Trudne, możliwe, konieczne…

Od redakcji: poniższy artykuł prof. Romualda Szeremietiewa uznajemy w kilku punktach za dyskusyjny – jednak opublikowaliśmy go w celach poznawczych – by Czytelnicy mogli zapoznać się z możliwymi scenariuszami roli Polski w regionalnych procesach integracyjnych. Czytelników zachęcamy do przesyłania polemik!

Adolf Bocheński, wnikliwy analityk procesów geopolitycznych w przedwojennej Europie, opublikował w 1937 roku książkę „Między Niemcami a Rosją”. Zauważył w niej, że polityka zagraniczna wszystkich państw ulega zmianom, często nawet bardzo radykalnym. Na przykładach wykazał, że takim zmianom ulega nawet niezmienna jakoby polityka wielkich mocarstw.

Wskazywał, że normalne państwa zwykle rozważają kilka kierunków polityki zagranicznej i dokonują ich wyboru po sprawdzeniu, który będzie najkorzystniejszy. Podkreślał, że przy wyborze nie należy kierować się emocjami lub jakimiś fobiami. Nie należy też zakładać, że drugie państwo będzie nam zawsze wrogie lub zawsze przyjazne, ale też że jego aktualna postawa będzie niezmienna.

Geopolityczna mapa współczesnej Europy wygląda inaczej niż w okresie poprzedzającym wybuch drugiej wojny światowej.  Nie ma agresywnych reżimów w rodzaju państw Hitlera i Stalina, a narody europejskie połączyły się systemem współpracy politycznej i gospodarczej w ramach Unii Europejskiej. Działa też sojusz polityczno-wojskowy NATO gwarantujący Europie, w tym Polsce, bezpieczeństwo. Można by uznać obecny stan za zadowalający i jak najpełniej jednoczący Polskę w ramach działających wspólnot. Niestety nie jest to tak oczywiste. Byłoby słuszne, gdyby istniała pewność, że UE stanowi udaną formę współdziałania Europejczyków, a sojusz północnoatlantycki nie traci w Europie zdolności obronnych. Wiemy, że takiej pewności nie ma. Należy przewidywać, że obecny ład międzynarodowy będzie się zmieniał i to nie koniecznie na bardziej przyjazny Polsce.

Podstawy współczesnej polskiej myśli i działania politycznego formowały się w XIX wieku przy braku państwa polskiego. Ukształ­towane w tych okolicznościach wyobrażenie celów narodowych, także sposoby i metody ich osiągania, mimo upływu dwu wieków ciągle powielają się. Postawy polityków polskich układają się w kilku głównych nurtach. Pierwszy stanowią ci, którzy określają siebie jako realistów. Ten realizm dawniej skłaniał do liczenia się z siłą najbardziej realną – z zaborcami. Brak wiary we własne siły i klęski narodowych zrywów niepodległościowych wskazywały, że właściwą postawą powinno być  podporządkowanie się najeźdźcom prowadzące w sytuacjach skrajnych nawet do kolaboracji.

Drugi nurt łączy zwolenników opierania polityki polskiej o siły zewnętrzne nazywany czasem polityką orientacji, tj. orientowania się na kogoś. Ta koncepcja wychodzi z założenia, że Polacy są zbyt słabi na prowadzenie niezależnej polityki muszą zabiegać o protekcję i wsparcie jakiegoś mocarstwa.  Wówczas spełniając oczekiwania protektora, wykazując swoją przydatność dla jego polityki można będzie budować mniej lub bardziej suwerenny własny byt – Księstwo Warszawskie z nadania cesarza Napoleona lub Królestwo Polskie pod panowaniem cara Rosji. Tak rozumował w 1945 roku lider PSL Stanisław Mikołajczyk sądząc, że po akceptacji dotkliwych sowieckich żądań zbuduje za zgodą Stalina quasi suwerenne państwo polskie. Z lepszym efektem ten sam model działania zastosował komunista Władysław Gomułka, gdy w 1956 roku dochodził w PRL do władzy z projektem „polskiej drogi do socjalizmu”. Podobny sposób uprawiania polityki – podporządkowania się silniejszym – jest charakterystyczny dla ludzi obecnie rządzących Polską.

Niekiedy słyszy się, że wspomniana wyżej metoda wynika z położenia Polski i jest jedyną możliwą polityką. Nie jest to prawda. Istnieje bowiem droga suwerennego kierowania się polskim interesem narodowym tworząc własny ośrodek siły, który będzie partnerem dla mocarstw i podmiotem na światowej scenie politycznej.

Nie powinniśmy mylić klienckiej polityki orientacji z zawiązywaniem sojuszy. Sojusz jest potrzebny dla realizowania własnych interesów i przestaje obowiązywać, gdy tym interesom nie służy. Sojusz staje się orientacją, gdy okazuje się, że jego utrzymanie staje się ważniejsze od interesów strony, która go zawarła. W okresie drugiej wojny światowej tak właśnie zmienił się sojusz Polski z mocarstwami zachodnimi. W końcu wojny władze RP mogły tylko składać prośby i jednostronne deklaracje, które potężni sojusznicy zlekceważyli.

Poznając meandry polskiej polityki można spostrzec, że w przeszłości stanowisko niezależne w relacjach międzynarodowych zajmował Józef Piłsudski i tym śladem usiłował po latach zmierzać prezydent Lech Kaczyński. Poza tym koncepcja niepodległościowa była i ciągle jest słabo zakorzeniona w ośrodkach kierujących polską polityką. To dla państwa polskiego zły prognostyk. To prawda, że przy wyborze kierunków polityki zagranicznej postawa niezależna nie ułatwia zadania, ale łatwiejsze pozornie klejenie się do obcych potęg może skutkować, tak jak wiele razy w historii, katastrofą.

W grudniu 2012 roku prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin w orędziu do narodu powiedział: Najbliższe lata będą decydujące, wręcz przełomowe dla Rosji i całego świata, który wkracza w epokę radykalnych zmian, a być może nawet wstrząsów”. I dodał: Powstaje grunt dla nowych konfliktów o charakterze gospodarczym, geopolitycznym i etnicznym”. Słowa te o tyle są znamienne, że przywódcy Federacji Rosyjskiej nie ukrywają chęci odbudowania mocarstwowej potęgi Rosji w świecie i chcą przede wszystkim osłabić dominującą pozycję USA. Te dążenia Kremla znajdują często zrozumienie w Berlinie i Paryżu. To zaś oznacza, że Polska może ponownie znaleźć się w geostrategicznym położeniu „między Niemcami a Rosją”, a geopolitycznie być może gorszym niż w roku 1939, gdyż nie będzie mogła liczyć na jakiekolwiek wsparcie Zachodu.

Bardzo trudne!

Prezydent Rosji w swoim orędziu mówił nie tylko o gwałtownych zmianach w polityce światowej. Wspominając o planach politycznych podkreślił, że Rosja „musi też nie tylko zachować, ale zwiększyć swoją geopolityczną atrakcyjność. Musi być potrzebna swoim sąsiadom i partnerom”. Pojawia się w tym miejscu ważne pytanie: czy Rosja zamierza wykazywać „geopolityczną atrakcyjność” także wobec Polski, i co to mogłoby dla Polski oznaczać?

Dobre relacje z Rosją mają dla nas podstawowe znaczenie, ale są trudne do wyobrażenia zważywszy nie tylko na przeszłość, ale także obserwując współczesny kształt stosunków polsko–rosyjskich. Elity rosyjskie rysują wizje wielkiej wspólnoty euroazjatyckiej od Lizbony do Władywostoku, ale rola Polski w tych zamiarach jest przez Kreml ignorowana. Tymczasem stworzenie takiej wspólnoty przez Rosję napotyka na dwie przeszkody: Polskę i Ukrainę. Rosja przy pewnym wysiłku gospodarczym, a może i zbrojnym oraz… braku reakcji NATO, mogłaby te przeszkody usunąć, jednak dla sąsiadów Rosji to nie byłby stan „atrakcyjny geopolitycznie”. Sytuacja wydaje się beznadziejna, bowiem dla Ukrainy i Polski bliższe związki z Rosją skutkowałyby utratą suwerenności. Jeśli więc Rosja chciałaby realizować swoje plany euroazjatyckie działając w zgodzie z Polską, a nie przeciw niej, to powinna rozważyć inny wariant postępowania. Musiałby zadbać, aby Polska stała się rzeczywistym partnerem, a nie pozbawionym znaczenia przedpolem Niemiec, na którym Rosjanie będą starali się stworzyć jakieś własne polityczne przyczółki.

Polska mogłaby uzyskać podmiotową pozycję w stosunkach z Rosją tylko w jednym przypadku – po odtworzeniu wielonarodowej Rzeczypospolitej. Musiałoby się to jednak stać przy aprobacie Rosji, a nie wbrew niej. Czy to jest możliwe?

W 1803 roku książę Adam Czartoryski zaprzyjaźniony z Aleksandrem I przedstawił carowi memoriał „O systemie politycznym, jakiego winna trzymać się Rosja”. Proponował w nim odebranie Prusom: Mazowsza, Poznańskiego, Pomorza i Śląska, złączenia ich z Polską centralną oraz z litewsko-ruskimi ziemiami dawnej Rzeczypospolitej. W wyniku tego miało powstać państwo połączone unią personalną z Rosją pod berłem Aleksandra, który stałby się królem Polski. Początkowo wydawało się, że car zaaprobował propozycje księcia. W 1804 roku powierzył mu nawet funkcja ministra spraw zagranicznych Rosji. Jednak ośrodki wrogie Polakom na dworze petersburskim, głownie niemieckie, doprowadziły do dymisji ministra, a z czasem także sam car zarzucił projekt odbudowy Rzeczypospolitej. Wówczas nie udało się. Czy współcześnie istnieją mocniejsze przesłanki by rozważyć realizację dawnego planu księcia Czartoryskiego?

Ukraina i Białoruś dowiodły ponad wszelką wątpliwość, że nie chcą być w granicach Rosji. Demonstruje to nawet współpracujący z Moskwą prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka. Na Białorusi i na Ukrainie pojawia się nostalgia za dawną Rzeczypospolitą traktowaną jako polsko-litewsko-ruski związek państw. Z Mińska i Kijowa można więc wyobrazić partnerską wspólnotę Białorusi i Ukrainy z Polską (Речь Посполита). Na białoruskich forach internetowych w ubiegłym roku toczyła się dyskusja nad sposobami zawiązania konfederacji białorusko-polskiej i doproszenia do niej Ukrainy. Podnoszono, że wspólne państwo (ponad 93 mln ludności, 1 124 tys. km kw. powierzchni i PKB – łącznie 734,8 mld dolarów) byłoby poważnym potencjałem na europejskiej scenie politycznej.

Wydaje się, że odbudowa Rzeczypospolitej dałaby liczne korzyści zarówno Polsce, jak i Rosji nie degradując znaczenia Białorusi i Ukrainy. W przypadku Rosji mogłaby ona dzięki Białorusi i Ukrainie przynależących do Wspólnoty Niepodległych Państw uzyskać bezpośrednią drogą do UE – wystarczyłoby nadać polskie, czyli unijne, obywatelstwo Białorusinom i Ukraińcom. Wraz z tym pojawiłaby się w Europie Środkowej rzeczywista szanse zbudowania wspólnoty gospodarczej i politycznej, o której mówi Władimir Putin. Rzeczpospolita byłaby bowiem miejscem, gdzie świat UE spotkałby się i realnie współpracował ze światem WNP. Tego nie da się zrobić ponad głowami Polaków, omijając Europę Środkową i współpracując tylko z Niemcami. Jest też jeszcze jedno uwarunkowanie, które warto Rosjanom przypominać. W XX wieku Rosja dwa razy graniczyła z Niemcami i dwa razy Niemcy na Rosję napadły. Obudowa wielonarodowej Rzeczypospolitej pozostającej w dobrych stosunkach z Rosją upewnia, że więcej takich napaści nie będzie.

Kreml może lekceważyć Polskę, ale bez względu na jej wielkość i znaczenie musi dostrzegać, że dla Rosji jest ona kluczem do Europy. W przeszłości Rosja usiłował ten klucz brać siłą i w konsekwencji przegrywała. Jest wymowne, że w ciągu dwustu lat najpierw po rozbiorach Rzeczypospolitej nastąpił przecież rozpad imperium rosyjskiego, a za drugim razem po zwycięstwach Stalina też doszło do zawalenia się bloku sowieckiego i… zachodnie granice Rosji wróciły tam, gdzie były w XVIII wieku.  Jakie wnioski wyciągnęła z tego Moskwa – jeszcze raz ruszy zbrojnie na zachód?

Zdaję sobie sprawę, że odbudowa wielonarodowej Rzeczypospolitej jako sojusznika Rosji dla Polaków i dla Rosjan będzie trudne do wyobrażenia. Równie trudne w realizacji. Przyznać też trzeba, że w obecnej polityce rosyjskiej, a zwłaszcza w tym co zdarzyło się między Polakami a Rosjanami trudno przyjąć, że jest to realne. Zważywszy jednak na wagę sprawy dla bezpieczeństwa Polski i Europy warto sprawdzić, czy istnieją szanse na taką radykalną zmianę wzajemnych relacji polsko-rosyjskich.

Chyba możliwe?

Innym kierunkiem polskiej polityki zagranicznej wartym rozważenia, rokującym większe szanse na sukces niż w przypadku Rosji, jest południe i w konsekwencji bliska współpraca z Niemcami. Obecny polski rząd podchodzi do tej współpracy kapitulancko. Zresztą nie tylko rząd. Nie tylko minister Radosław Sikorski deklarujący gotowość podporządkowanie się Berlinowi, ale także oponent jego polityki publicysta Rafał Ziemkiewicz głoszący, że Polska  już – być może – nie ma szans na zachowanie suwerenności i w obawie przed Rosją powinna wybrać przysłowiowe „mniejsze zło”, schronić się do strefy niemieckiej.

Z większym optymizmem na rolę Polski patrzy premier Węgier Viktor Orban. Polityk węgierski powiedział w wywiadzie dla portalu „Fronda”: „Kiedy w lewicowej prasie węgierskiej czytam krytyki pod adresem Polski, że ma aspiracje, by ‘na nowo stać się regionalną potęgą Europy Środkowej’, to wtedy głośno mówię do siebie: »No wreszcie!«”. Idąc za wskazaniem Orbana wydaje się możliwym, wspólne z Węgrami, przekształcenie bezbarwnej i anemicznej Grupy Wyszehradzkiej w ściślejszą wspólnotę. Tradycje związków po dawnej monarchii Austro-Węgierskiej, która była niegdyś sojusznikiem Niemiec, odgrywa pozytywną rolę w politycznych wyobrażeniach południowych sąsiadów Polski, także na terenie Polski, w dawnej Galicji. Ten sentyment mógłby stanowić płaszczyznę porozumienia. Należałoby się przy tym zastanowić, czy do współpracy nie można też zaprosić Rumunii i Austrii.

Zacieśniając związki w takim związku państw otrzymalibyśmy potencjał liczący ok. 92 mln ludności, prawie 856 tys. km kw. powierzchni i 1 556 mld dolarów PKB (Rosja – 1 840 mld dolarów). Wówczas można byłoby nie tylko zapewnić bezpieczeństwa dla Europy Środkowej i zagwarantować silny wpływ w UE, ale także zwiększyć wagę regionu w polityce USA na czym państwom Grupy Wyszehradzkiej zależy.

Zapewne przeszkodą w stworzeniu postulowanego związku będzie postawa Czech, które w istocie separują się od Grupy Wyszehradzkiej; mogą też mieć negatywny wpływ trwające ciągle podskórne węgierskie pretensje terytorialne, głownie wobec Rumunii o Siedmiogród.  Nie są to jednak przeszkody nie do pokonania. Jeśli więc udałoby się stworzyć na bazie Grupy Wyszehradzkiej związek państw prowadzący wspólną politykę gospodarczą i obronna wówczas można by też pomyśleć o ścisłej współpracy w Niemcami. Najlepiej w ramach zmodyfikowanego Trójkąta Weimarskiego, gdzie Polskę powinien zastąpić reprezentant wyszehradzkiego związku państw. Ostatnia narada premierów Grupy Wyszehradzkiej w Warszawie z udziałem kanclerz Merkel i prezydenta Francji Hollande być może wskazuje, że Polska wybiera taki kierunek polityki zagranicznej.

Zdaje się konieczne?

Trzeci możliwy kierunek polityki polskiej rysuje się na północy Europy. Od wielu lat Skandynawowie rozwijają między sobą wszechstronną współpracę. Ostatnio została ona rozszerzona na państwa nadbałtyckie oraz Islandię i Wielką Brytanię Na jednym ze spotkań w Londynie, w styczniu 2011 roku, premier Wielkiej Brytanii mówił do przywódców Islandii, Norwegii, Finlandii, Szwecji, Danii, Litwy, Łotwy i Estonii: „Sojusz oparty na wspólnych interesach może się stać siłą napędową rozwoju gospodarczego całego regionu”. Rejon Arktyki, gdzie zwłaszcza Duńczycy, Norwegowie i Brytyjczycy mają oparcie, staje się ważny gospodarczo. Zmniejszająca się pokrywa lodowa ułatwia dostęp do złóż ropy i gazu, które stanowią tam nie mniej niż 25 proc. światowych zasobów. Arktyka może przy tym stać się areną potencjalnego konfliktu bowiem o prawo do eksploatacji złóż zabiega Rosja. W regionie arktycznym notuje się znaczną obecność rosyjskich sił morskich a jednocześnie samoloty wojskowe Rosji nagminnie naruszają przestrzeń powietrzną Wielkiej Brytanii i Skandynawii.

Uczestnicy londyńskiego szczytu oficjalnie rozmawiali o współpracy gospodarczej, jednak eksperci uważają, że na północy Europy powstaje nieformalny sojusz polityczny i obronny. Dr Gunilla Herolf  ze Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) podkreśla, że powodem współpracy są kwestie obronne w tym niepokój związany z wydatkami na zbrojenia w Rosji. Istnieje więc świadomość rosyjskiego zagrożenia, co może być mocnym spoiwem potencjalnej wspólnoty.

Znamienne, że w tym samym styczniu 2011 roku w polskich mediach pojawiła się wiadomość, że Szwecja zaniepokojona rosyjskimi zakupami okrętów we Francji rozważa sojusz wojskowy z Polską. Indagowany w tej sprawie rzecznik prasowy MON odpowiadał, że Polska nie otrzymała takiej propozycji. Jednocześnie ówczesny minister obrony Bogdan Klich – sądząc z informacji agencji Reuters – dystansował się od pomysłu sojuszu. Nie musiałby chyba odcinać się od nieistniejących propozycji? Jednocześnie, wg amerykańskiej agencji Stratfor,  Estonia taki sojusz ze Szwecją zawarła.

Prezydent Estonii, Toomas Hendrik Ilves uważa, że Polacy z racji doświadczeń historycznych lepiej niż inne duże narody dostrzegają zagrożenia i podkreśla, że Polska powinna wziąć na siebie odpowiedzialność za cały region środkowoeuropejski.. „Polska to nadzieja dla wszystkich małych krajów” – deklaruje estoński przywódca.

Stworzenie na północy Europy swoistego bloku nordyckiego z inspiracji i z udziałem Polski mogłoby spełnić postulat prezydenta Estonii. Byłaby to poważna siła: liczyłaby ponad 133 mln ludności (Rosja 143 mln) z łącznym PKB 4 679 mld dolarów, tj. 2,5 razy większym od PKB Rosji i przeważający nad PKB Niemiec (3 306 mld USD) nie wspominając o Francji (2 555 mld dolarów). Także w wydatkach na obronę – ponad 103 mld dolarów stworzony blok zająłby w świecie pozycję nr 2, za USA i górowałby nad Rosją.  Silnym partnerem bloku nordyckiego byłyby bez wątpienia Stany Zjednoczone.

Jako ograniczenie tworzenia skutecznej polityki Bocheński wykazywał powszechną skłonność do wnioskowania z teraźniejszości o przyszłości, która jest zawsze niewiadomą. Podnosił ponadto, że niewielu ludzi korzysta z doświadczeń minionych pokoleń, gdy stosunkowo wielu opiera się na doświadczeniach własnych. Niestety, najwięcej ludzi nie korzysta z żadnych doświadczeń, nawet z własnych. Adolf Bocheński był zwolennikiem angielskiej zasady, że państwo nie ma wiecznych wrogów i wiecznych przyjaciół. Wieczne są tylko własne interesy. Ta prawda z trudem dociera do ludzi.

prof. Romuald Szeremietiew

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Trudne, możliwe, konieczne…”

  1. Znowu z Wielką Brytanią? Mało wam? W sytuacji, gdy Rosja chce “odzyskać” Pribałtikę mielibyśmy kolejny raz oprzeć się o “brytyjskie gwarancje”? Komu to potrzebne, poza USA, Izraelem i UK?

  2. No toż chyba lepiej z Wielka Brytanią współpracować aniżeli z Niemcami czy Austrią a nawet i Rosją czy Francją.Włochami,Belgia i szerzej krajami romańskimi się federować albo ściśle wspołpracowac!Lepszy chyba juz kierunek prosłowiański czy centralno-wschodnio-europejski i także i probrytyjski czy proamerykański aniżeli proniemiecki,proaustryjacki czy nawet prorosyjski albo i proromański?Te pierwsze koncepcje coś dają te drugie nic..

  3. Aczkolwiek co do współpracy z Ukrainą i Białorusią(głównie jej zachodnimi częściami) czy z Litwą mozna się zastanowić czy to w ogóle jest możliwe oraz opłacalne i czy oni by to poparli .Sądzę ,że nie…

  4. @abcd: Koncepcja “prorosyjsko-eurazjatycko-słowiańska” chroniłaby kraj i społeczeństwo przed lichwą, żydomasonerią i spedaleniem. Oczywiście, kraje romańsko-postkatolickie i niemieckojęzyczne – precz! Sami Skandynawowie i Ugrofinowie (tzn. Szwecja(?), Norwegia, Dania, Finlandia, Węgry…) – po urzędowym “odlewaczeniu”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *