Trojanowski: Racjonalni czy romantyczni?

Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie.
(Rz. 12, 18)

Pytanie o polską politykę wobec Rosji nie ogranicza się do ustalenia, jaki ma być kierunek polskich sojuszy, jest to dylemat, który dotyczy spraw fundamentalnych – ogólnego imperatywu warunkującego myśl geopolityczną naszych elit rządzących, tym razem, przynajmniej z nazwy, prawicowych czy konserwatywnych. Szybko zmieniająca się mapa świata wymaga pozbycia się sztywnego gorsetu nadmiernego historyzmu, romantyzmu i ideologizacji, którymi kieruje się obóz patriotyczny, zwłaszcza ten związany z rządzącą partią.

Prawo i Sprawiedliwość definiuje się, między innymi, jako partia katolicka, co może czasem usypiać czujność przeciętnego wyborcy, Polaka, katolika, patrioty, uznającego percepcję rzymskokatolicką za właściwą. Podczas gdy naczelną zasadą, którą kieruje się Kościół w doświadczaniu i praktykowaniu prawdy o świecie jest fides et ratio, w Polsce najczęstszym przedmiotem pewnego złudzenia jest utożsamianie idealistycznego, romantycznego ducha mesjanizmu narodowego z etyką katolicką. To oczywiste, że chrześcijanin, katolik nie może traktować poszczególnych dziedzin życia – polityki, gospodarki, w oderwaniu od etyki i nauki Chrystusa. W polskim etosie narodowym, w wyniku przeżywanych tragedii, nastąpiło jednak pewne pomieszanie etyk i spore odejście od zasady racjonalności. Zaistniał tu pewien zlepek percepcji chrześcijańskiej z tym, co wypływa z zatrutych źródeł rewolucyjnych epok.

W epoce rewolucji nacjonalistycznych na początku XIX wieku miłość do ojczyzny ubrano w szaty obcego mistycyzmu, graniczącego niebezpiecznie z idolatrią. W Polsce ten proces odbywał się w taki sposób, by nadać całości tego projektu wizerunek katolickości, zapewne inny by się w kraju nad Wisłą nie sprawdził. Jeśli dobrze przyjrzymy się źródłom ogromnej części polskiego etosu patriotycznego, zobaczymy, że jego prekursorami byli bardzo często ludzie zaangażowani w idee oświeceniowe, wrogie Kościołowi i cywilizacji, z której wyrastali, którzy mimo to cieszą się dzisiaj estymą pobożnych Polaków-katolików. Nie jest tu moją rolą analizowanie i ocena poszczególnych postaci, od Niemcewicza, przez Mickiewicza, do – powiedzmy – Hoene-Wrońskiego (wymieniając tylko najbardziej znanych), czy choćby takich stowarzyszeń i ugrupowań jak Klub Filomatów, Towiańczycy czy np. oba stronnictwa powstania styczniowego, ich zakorzenienia w ideach nowożytnej epoki i rewolucji. Warto zauważyć jedynie, że było to tym bardziej niebezpieczne, że ludzie ci często więzi z Kościołem się nie wyrzekali. Taki stan powodował trwałe zespalanie obcych ideałów z wzorcami, które mogły bez tej domieszki wyznaczyć kierunki zgoła wartościowsze. Dotyczy to najbardziej naszej myśli politycznej, która ulega, jeśli mogę użyć takiej metafory, przegrzaniu z powodu braku odpowiedniego racjonalnego chłodzenia.

Brakuje tutaj miejsca na dokładną analizę mechanizmów, według których ta część naszej przeszłości oddziaływała na obecny etos narodowy i jego współczesne bieguny. Nie trudno jednak zauważyć, że spuścizna ukształtowanej tak mentalności rządzi dzisiaj przesłankami, którymi kieruje się ogromna część różnego typu publicystów, doradców, a wreszcie polityków patriotycznego obozu. Zamiast korzystać z przyzwolenia, które daje nam chrześcijaństwo – jeśli chodzi o kierowanie się pewnym pragmatyzmem, rządzą nimi niewłaściwie ukierunkowane romantyczne emocje i zrywy. Wielkie czyny nabierają charakteru sakralnego. Pobożna, często anonimowa, ciężka praca u podstaw i kierowanie się rozumem leży w głębokim nieposzanowaniu. Niewielka szkoda, gdy emocje te wylewali oni do tej pory wyłącznie na papier, niskonakładowych patriotycznych wydań, gorzej, gdy obecnie stają się one manifestem wygłaszanym nie byle gdzie, bo na scenie międzynarodowej.

Większość elit wierzy w amerykańską narrację dotyczącą Rosji, tym bardziej że ten kraj (jak większość egzystujących na naszym globie) dostarcza różnych potrzebnych argumentów, jakby potwierdzających ten jednostronny scenariusz. Elity te nie zdają się jednak zauważać, że są tu wpuszczane w przysłowiowe maliny. Narracja tworzona przez jedną ze stron jakiegokolwiek sporu zawsze zawęża pole oglądu rzeczywistości. Sprowadza realia do formy swoistego rodzaju utopii, gdzie role są rozdzielone dokładnie według zasady namacalnego, materialnego podziału dobra i zła. Mamy więc kraje zawsze dobre, do których obozu należy oczywiście przyporządkowywać siebie i tak zwaną oś zła, której istnienie jest niemal niezbędne do potwierdzenia tej wizji. Jest to oczywistym nadużyciem, gdy zastosowane jest do takiego profanum, jakim jest polityka, która kieruje się niemal z definicji wyłącznie interesem. Taka jest rzeczywistość na naszym padole łez i przesadna idealizacja prowadzi do aberracji. Te same kierujące się etyką elity, skłonne są często do wykonywania swoistych intelektualnych i moralnych fikołków. Jak bowiem inaczej nazwać kompromisy, przemilczanie, marginalizowanie lub, co gorsza, wypieranie się błędów i nadużyć (i to często najwyższego stopnia) popełnianych przez tak zwaną „naszą” stronę konfliktu. Sytuacja takiej polaryzacji jest na rękę romantycznym idealistom.

Wizja Rosji zagrażającej światowemu ładowi wyrasta z napięć, które powstały w wyniku zaostrzającego się rosyjskiego oporu wobec realizacji projektu świata jednobiegunowego. Choć żadna ze stron w tym konflikcie nie jest bez winy, taki opis jest zwykłą polityczną i propagandową bronią stosowaną przeciwko rywalowi. W Polsce jednak niedopowiedzenie to znajduje wyjątkowo podatny grunt. Rosja to przecież nasz odwieczny nieprzyjaciel i to wystarczy za wszystkie argumenty. Gotowi jesteśmy w tej sytuacji postawić wszystko na jedną kartę, lekceważąc idące za tym zagrożenia.

Postawa idealistyczno-romantyczna nie jest niczym innym niż zwykłą niedojrzałością. Przyjmijmy na moment, że Rosja rzeczywiście jest owym, jeśli nie jedynym, to największym wrogiem publicznym. Zwykła ludowa mądrość (nie jakieś tam wysublimowane ratio) podpowiada: jeśli obawiasz się o wiele silniejszego sąsiada, nie machaj mu ostrym narzędziem przed nosem. Nie zapraszaj też wrogów tego sąsiada do swojego domu, bo pojedynek między nimi zamieni twoją ostoję w ring i pobojowisko.

Romantycy są jak chłopcy w krótkich spodenkach, nie słuchają takich rad. Szukają powodów do przygód. Dorośli mężczyźni, których opiece powierzono ich rodziny, szacują siły, starają się uniknąć niepotrzebnych zatargów. Wiedzą, że walki nie unika się tylko wtedy, gdy ma się wyraźną przewagę lub gdy zawiodą inne środki. Romantyczny patriota nie jest dorosły. Nosi flagi, krzyczy hasła, napina muskuły i jest to najważniejsza dla niego polityczna ekspresja, bo chciałby pójść na wojnę. Choć jego wróg wcale się do wojny nie pali, romantyk nie spocznie, dopóki nie wypali mu w twarz jakiegoś obraźliwego hasła. Zawsze ma powód – resentymenty, bolszewickie insygnia sąsiada, ekspozycja różnic cywilizacyjnych. Wszystkie powody są dobre, ale jeden tylko jest prawdziwy. Jest to kompleks niższości. W przeszłości chłopiec został poniżony, nie spocznie dopóki nie odda. Pręży muskuły, kłopot jednak w tym, że ich nie ma. Woli oddawać się wcielaniu w wirtualnego supermana, niż w cichości ciężko pracować, tak nad sylwetką, jak i zarobkowo, po to, by kupić sobie pistolet (do trzymania na wszelki wypadek i do pochwalenia się nim od czasu do czasu). Czy nie tak, należałoby interpretować działania dwóch ministerstw – MSZ i MON w rządzie Beaty Szydło? Czy władza, w której tylu Polaków położyło nadzieję, że doprowadzi ich egzystencję do bezpiecznej przystani dobrobytu i pokoju, to chłopcy w krótkich spodenkach?

Trudno zaprzeczyć, że warunki, w których zbiór obecnie panujących europejskich elit zmuszonych jest sprawować rządy, stają się ogromnie skomplikowane. Większość z nich nie staje na wysokości zadania. Wystarczy przytoczyć przykład Françoisa Hollande’a, który obecnie nieporadnie boryka się z pożarem Francji, wywoływanym przed ekstremistów islamskich i lewicowych wywrotowców. Najwyraźniej nie znajduje on dostatecznych środków, by uśmierzyć kryzys, który, jak się dzisiaj wydaje, całkiem niedługo doprowadzi – wielką niegdyś Francję do ostatecznej agonii.

W okresie względnie stabilnym celem klasy panującej powinno być zapewnienie spokojnej, dążącej do wzrostu, suwerennej egzystencji swoim obywatelom. Wymaga to wielu odpowiedzialnych i mądrych przedsięwzięć i ciężkiej pracy. Wydaje się, że w obliczu tak wielu zagrożeń – wojen na Bliskim Wschodzie, puczu w Turcji i w przewrotów wybuchających znienacka w różnych częściach globu czy niebezpiecznej sytuacji wewnętrznej Ukrainy tuż przy naszych granicach – nakreślone wyżej priorytety nie ulegają zmianie, lecz nawet wyostrzeniu. Nadal podstawowym zadaniem władz jest zapewnienie swoim podopiecznym maksymalnego bezpieczeństwa i stabilności, co w skrajnych przypadkach (zwłaszcza podczas wojny) może oznaczać skromnie – podstawowe przetrwanie tkanki narodu. Nic wspólnego nie ma z tym polityka, która może nasz kraj zamienić w główne pole bitwy, toczonej niekoniecznie w obronie własnej, lecz w imię jakiegoś interesu większych od nas mocarstw. Zupełnie nieodpowiedzialne jest w tym kontekście dolewanie benzyny do jakichkolwiek ognisk wybuchających ogniem w najbliższej okolicy i, co gorsza, zajmowanie zbyt radykalnego stanowiska po jednej ze stron konfliktu. Sytuacja polityki proukraińskiej jest tego przykładem. Motywy zajęcia stanowiska po stronie jednego z państw, jak się okazuje – nie całkiem szczerze nam przychylnego, są najwyraźniej romantyczne.

Polska mesjaszem narodów – to właśnie bluźnierstwo wymyślone przez heretyka Towiańskiego, warunkuje naszą wrażliwość niesienia pomocy innym przez nieodpowiedzialnych rządzących naszym krajem polityków, którzy nie baczą na niebezpieczeństwo, na które skazują swoich własnych obywateli. Dla pełni mesjanizmu musi istnieć jakieś światowe zło. Z dwóch krajów, które niezbyt przysłużyły się nam historycznie, wybieramy jeden. Groteskowo, czy może tragicznie, odbija się to następnie echem w kraju. Powstają prawdziwe paradoksy. Tworzą się nowe podziały. Nagle elektorat PiS, który do tej pory czcił tak ofiary Katynia, jak i hołdował ofiarom Wołynia, musi zdecydować, po której ma stanąć stronie. Bandera czy Stalin? Bandera u rządzących przestał być w modzie (zresztą nigdy szczególnie nie był, zważywszy na to, że kurs na Ukrainę przeciw Rosji trwa już od jakiegoś czasu). Niepotrzebne i nadmierne grzebanie w historii, zwłaszcza po to, by wykorzystać ją w bieżących politycznych sporach, staje się przyczyną nieszczęść. We wszystkim trzeba stosować umiar i zachować właściwe priorytety.

Romantyk nie przyswaja sobie informacji, że światem – także tym sojuszniczym – nie rządzą dobrzy ludzie. Traktuje każdego jak niedorośnięty chłopiec: albo jako przebrzydłego wilka z opowiedzianej mu na dobranoc bajki, albo jako dobrych wujka i ciocię. Chłopiec nie potrafi prowadzić interesów, nie potrafi postawić warunków. Każdemu, kogo traktuje z naiwnością, odda z serca wszystko za darmo, nawet to, co do niego nie należy – czyli suwerenność obywateli państwa, które mu powierzono (patrz: nieostrożne postulaty utworzenia wspólnej armii w tzw. unijnym superpaństwie – po referendum w Wielkiej Brytanii – poczynione przez Jarosława Kaczyńskiego). Zawsze myślący jednostronnie, nie potrafi też rozeznać dobrego momentu do właściwych kompromisów.

Prawo i Sprawiedliwość w wielu kwestiach podejmuje, jak się wydaje, decyzje właściwe. Próba nawiązania chińskich kontaktów gospodarczych – tutaj kwestie ideowe, tzw. walkę o prawa człowieka w nominalnie komunistycznym państwie, politycy PiS potrafili jakoś zamieść pod dywan w interesie Polski. Nawiązanie tych kontaktów daje nam nie tylko dobre możliwości gospodarcze, płynące z bezpośredniej współpracy z Państwem Środka, ale stwarza nam lepszą pozycję do negocjacji z dominującymi nad nami instytucjami zachodnimi. Jest czas, by poszukać alternatywnych dróg warunkujących nasz rozwój, takich, które pozwolą nam zachować suwerenność gospodarczą i kulturową. Idziemy tropem prezydenta Orbána, tylko czy wytrwamy? Na pewno czas pokaże, czy była to poważna męska decyzja, czy chłopiec bawił się tylko w małpowanie dorosłych.

Rząd nie umie jednak wykazać się dorosłością w stosunku do Rosji, stanowiącej główny temat numeru. Rosja, a tym bardziej Władimir Putin, nie jest typem miłego przyjaciela. Są jednak atuty, które przemawiają za koniecznością odwrócenia naszej polityki. Nie mówię tutaj o natychmiastowym bruderszafcie. Mamy obecnie wiele wspólnych, przecinających się z rosyjskimi wektorów. Rosja od dawna proponowała nam udział w przesyle gaz (dokładniej o tym w innych artykułach tego wydania). Zaniechaliśmy tego z przyczyn ideologiczno-romantycznych (lojalność wobec Ukrainy, a może i sojusznika zza Atlantyku). Dzisiaj Rosja jest państwem przyciskanym do muru, co wyraźnie wykazał konflikt na Ukrainie, sytuacja w Iranie i Syrii. Sankcje oraz cała atmosfera wokół Moskwy powoduje, że otwiera się ona na sojusze, czego przykładem jest jej dość dobra współpraca z Węgrami, układające się relacje gospodarcze ze Słowacją, a obecnie spektakularne „nawrócenie się” na „putinizm praktyczny” prezydenta Turcji Erdoğana. Nasze nowe (rozumne, umiarkowane) otwarcie polityczne, gospodarcze na ten kraj (tak jak na Chiny) może leżeć w interesie obu potencjalnych partnerów i jeśli nie jest na to odrobinę za późno, trzeba spróbować. Niestety, nasze władze – najpierw PO, obecnie PiS – narobiły w tym temacie już niezłego bałaganu. Powiem więcej, jeśli świat będzie cieszył się w nadchodzącym czasie pokojem – takie otwarcie, choć nie pozbawione ryzyka (obecnie wszystkie opcje są ryzykowne) może zrównoważyć naszą niestabilną sytuację w Unii, a jeśli dojdzie do wojny – może to zabezpieczyć nasz kraj, nasz naród przed ostateczną anihilacją. Choć w wielu kwestiach nie zgadzam się z Grzegorzem Braunem, być może w tej jednej ma on rację – może najlepiej byłoby dla nas – chyba po raz pierwszy w dziejach, zająć w tym chaosie pozycję przynajmniej zbliżoną do neutralności.

Tak czy inaczej, jak w przypadku owej niedoszłej nitki gazociągu, której efektem jest Nord Stream II, nastawienie naszego rządu na konfrontację z Rosją przynieść musi skutki odwrotne do zamierzonych. Tym razem stawka jest jednak większa. Zegar bije – ostrzegała stara pieśń dziadowska. Szanse na zmianę raz powziętego kursu są coraz mniejsze. Ktokolwiek zwycięży wybory prezydenckie w USA, nasza pozycja stanie się nie do pozazdroszczenia. Jeśli Trump, pozostaniemy jedynym w regionie wrogiem Putina, na którym – znając ten paskudny rosyjski charakter – będzie się on, nazwijmy to kolokwialnie, wyzłośliwiał. Możemy być pewni wtedy przeróżnych prowokacji, blokad (np. szlaku jedwabnego) czy innych działań, a zwłaszcza dalszego zacieśnienia relacji Rosji z Niemcami, w szczególny sposób nie biorącego pod uwagę cichego popiskiwania rządu, który będzie w tym okresie sprawował swoje funkcje w Polsce. Jeśli wygra Hillary Clinton, deklarująca eskalację konfliktu z Rosją, a kurs polityki zagranicznej Prawa i Sprawiedliwości nie przyniesie zmian, trudno przewidzieć jakiś mało tragiczny scenariusz. Jaka może być przyszłość szpicy NATO, która w sposób nieuzasadniony, choć jakże tradycyjny, liczy na swoich sojuszników? Nawet gdyby jednak sojusz atlantycki działał rzeczywiście według zasady: jeden za wszystkich,… itd.; gdyby bez wahania wojska niemieckie, francuskie i amerykańskie ruszyłyby nam na odsiecz w sytuacji rosyjskiej napaści, łatwo sobie wyobrazić, jaki stan przedstawiało będzie główne pole potencjalnego konfliktu. W tym kontekście nie wiadomo do końca, czy nie lepiej modlić się o to, by ewentualna pomoc nie nadeszła.

Innym powodem, który powinien być niezwykle ważny dla każdego rzymskiego katolika, są powody obyczajowe. Naiwnością jest ufność w szczególnie mocną wiarę byłego KGB-isty Władimira, tym bardziej w Kościele, którego hierarchia była tworzona przez komunistyczny aparat władzy. Oczywiste, że polityka Putina, tak zresztą jak np. Józefa Wisarionowicza (absolutnie nie czyniąc tym samym żadnego porównania między tymi dwoma osobowościami) jest nacechowana czystą polityczną kalkulacją, no i może odrobinę obowiązującym jednak w późniejszym Związku Radzieckim pewnym purytanizmem – jeśli porównamy to np. z sytuacją w USA od lat 50-60. Oczywiste jest, że za próbami ograniczenia aborcji i penalizacją związków homoseksualnych stoi sytuacja demograficzna Rosji, a jeśli można na tym coś niecoś ugrać z starciu z Zachodem, nikt z pragmatycznie myślących rosyjskich polityków na pewno się nie pogniewa. Stąd kreowanie przyjaznej atmosfery dla konserwatywnych zachodnich partii.

W wojnie kulturowej jednak nie mamy już sojuszników. Chyba że chcemy postawić na kraje islamskie. Watykan nie wahał podjąć skutecznego sojuszu z państwami tzw. bloku komunistycznego przeciwko zgniłemu Zachodowi w sprawie praw reprodukcyjnych na konferencji ludnościowej w Bukareszcie w 1974. Tak właśnie zwierzchności duchowe Kościoła uczą nas, jak uprawiać politykę. W kwestiach moralnych nie mamy innego wyjścia.

Szantaż jest obecnie ogromny, a znaczących sojuszników nie ma nawet wśród zachodnich partii prawicowych. Rząd Prawa i Sprawiedliwości, powodowany tym, by przypadkiem nie trafić poza obieg w unijnym pakcie, a tym samym nie wpaść w owe mityczne „łapska Rosji”, zdecydował się właśnie zupełnie po cichu podpisać tzw. deklarację woli politycznej, dotyczącą praw homoseksualnych i ich promocji (również w naszych szkołach). Rząd tłumaczy się, że udało się przeforsować mniej radykalną wersję, że nie jest to akt prawnie obligujący. No dobrze, ma to może cechy jakiejś gry, ale, po pierwsze, już ta umowa pcha nas znacznie w kierunku nieuniknionych w Unii zapisów, a po drugie, pozostaje pytanie, do jakiego momentu Jarosław Kaczyński i jego partia mogą taką grę prowadzić, jak ją kontrolować i jak bardzo stawiają na strach przed Rosją i ile są dla niego w stanie poświęcić.

Inną kwestią jest to, czy politycy rządzący Prawem i Sprawiedliwością, wywodzący się w sporej części z dawnego Porozumienia Centrum i tej sporej mieszanki wolnościowej, którą stanowił ruch Solidarności, jest w ogóle rzecznikiem tradycyjnych wartości. Czy grupa polityków w tej partii nie kieruje się jednak światopoglądem nadmiernie oświeconym albo niezbyt udanym zlepkiem koncepcji, który dopuszcza marginalizację niektórych ważnych kwestii w tym temacie, poczynioną w obronie tak zwanych wartości europejskich? Jak bardzo tutaj różni się od swoich kolegów z Platformy Obywatelskiej?

Banałem jest stwierdzenie, że żyjemy w świecie globalnych interesów, konfliktów o zasięgu tak globalnym, jak jeszcze nigdy dotąd. Polska stanowi w tej machinie tylko mały trybik. Z potencjałem, jakim obecnie dysponujemy, opanowywanie światowych żywiołów nie całkiem leży w naszej gestii. Możemy tylko w pewnym zakresie dopasowywać się do realiów, po to by z nich wynieść jak najwięcej własnych korzyści. Wymaga to dojrzałości emocjonalnej, czyli racjonalizmu i umiejętności przeprowadzania chłodnych kalkulacji, bez szukania sobie wirtualnych przyjaciół i wrogów – tak jak to traktuje dojrzalsza politycznie światowa czołówka. Dla stronnictw konserwatywnych kierowanie się owym ratio ma też znaczenie etyczne. Mądrość, jak wiadomo jest cnotą. Pozwala ona na właściwe wybory w świecie, gdzie dokonywane są one najczęściej między jakimś rodzajem niesprawiedliwości. Pozwala unikać krótkowzroczności, która w dalszej perspektywie może stać się tak dla nas, dla naszych rodzin i kraju powodem ogromnych strat, a więc większym złem. Jakieś bliżej nieokreślone, wynikające ze złych wyborów, katastrofy – mogą być atrakcyjne jedynie romantyków. Są one bowiem zawsze dobrym przyczynkiem do kolejnych romantycznych westchnień i świąt.

Wojciech Trojanowski

Artykuł pojawił się w najnowszym numerze kwartalnika “Opcja na Prawo”.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *