Switzer: Putin po stronie Historii

Jakkolwiek niepoprawnie by to nie brzmiało, rosyjska interwencja wojskowa na Półwyspie Krymskim nie jest, jak twierdzi „Financial Times”, początkiem drugiej zimnej wojny. Jest to raczej racjonalna reakcja wielkiej potęgi w wewnętrzne sprawy niesfornego państwa znajdującego się na jej podwórku. Nazwijmy to powrotem realizmu.

Realizm w polityce zagranicznej, oprócz innych aspektów, widzi świat takim on jest. I przynajmniej od czasu powstania nowożytnego państwa narodowego w 1648 r. , wielkie potęgi były zdeterminowane bronić swoich interesów w „bliskiej zagranicy” bądź „na własnym podwórku”. Realiści od Waltera Lippmana do Brenta Scowcrofta zwracali uwagę, że strefa wypływu jest charakterystyczną cechą każdego mocarstwa, autorytarnego bądź demokratycznego. Jest to jeden z elementów, który rozstrzygał o „wielkości” danego państwa.

Amerykanie, pod wpływem koncepcji wyjątkowości, mogą myśleć, że są odporni na historyczne tendencje „power polityki”. Warto jednak pamiętać, że na długo przed tym jak Ameryka stała się mocarstwem, prezydent Monroe naznaczył Karaiby i Centralną Amerykę jako strefę wpływów Stanów Zjednoczonych. Gdy komentatorzy i politycy histeryzują nt. ostatnich posunięć Rosji, niech przypomną sobie amerykańskie interwencje na Haiti, Kubie, w Nikaragui, Panamie, Grenadzie i Dominikanie. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego: świat tak funkcjonował od zawsze i tak funkcjonować będzie.

Natomiast od czasu zakończenia Zimnej Wojny i upadku Związku Radzieckiego powstała swoista nowa ortodoksja: wiara, że, jak to ujął Bill Clinton, „cyniczne kalkulacje polityki siły” już się nie sprawdzają w erze globalizacji i szerzenia demokracji. Nigdy więcej zgody na agresję. Samostanowienie narodów – oto przyszłość. Międzynarodowy ład oparty na regułach jest normą. Dotarliśmy do Końca Historii: Woodrow Wilson wygrał; książe Metternich przegrał.

Dlatego prezydent Obama nie mówi tylko za siebie, gdy twierdzi, że Rosja jest po „złej stronie historii”. Ale można sympatyzować z nowym rządem na Ukrainie i określić Władimira Putina mianem bandyckiego dyktatora i jednocześnie wierzyć, że Putin dąży jedynie do restauracji tradycyjnych stref obronnych na swoich granicach. Wszak jest on prezydentem wielkiej potęgi, wciąż posiniaczonej i upokorzonej po upadku Związku Radzieckiego i wielce urażonej perspektywą instalacji amerykańskich rakiet na swoim podwórku. Wyobraźmy sobie jak Waszyngton by zareagował na intruzję Rosjan w północnym Meksyku.

Dla Moskwy od dawna istnieje geopolityczne i historyczne uzasadnienie jej zainteresowania terytoriami Azji Centralnej. Strategiczne interesy i tradycyjne motywacje natury prestiżowej sprawiły, że Ukraina zyskała na wielkim znaczeniu dla Rosji, również za rządów caratu. Pamiętacie państwo Wojnę Krymską z lat 1853-1856?

Ostatnimi czasy, Ukraina stała się kanałem przesyłowym dla rosyjskiego gazu do rynków Europy Zachodniej. Jej baza marynarki wojennej w Sewastopolu gości Flotę Czarnomorską. Etniczni Rosjanie stanowią prawie 60 procent z dwumilionowej rzeszy obywateli Krymu (wielu z nich chętnie by poparło reunifikację z ojczyzną).

Tymczasem demokratycznie wybrany, pro-rosyjski rząd został obalony. Nowy rząd tymczasowy, popierany przez Zachód, nie posiadający demokratycznej legitymizacji, ma wśród swoich członków twardogłowych nacjonalistów z możliwymi powiązaniami z terrorystami. (Ostrzeżenia prezydenta George’a H.W. Busha, że ukraińska niepodległość może rozpętać „samobójczy nacjonalizm” nie brzmią tak absurdalnie po 23 latach.)

Oczywiście, Putin może wyprzedzić sytuację obalając rząd w Kijowie. Ale jeśli on jest na tyle wyrachowany, jak twierdzi wielu rosyjskich specjalistów, i jak dał po sobie poznać podczas wczorajszej konferencji prasowej, wówczas będzie raczej zachęcał nowych liderów Ukrainy do oddzielenia terytoriów zamieszkałych przeważnie przez etnicznych Rosjan – od Krymu na południu do centrum przemysłowego na wschodzie.

Dla Zachodu ignorowanie rosyjskiej wrażliwości i dalsza izolacja Moskwy jest aktem głupoty.Mogłoby to sprowokować bardziej szowinistyczne elementy w Rosji do wyskorzystania resentymentów i urażonej narodowej dumy w sposób, który mógłby okazać się groźny dla Rosji i zagranicy. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z państwem, które posiada arsenał nuklearny mogący zagrozić Stanom Zjednoczonym i sojusznikom z NATO.

W czasach, gdy Amerykanie cierpią na zmęczenie polityką zagraniczną a Europejczycy nie mają ochoty na ruchawkę, nie byłoby czymś rozsądnym szukanie zatargu z Rosją o region, gdzie żadna armia amerykańska nie prowadziła nigdy działań wojennych. Nawet ci dwaj zimnowojenni wojownicy, Dwight Eisenhower i Lyndon Johnson, cofnęli się przed konfrontacją z Moskwą z powodu jej wtrącenia się na Węgrzech w 1956 r. i Czechosławacji w 1968 r. I gdy komuniści zgnietli polską „Solidarność”, w przypominającym sytuację na Ukrainie kryzysie w 1981 r., kto jak kto, ale właśnie Ronald Reagan wykazał się rozwagą i powściągliwością.

Dlaczego więc Barack Obama i inni zachodni liderzy ryzykują konfliktem z Moskwą prawie ćwierć wieku po upadku muru berlińskiego? Gdzie są tę żywotne amerykańskie interesy? I biorąc pod uwagę Obamy niezdecydowanie i nieudolność w sprawie kryzysu w Syrii, dlaczego Putin miałby poważnie traktować jego groźby? Dlaczego Kreml powinien wierzyć, iż ostrzeżenia Zachodu są niczym innym niż zwykłym blefem, czymś robionym w nadziei na to, że samo już ostrzeżenie będzie wystarczającym odstraszeniem, beż poważnych zamiarów realizacji? 

Tom Switzer
Tł. Michał Krupa
źr. http://www.theamericanconservative.com/articles/putins-side-of-history/

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *