem niepełny obraz zamieniając w dogmat. To rozerwanie jednolitości ludzkiej natury doprowadziło do licznych wariacji naturalistycznego przedstawiania historii, które widziało człowieka związanego istotą rzeczy, dajmy na to poprzez prawa historii, czy to poprzez pryzmat nacji, stanu, klasy, rasy, krwi i ziemi, czy też to nieuchronnego zbliżania się postępu. To właśnie komasujący te wszystkie prądy historycyzm jest dzieckiem naturalistycznej antropologii i to on stworzył niebezpieczny pogląd na to, że istnieją ponadjednostkowe siły napędzające kolektywną historię, przez które chciano demotywować ducha wobec sił masy, ekonomii, partii. Historycyzm stworzył niebezpieczną sytuację w której zdejmował z jednostki odpowiedzialność osobistą i wobec tego skończył żałośliwie będąc piłką chaotycznych sił politycznych.

Publiczna świadomość jest oczywiście jeszcze daleko (…) od poniesienia ostatecznych konsekwencji. Jeszcze daje się ponieść temu czy tamtemu prądowi z XIX stulecia. Jednak każdy z nich może osiągnąć tylko chwilowo na znaczeniu, gdyż leżąca u jego podstaw koncepcja dawno została obalona. I tak na przykład ciężko by ktoś zaprzeczał, jak bardzo marksistowska teoria została przez naszą duchową pozycję zepchnięta do defensywy. „Bliskość czasu” jej społecznych idei zostanie wygnana w nieokreśloną dal, jeśli nie uda się jej całkowicie pożegnać z pokonanymi częściami: teorii historycznej, polityczno-gospodarczej i nie od rzeczy także z jej religijnymi przesądami (koncepcja wyzwolenia człowieka za pomocą rewolucji proletariatu – przyp. tłum.). Także XIX wieczny ideał nauki, odznaczający się rozgraniczaniem coraz liczniejszych specjalistycznych i autonomicznych dziedzin, nie powinien budzić żadnych nadziei na przezwyciężenie duchowego kryzysu. Także tutaj zasada się wyczerpała i dalsze kroczenie w tym kierunku nie daje żadnych perspektyw. Także tutaj trzeba widzieć sprawę nie tylko poprzez pryzmat niewątpliwych osiągnięć, ale także braków. Odstąpienie od jednolitego obrazu świata, które to z lekkim sercem podarował nam wiek XIX, wydaje się nam problematyczne i nie bez związku z prymitywizacją myślenia, którym bez wątpienia odznacza się oddziaływujące – duchowe – socjologiczne XIX stulecie.

Nieważne, jak bardzo będziemy doceniać znakomite pojedyncze osiągnięcia pojedynczych znakomitych ludzi XIX stulecia, jeśli będziemy jednocześnie przesłaniać tym obraz rozpadu; nie mamy pozwolenia na to, że w tej, jak wierzymy, wymuszonej perspektywie naszej teraźniejszości m poddawać w wątpliwość istnienie jednolitego fundamentu (…).

To załamanie zsekularyzowanej formy kulturowej sięga do naszej teraźniejszości. Dla nas decydujące rozstrzygnięcie zależy od tego, czy dopasujemy swoją dzisiejszą egzystencję do tych zewnętrznych i wewnętrznych form rozkładu i czy uda nam się znaleźć miejsce gdzieś na skraju tego lamentu. Jeśli w ogóle, to takową wyspę w morzu nieświętości znajdziemy tylko w Duchu i tylko na taką możemy mieć nadzieję. Zewnętrzne siły i warunki naszego społecznego i politycznego bycia są wprzęgnięte w proces rozkładu. Zagrożenie, które nadchodzi z [błędów ducha XIX wieku], może być przezwyciężone tylko poprzez niego samego. Już w duchowym dystansie, który pozwala nam obecnie ocenić odpływające stulecie jako całość, oznacza uwolnienie się od jego perspektyw. Niestety, to uwolnienie ciągle zbyt tkwi w negatywach, aby mogło dawać pewność w ocenie naszego duchowego miejsca w czasie.

Możliwość, że rozkład dosięgnie także nasze duchowe korzenie, musi być brana pod uwagę. (…) Duch każący myśleć, że załamanie to po prostu wynik działania złych mocy w polityce i gospodarce i że duch w gruncie rzeczy jest budujący i zachowujący, to wynik hołdowania przez opinię publiczną ciągle tych samych oświeceniowych idei. I jest to duch bez wątpienia fałszywy. Każda analiza poprzedniego stulecia pokazuje nam nierozerwalne połączenie upadku politycznego ze wcześniejszym upadkiem kultury. (…) Późniejsze, powierzchowne załamanie było tylko wydaniem ostatecznego wyroku. Nie dotyczy to tylko „nauki o rasach”, ani nawet jej jakoś szczególnie nie wyróżnia. Widzimy wyraźnie, że ogólna tendencja XIX-wieku polegała na stworzeniu nowych idoli, religijnych surogatów, poruszających ludzkie rzesze – wszystkie one pojawiły się na miejscu utraconej starej wiary.

To dlatego w naszym przekonaniu owe nie do powstrzymania załamanie dotychczasowych form kulturowych obejmuje także duchowe poruszenia, które odpowiadają tej formie sekularyzmu. Bez wątpienia ciągle cały szereg tych idei w naszej teraźniejszości jest ciągle aktywnych, co wymaga dalszych prac badawczych, [będącymi jednocześnie ich moratorium], gdyż stanowią one formy dawno przegonione przez czas. Nie mogą one w żaden sposób sprostać zadaniu duchowego człowieka, które polega na znalezieniu w całej jasności i przejrzystości tego, co prawdziwe i niesztuczne i oddzieleniu tego od tego, co przezwyciężone i fałszywe. (…) [są to] te wyobrażenia, które umieszczają człowieka w pryzmie fałszywej antropologii i uznają go za istotę związaną ze środowiskiem, [wyobrażenia], które czynią z niego przede wszystkim jako istotę ekonomiczną czy polityczną, [wyobrażenia], które uważają go za związanego na modłę deterministyczną i nieuchronną z siłami nacjonalistycznymi, liberalnymi, społecznymi czy politycznymi. Z tego punktu widzenia jako przerażające wydaje się nam, jak bardzo obecne partie tkwią w tym, bazującym na anachronicznych teorematach, podziale.

Ciąg dalszy nastąpi.

Alfred Müller-Armack – „Diagnoza naszej teraźniejszości” [1949]

Tłumaczył: Kamil Kisiel

Za: http://prokapitalizm.pl/stulecie-bez-boga-nasze-miejsce-w-historii.html

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *