Syria obecnie przeżywa tragiczną wojnę domową i wierzę, że zewnętrzna interwencja tylko pogorszy sytuację

Po dekadzie dalekosiężnego zaangażowania, czy możemy powiedzieć, iż Ameryka wygrywa „wojnę z terrozymem”?

JM- Stany Zjednoczone czynią większe postępy w powstrzmywaniu terroryzmu niż w tzw. wojnie z narkotykami.  Obie te wojny nie są prawdziwymi, lecz metaforycznymi wojnami.  Nie mogą być prowadzone i wygrane tak jak prawdziwe wojny. Ale dzisiaj, ze względu na lepszą koordynację działań wywiadowczych i policyjnych, spektakularne ataki na cele w Stanach Zjednoczonych są mało prawdopodobne.

Dominującym wytłumaczeniem islamskiej animozji w stosunku do Ameryki jest rzekoma nienawiść Al-Kaidy do amerykańskich „wartości”. Czy ta linia argumentacji jest prawdziwa?

JM- Najbardziej uderzającym powodem ataków na amerykańskie cele najprawdopodobniej było oburzenie wobec stacjonujących na terytorium Arabii Saudyjskiej wojsk amerykańskich. Zachodni (nie tylko amerykański) sekularyzm jest, rzecz jasna, nie do pogodzenia z islamem.  Tak więc ataki wydają się być projektowane tak, aby powstrzyamać dalsze amerykańskie zaangażowanie w świecie islamskim.  Idea, że można zabijać niewinne osoby, aby osiągnąć polityczne bądź religijne cele jest oczywiście sprzeczna nie tylko z amerykańskimi wartościami, lecz z cywilizowanymi zasadami odnoszącymi się do wartości życia ludzkiego.

Słychać obecnie wiele głosów w Kongresie i w mediach nawołujących do większego amerykańskiego zaangażowania w Syrii. Niektórzy żądają wprowadzenia tzw. strefy zakazu lotów. W Pana opinii, jaka byłaby najbardziej sensowna strategia Waszyngtonu vis a vis Syrii?

JK- Syria obecnie przeżywa tragiczną wojnę domową i wierzę, że zewnętrzna interwencja tylko pogorszy sytuację. Ten konflikt szybko staje się cichą wojną pomiędzy, z jednej strony, Arabią Saudyjską i jej sojusznikami, a Iranem i jego stronnikami z Hezbollahu i Iraku, z drugiej.  Mam nadzieję, że Stany Zjednoczone będą nadal unikały wojskowego zaangażowania i będą starały się zniechęcić innych potencjalnych zewnętrznych graczy od interweniowania. Pechowym faktem jest to, że usunięcie obecnego reżimu nie jest gwarancją powstania czegoś lepszego.

Popieram wysiłki Sekretarza Stanu Kerry’iego i rosyjskiego Ministra Spraw Zagranicznych Ławrowa, zmierzające do zorganizowania konferencji wszystkich frakcji w celu znalezienia dyplomatycznego rozwiązania, które zagwarantowałoby bezpieczeństwo dla syryjskich mniejszości w przyszłości. To może być tylko iluzja, ale uważam, że zewnętrzni gracze powinni przynajmniej poczynić jakieś kroki w kierunku powołania koalicyjnego rządu niż interweniować bezpośrednio po jednej czy drugiej stronie.

Zmarły niedawno badacz stosunków międzynarodowych, Kenneth Waltz, przyczynił się do gorącej dyskusji w ubiegłym roku, publikując na łamach „Foreign Affairs” artykuł pt. „Dlaczego Iran Powinien Mieć Bombę”. Argumentował w nim, że nuklearny Iran de facto byłby stabilizującym czynnikiem na Bliskim Wschodzie. Zakładając przez chwilę, że Teheran faktycznie dąży do własnego arsenału jądrowego, a istnieją liczne dowody, że tak nie jest, czy nuklearny Iran stanowiłby jakiekolwiek strategiczne zagrożenie dla amerykańskich interesów i amerykańskiego bezpieczeństwa?

JM – Nie zgadzam się, że byłoby czymś dobrym, gdyby Iran posiadał broń nuklearną. Co więcej, uważam, iż nie jest czymś pożądanym, aby jakikolwiek kraj posiadał broń nuklearną i dlatego popieram politykę „Global Zero” i wizję zarówno Reagana jak i Gorbaczowa całkowitego pozbycia się arsenałów broni jądrowej.

Mając to na uwadze, nie jestem wcale przekonany, że irańscy przywódcy podjęli decyzję produkowania broni nuklearnej; mogą zwyczajnie dążyć do posiadania możliwości wytworzenia jej w krótkim czasie. Jestem również zdania, że jakakolwiek próba zaatakowania nuklearnych instalacji w Iranie miałaby katastrofalne konsekwencje i mogłaby doprowadzić do „wycieku” pakistańskich głowic, które wielu w tym kraju uważa za „islamską broń”. Dlatego wolałbym koegzystować z Iranem, który ma ograniczoną ilość broni nuklearnej, jeśli do tego już ma dojść, niż zgodzić się na atak na irańskie instalacje nuklearne.  Nie wierzę, że Irańczycy przekazaliby broń terrorystom bądź użyli jej przeciwko Izraelowi. Owszem, mogą zwieść prostych młodzieńców, wysyłając ich na misje samobójcze, lecz sami nie są samobójcami.

Wielu obserwatorów i badaczy stara się wytłumaczyć dominującą narrację amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie w przez pryzmat działalności wyjątkowo wpływowego w Waszyngtonie lobby izraelskiego. Stephen M. Walt i John Mearsheimer poświęcili temu tematowi świetnie udokumentowaną książkę. Czy uważa Pan, że żarliwie pro-izraelska polityka na Bliskim Wschodzie jest zwykłą pozostałością po Zimnej Wojnie, gdy okoliczności wymagały powstrzymywanie ekspansji sowieckich wpływów i dlatego dalsza jej realizacja jest szkodliwa w kontekście amerykańskiej wiarygodności w świecie arabskim i islamskim?

JM- Zgadzam się z Waltem i Mearsheimerem, że to co oni nazywają „lobby izraelskim” (ja bym raczej operował terminem „lobby Likudu”, gdyż de facto jego działalność jest szkodliwa dla Izraela) jest odpowiedzialne za popieranie polityki, która nie jest ani w interesie Stanów Zjednocznych, ani tym bardziej Izraela.

Miał Pan okazję służyć w administracji Reagana jako ambasador w Moskwie. Biorąc pod uwagę fakt, iż wielu konserwatystów i neokonserwatystów stara się obecnie wykorzystać dziedzictwo Reagana w taki sposób, aby usprawiedliwić własną asertywną postawę w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa narodowego, jakby Pan scharakteryzował „Gippera” – „jastrząb” czy raczej ostrożny, aczkolwiek motywowany moralnymi przesłankami, realista?

JM – Ronald Reagan na pewno nie był „jastrzębiem”, lecz pragmatykiem.  Jego polityka obronna miała na celu wytworzenie odpowiedniej atmosfery dla negocjacji, nie była nakierowana na prowadzenie wojny. W negocjacjach zawsze na początku domagał się więcej niż był w stanie zgodzić się przy ich zakończeniu. Współcześni Republikanie, którzy odrzucają realistyczne negocjacje z Demokratami, zdradzają jego dziedzictwo. Nigdy nie starałby się podważyć pozycji urzędującego prezydenta i Demokraci w Kongresie za jego kadencji nie czynili tego w stosunku do jego osoby.

Czy można stwierdzić, że Waszyngton nadal tkwi głęboko w myśleniu rodem z Zimnej Wojny gdy idzie o stosunki z Moskwą?

JK – Są ludzie w Waszyngtonie, podobnie jak w Moskwie czy Warszawie, którzy mentalnie nadal tkwią w Zimnej Wojnie. Nie wierzę jednak, że to jest to cecha administracji Obamy, ale Obama musi z tym się zmierzyć w Kongresie, gdzie podejrzliwość wobec Rosji jest na szeroką skalę rozpowszechniona. Większość retoryki zimnowojennej to nic innego jak polityczne pozerstwo, ale muszę powiedzieć, że niektóre działania po stronie rosyjskiej dolewają oliwy do tego ognia.

Jakby Pan scharateryzował Władimira Putina? Nieprzejednany imperialista, kierujący się wizją odbudowy anty-zachodniego i groźnego państwa narodowego, czy raczej pragmatyk, który poprostu wierzy mocno w rozsądną równowagę sił, która nie sprzyja tylko i wyłącznie zachodnim interesom?

JM – Myślę, że jedna i druga charakterystyka jest błędna. Rzecz jasna, Putin dąży do tego, aby rosyjski punkt widzenia w kwestiach bezpieczeństwa narodowego i dobrobytu państwa był brany poważnie pod uwagę. Ale podejmuje współpracę, gdy dostrzega w tym korzyści dla interesów Rosji, np. gdy pozwala  Amerykanom na korzystanie ze szlaków komunikacyjnych prowadzących do Afganistanu.

Gdy zaś idzie o Stany Zjednoczone i resztę świata, powinniśmy uznać, że gdy mamy do czynienia z kluczowymi sprawami, Rosja będzie albo istotnym elementem korzystnych rozwiązań bądź częścią samego problemu. To samo można powiedzieć o Rosji: Stany Zjednoczone i Unia Europejska będą dla niej albo problemem, albo rozwiązaniem.  Powinniśmy wszyscy koncentrować się na sposobach rozwiązywania wspólnych kwestii  zamiast używać powierzchownych i mylących etykiet do określania naszych polityków.

Czy dziedzictwo intelektualne takich myślicieli i „gigantów” realizmu jak Hans Morgenthau i George F. Kennan posiada jakieś znaczące przesłanki dla współczesnych amerykańskich decydentów?

JM – Tak. Ale krzyżujące się prądy amerykańskiej polityki wewnętrznej, często napędzane przez ślepe partyjniactwo lub potężne grupy interesów, czynią taki rezonans czymś bardzo trudnym.

Czy jest uprawnionym twierdzenie, że Partia Republikańska może na nowo odzyskać status „specjalisty” w dziedzinie polityki zagranicznej powracając do tradycji ostrożnego internacjonalizmu i realizmu, która była widoczna w trakcie prezydentur Eisenhowera i Nixona? Dlaczego tak wielu w Kongresie i w świecie mediów jest gotów określać taką postawę jako „izolacjonistyczną”?

JM- Życzyłbym sobie, aby Republikanie poszli w tym kierunku, gdyż uważam, że jest to w naszym interesie narodowym.  Nie wierzę, że „izolacjonizmem” jest ograniczanie naszej wojskowej obecności w świecie i bardziej roztropne działanie. Ale polityka zagraniczna nie jest ważnym tematem dla amerykańskiego społeczeństwa, jednak, pomimo tego, istnieje małe poparcie dla zagranicznych interwencji militarnych w sytuacji gdy ani Ameryka ani nasi sojusznicy nie są zagrożeni.

Największym problemem Republikanów jest to, że skrajni aktywiści prawicowi mają tendencję do wybierania kandydatów w prawyborach, którzy albo nie mają szans w wyborach generalnych, albo stają się powodem wstydu. Partia Republikańska traci poparcie wśród kobiet, młodych wyborców i wśród grup określanych jako „mniejszości”, ale które wkrótce, jako całość, staną się nagle większością.  Jeżeli niektóre spośród postulatów Republikanów nie ulegną gruntownej zmianie, partia będzie odesłana do pełnienia trwałej roli partii mniejszościowej, choć mogą utrzymać władzę w niektórych stanach.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *