Turek: „Agora” zamiast „Anty-salonu”

Nie znaczy to jednak, że patrzę na kogokolwiek bezkrytycznie i nie poddaję pod rozwagę czyichkolwiek racji. Kiedy publicyści „niepokorni” głośno występują w obronie wolności słowa – wierzę, że chodzi im o poszerzenie przestrzeni debaty publicznej, o lepsze zrozumienie zagadnień ważnych dla nas jako społeczeństwa, wreszcie o wspieranie inicjatyw politycznych służących Polsce.

Powstaje jednak pytanie: skoro jest tak źle, to dlaczego obecni włodarze radzą sobie zadziwiająco dobrze? Odnosi się to nie tylko do sfery polityki, ale również do świata medialnego. Nie może być tak, ja w to głęboko wierzę, że większość ludzi w Polsce pozostaje głucha i ślepa na racje i argumenty przemawiające za tym, że Polska zmierza w dół po równi pochyłej w niepewną i najeżoną niebezpieczeństwami przyszłość. Wcale nie popełniam błędu zbytniej idealizacji rzeczywistości. Jako konserwatysta doskonale zdaję sobie sprawę z niszczącego wpływu ideologii soc-liberalnej na umysły młodzieży, a nawet na ludzi dojrzałych, którzy – jak to mówią – z niejednego pieca chleb jedli, a jednak – przy wszystkich naszych słabościach i małościach – nie wierzę by większość Polaków popadła w takie otępienie, że nie potrafi pojąć, co się wokół nich dzieje i do czego – na dłuższą metę – doprowadzą rządy marnych, cwaniaczkowatych spryt-ludzików. Musi być inny powód tego zadziwiającego fatalizmu, sprawiającego, że od kilku lat Polska znajduje się w stanie głębokiego zaczadzenia.

Na pewno zadziałał tu element zmęczenia ciągłymi wojnami na górze i przepychankami. Polacy rozumieją, że od 2004 roku mamy niespotykaną w naszych dziejach koniunkturę, że przed krajem stanęła niepowtarzalna szansa na dokonanie wielkiego cywilizacyjnego skoku naprzód, przysłowiowego „dogonienia Europy”, choć zgadzam się, że pod pewnymi względami, Polska była i jest bardziej europejska, niż niejeden „postępowy” rejon w dzisiejszej Europie. Jeżeli więc w takiej sytuacji powierzono – na początku z entuzjazmem, a następnie już tylko z poczuciem rezygnacji – stery rządów ludziom sprawiającym wrażenie, jedynie – wrażenie – kompetentnych do zarządzania krajem w doniosłym momencie dziejowym, to owo bierne przyzwolenie ze strony milionów ludzi, musi mieć jakieś głębsze przyczyny. Nie jestem przekonany, że publicyści „niepokorni” podjęli wszystkimi siłami staranie, by odpowiedzieć na pytanie: dlaczego nie istnieje atrakcyjna, zdolna przyciągnąć większość ludzi, alternatywa dla Platformy Obywatelskiej i szerzej ujmując – dla ideologii soc-liberalnej?

Niedawno pojawiły się pewne sygnały, świadczące o dokonującym się – na razie w nielicznych umysłach – fermencie intelektualnym. Najpierw profesor Jadwiga Staniszkis zauważyła, że Jarosław Kaczyński zdaje się działać na własną niekorzyść, a na łamach „W sieci” ukazała się wypowiedź Krzysztofa Czabańskiego, że „PiS też nieraz sam dostarcza amunicji swoim przeciwnikom. Potrafi zdobyć w rankingach wyborczych pozycję lidera, ale wtedy nieraz pojawiają się poważne gafy.” Najostrzej wystąpił Rafał Ziemkiewicz, który wprost stwierdził, że w reakcji na wzrost notowań PiS, następuje wypowiedź Kaczyńskiego, powodująca natychmiastowy i drastyczny spadek popularności tej partii. Nie chcę obecnie wchodzić w przyczyny takich a nie innych zachowań lidera Prawa i Sprawiedliwości. Najważniejsze, że w debacie publicznej zauważony został ten problem, problem polegający nie tyle na słabości rządzących, co na bardzo istotnych mankamentach samej opozycji, aspirującej do odgrywania roli jedynej poważnej alternatywy wobec status quo.

Podobne zjawisko występuje również w środowisku publicystów „niepokornych” i tutaj będę prawdopodobnie pierwszą osobą, która publicznie wytknie błędy, popełniane przez środowisko, które niezręcznie jest atakować, ponieważ bardzo się zasłużyło Polsce, dzięki wytrwałemu budzeniu obywateli z hipnotycznego marazmu. Jednak, tak samo, jak opozycja nie może przejąć władzy nie wykazując się takimi cechami jak stabilność, przewidywalność, rozwaga i umiejętność zawierania kompromisów, również w świecie medialnym nie można marzyć o dokonaniu rewolucji i o trwałym zwycięstwie, jeżeli nie wykaże się konsekwencji w dążeniu do opisywania rzeczywistości według obiektywnych kryteriów, w oparciu o ugruntowaną wiedzę oraz posługiwanie się metodą dyskursywną. Inaczej mówiąc, walka o poszerzenie przestrzeni debaty publicznej nie może sprowadzać się do zastępowania jednej ideologii inną, przeciwstawną ideologią. Walka o wolność słowa nie może polegać na przeciwstawianiu racjom soc-liberalnym, racji, które określę mianem: hurra-patriotycznych.

Rzeczywistość jest złożona i nie ogranicza się do dwóch kolorów. Na naszym padole rzadko kiedy (o ile w ogóle) występuje zło i dobro w absolutnie czystej postaci. Nie chodzi o relatywizację, ale o podejmowanie prób oddania rzeczy takimi, jakimi są w rzeczywistości. Tylko to może stanowić skuteczną odtrutkę na obecne zaklinanie rzeczywistości przez domorosłych uczniów czarnoksiężnika.

W Polsce walczącej o wolność i niepodległość ścierały się i ścierają nadal różne racje, z całą pewnością jednocześnie występowały i występują więcej niż dwa punkty widzenia. Zatem prezentowanie poglądów przeciwstawnych obecnie obowiązującym nie musi oznaczać głoszenia prawdy, a tym bardziej nie uprawnia do samozwańczego występowania w roli obrońców rzetelności, niezależności i różnorodności opinii. Do takiego zaszczytnego miana uprawnia dopiero wypracowanie własnymi siłami przestrzeni dla szerokiej, wielobarwnej debaty i zróżnicowanego dyskursu.

Nie namawiam do zapraszania soc-liberałów na łamy „W sieci”: ci mają wystarczająco wiele miejsca w innych czasopismach. Chodzi mi o co innego: głoszenie jedynie słusznego światopoglądu, przeciwstawnego doktrynie soc-liberalnej, nie zapewni zwycięstwa, nie przyciągnie ludzi wahających się, nie doprowadzi do potrzebnego Polsce – jak dostęp do tlenu – otwarcia mediów dla potrzeb wolnego dyskursu intelektualnego. By odwołać się do terminów użytych przez profesora Andrzeja Nowaka: salonu nie pokona się anty-salonem. Salon można pokonać jedynie przenosząc dyskurs z salonu do agory.

Czy rzeczywiście środowisko „niepokornych” tworzy swoisty anty-salon? Niestety, ale wiele symptomów na to wskazuje. Pominę kwestię doboru nazwisk autorów publikujących w mediach „niepokornych”, bo to kwestia ocenna: czy ktoś pisze dobrze i interesująco, czy też może przynudza, albo plącze się w swoich wywodach. Poświęcę kilkanaście zdań zadziwiającym uproszczeniom, jakich – zgodnie – dokonują autorzy „niepokorni”. Gdy nawet spierają się w jakiejś sprawie, na przykład, co do oceny postępowania Grzegorza Brauna, jednomyślnie chwalą Żołnierzy Wyklętych. Jest to klasyczny przykład integralnego antykomunizmu w stylu Józefa Mackiewicza. W latach 1945-1950 było w Polsce wiele problemów i bardzo gorących sporów, ale sprowadzanie konfliktów do walki Wyklętych z komunizmem, stanowi zbyt daleko idące uproszczenie. W tak ujętym dwubiegunowym świecie, nie ma już miejsca nawet dla Adama Doboszyńskiego, który przyjechał do Polski z emigracji, by doprowadzić do rozwiązania oddziałów leśnych.

Chyba wszyscy: od „Niezłomnych” w Londynie po wielkopolskich endeków troszczących się o zagospodarowanie Ziem Zachodnich, byli przeciwnikami działań zbrojnych i partyzantki leśnej po 1945 roku, ale to nie znaczy, by ludzie ci popierali komunistów. Nawet większość „leśnych”, gdyby miała inne wyjście, wolałaby wrócić do normalnego życia. Można i należy współczuć ich losowi, starać się zrozumieć trudne uwarunkowania, ale również demoralizację czy rozpacz, która nie jest nigdy dobrym doradcą, natomiast idealizowanie Żołnierzy Wyklętych wydaje mi się niepotrzebne i nieuzasadnione. W imię faktów i prawdy historycznej.

Następny przykład: dwubiegunowy obraz wydarzeń lat 80. w Polsce. Po jednej stronie komuniści odsądzani od czci i wiary, tak jakby niczym nie różnili się od komunistów rządzących Polską w okresie stalinowskim, zaś po drugiej: sami niezłomni antykomuniści. W artykule o stanie wojennym ani razu nie wspomina się, że stan wojenny zapoczątkował wojnę polsko-polską. Tak jakby – może niewłaściwie odczytuję intencje autora? – odmawiano rządzącym miana Polaków, czyli również PRL nie traktowano jako przynajmniej niedoskonałej formy polskiej państwowości.

W tym czarno-białym obrazie nie ma miejsca ani dla polityki prymasa Stefana Wyszyńskiego, zabiegającej o zawarcie kompromisu między rządzącymi a rządzonymi, nie ma również słowa zrozumienia dla ówczesnej postawy Lecha Wałęsy, wzywającego własny Związek do umiarkowania, nie mówiąc już o takich nazwiskach jak Edmund Osmańczyk czy Lech Bądkowski. W tym czarno-białym schemacie brakuje świadomości tego, że ktoś musiał rządzić w Warszawie, i że z przyczyn geopolitycznych nie można było w 1981 roku utworzyć rządu „Solidarności”. I że polityka nie może sprowadzać się do hasła: „wszystko albo nic” ani abstrahować od faktu, że Polskę otaczał w 1981 roku komunistyczny sojusz wojskowy.

W ten sposób dochodzimy do obecnych czasów, które – w publicystyce „niepokornych” – sprowadzić można do układu dwubiegunowego: z jednej strony Platforma Obywatelska, którą krytykuje się (słusznie!) za brak kwalifikacji do rządzenia, ale również za próbę tworzenia państwa totalitarnego (rekomunizację?) i za obecność w kadrach rządzących rozmaitych tajnych współpracowników, z drugiej zaś w roli prawdziwych Niezłomnych Patriotów występują politycy Prawa i Sprawiedliwości, padający ofiarą perfidnych zabiegów ze strony rządzącej sitwy i sieci sterującej mediami. Nie zmieniam i nie zmienię swego krytycznego poglądu na temat Platformy Obywatelskiej, ale nie wszystkie jej działania zasługują na potępienie. Po stronie opozycji widzę wiele słabych punktów. Obecna sytuacja w Polsce wydaje się bardziej złożona, dlatego nie można jej sprowadzać do czarno-białego schematu, ani do retoryki walki wybranych z profanami.

Ktoś kiedyś słusznie zauważył, że w debacie politycznej zwycięża ten, kto w toczącym się dyskursie potrafi narzucić przeciwnikowi swój pakiet tematów przewodnich. Przez dziesiątki lat, pomimo oporu społeczeństwa, propagandowo zwyciężali komuniści, ponieważ potrafili opisać rzeczywistość według swojego, dwubiegunowego schematu. W latach 40. i 50. według tego schematu, po jednej stronie znajdowali się młodzi zwolennicy Modernizacji, po drugiej „zaplute karły reakcji”. W latach 80. destrukcyjnej działalności „ekstremistów”, przeciwstawiano rację stanu Narodowego Komunizmu. Obecnie rządzi Polską Partia Rozsądnych i Odpowiedzialnych, która zapobiega powrotowi do władzy prawicowego „oszołomstwa”.

Dopóki zwaśnione strony będą skupiały się wokół dwóch ośrodków tego dwubiegunowego układu, dopóty w Polsce nie nastąpią żadne znaczące zmiany. Zmiana będzie możliwa dopiero w następstwie zastąpienia dwubiegunowego schematu, przez nowy układ wielobiegunowy, z którego wyłonią się nowe ruchy polityczne.

dr Wojciech Turek

Autor jest historykiem i publicystą, byłym działaczem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, autorem biografii Wojciecha Wasiutyńskiego, mieszka w Gdańsku.

Tekst nie został przyjęty do druku w tygodniku “W sieci”

Myśl Polska. Nr 1-2 (6-13.01.2013)

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.