Tusk pod Batohem

Wielotygodniowe nakręcanie histerii wojennej w Polsce, realizowane m.in. przez niemieckie media w naszym kraju (występujące z pozycji „fundamentalnie patriotycznych”) okazało się mieć raczej banalny cel. Polaków, a za ich pośrednictwem Europę i świat straszono Rosją po to, by kanclerz Niemiec mogła wystąpić jako niekwestionowany lider UE i jedyny potencjalny partner dla Putina. Tusk krzyczał, Sikorski twittował i Hollande jęczeli tylko po to, by rosyjski prezydent odbierał chętniej telefony od Merkel. „Jednostronna deklaracja bezpieczeństwa” udzielona nieco szyderczo przez niemiecką Führerin Polsce była więc już tylko potwierdzeniem niemieckiego protektoratu nad III RP, w tym przypadku już faktycznie przybliżając obecną sytuację do przedwojennej, gdy takie same deklaracje brytyjskie z pełną premedytacją wciągnęły Rzeczpospolitą w tryby zachodniej machiny wojennej, oznaczając zarazem całkowite ubezwłasnowolnienie naszej dyplomacji.

Rzekome „postulaty polskie”, czyli próba rozciągnięcia „strategii” zmierzającej do dywersyfikacji dostaw gazu pod nadużywaną w Polsce przykrywką „bezpieczeństwa energetycznego” to również w istocie scedowanie kierownictwa polityki energetycznej UE na rzecz Niemiec, co z jednej strony w „starej Unii” i tak już faktycznie zachodzi, z drugiej zaś może i nie byłoby aż tak złe – bo akurat Niemcy zdają sobie doskonale sprawę z absurdalności pomysłu opierania gospodarki na dostawach energetycznych surowców z Kataru, czy w odległej przyszłości z USA. Tymczasem na naszym podwórku kolejna awantura wschodnia i straszenie rosyjskim czarnym ludem znowu służyć ma tylko uwiarygodnianiu jednego z najgłupszych pomysłów ekonomicznych ostatnich dekad, czyli budowy gazoportu w Świnoujściu. Wydaje się, że podkręcanie atmosfery wojennej służyć ma też patriotycznemu zakrzyczeniu oczywistych pytań o przyczyny zawarcia skrajnie niekorzystnej umowy na dostawy gazu katarskiego, o połowę droższego niż rosyjski i wydania blisko 3 mld zł na inwestycję nie tylko zbędną, ale wręcz szkodliwą dla gospodarki, o czym świadczą najlepiej losy losy litewskiego terminala LPG w Kłajpedzie. Te zmarnowane miliardy i realna groźba, że zachęceni katarskim przykładem – także Rosjanie podniosą nam stawki za gaz, to także koszt polskiego zaangażowania w Majdan i kijowskie awantury.

Co jeszcze przywiozła Merkel do Warszawy? Ano zapowiedź rozważenia zniesienia ceł dla Ukrainy. Konia z rzędem temu, kto wskaże jakieś ukraińskie towary przemysłowe, które mogłyby być konkurencyjne na europejskim rynku. Zapowiedź pani kanclerz literalnie oznacza więc tylko dwie rzeczy: po pierwsze że na Wschód mogłyby się przenieść niemieckie montownie np. samochodów, które tym samym pożegnamy w Polsce, gdzie siła robocza jest jednak nieco droższa. Po drugie zaś jedyny segment gospodarki, w którym Ukraina produkuje dużo, tanio i na poziomie jakościowym akceptowalnym w UE – to rolnictwo. Premier Tusk uradował się więc niepomiernie zapowiedzią zalania nas ukraińskim zbożem, za co oby mu polska wieś pobłogosławiła przy wyborach.

Co zaś zapowiedzi Führerin oznaczają dla Ukraińców? Przede wszystkim igrzyska zamiast chleba. Tak należy bowiem rozumieć ponowne skupienie się na „politycznym pakiecie” umowy stowarzyszeniowej z UE. Mamy więc do czynienia z powrotem do sytuacji sprzed Wilna. Oczywiście zwykłym obywatelom sprzedaje się unijną ideologię jako szansę na ucywilizowanie miejscowego życia politycznego, w tym zwłaszcza korupcji, oligarchiczności i koteryjnych rządów nad gospodarką. W istocie jednak – jak wiemy po polskim przykładzie – związanie się z UE oznacza dla danego państwa jedynie petryfikację istniejących układów władzy i zabezpieczenie interesów lokalnych elit przez Brukselę, czyli skutek odwrotny, niż marzył się prawdziwie rewolucyjnej części zwolenników Majdanu.

Konkretniejsze są żądania amerykańskie – oczywiście też zawoalowane jako „warunki pomocy”. Niewiele tylko uproszczając oznaczają one z jednej strony żądanie urealnienia cen gazu, czyli mówiąc prościej podwyżki cen nośników energii, dotkliwe zwłaszcza dla dotowanych dotąd odbiorców indywidualnych, czyli dalszy drastyczny spadek poziomu życia. Ukraińcy stoją więc przed groźbą szoku, który Polacy przeżyli u progu lat 90-tych, gdy również nie zdawali sobie sprawę jak dalece kulawe państwo opiekuńcze starało się jednak zapewniać im elementarną osłonę socjalną, np. właśnie w zakresie kosztów utrzymania gospodarstw domowych. Z drugiej zaś strony główna amerykańska broń globalna – Międzynarodowy Fundusz Walutowy, stawia Kijowowi podstawowy warunek otwarcia sektora bankowego. I ten nie brzmi strasznie w uszach Ukraińców przyzwyczajonych, że banki należą do oligarchów i przedstawicieli władzy politycznej. Nad Dnieprem podobnie jak i nad Wisłą szybko jednak przekonają się co to znaczy utracić własne, kierujące się interesami wewnątrzkrajowymi banki.

Wizyta kanclerz Merkel jest tylko potwierdzeniem klęski Polski w sprawie ukraińskiej, co najmniej równie dotkliwej, jak pamiętna rzeź na uroczysku Batoh w 1652 r. Podobnie jednak jak i tamta bitwa nic nie przyniosła też pre-Ukraińcom – tak i ostatnie wydarzenia wskazują jako zwycięzcę podmiot trzeci. Obecnie na forum europejskim są nim bez wątpienia Niemcy, a zatem Rosja i jej zdecydowanie w sprawie krymsko-ukraińskiej pozostaje jedyną szansą, byśmy przynajmniej w przyszłości jakoś się z tego protektoratu rozciągniętego nad Polską wyzwolili – oczywiście jednak jedynie w przypadku usamodzielnienia naszej polityki. Na razie bowiem między dwoma zdecydowanymi i realizującymi swe cele mocarstwami – polityka Tuska i Sikorskiego prezentuje się gorzej niż żałośnie. Nawet bowiem generalny gubernator Frank wykonując rozkazy z tej samej centrali – wykazywał się chyba większą troską o poddanych swej władzy Polaków.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Tusk pod Batohem”

  1. Odpowiadając od razu kolegom uważającym kondominium rosyjsko-niemieckie nad Europą za mniej lub bardziej pozytywnie odbieraną konieczność: 1. polityka niemiecka nadal nie jest niczym więcej, jak tylko instrumentem globalnej polityki Waszyngtonu, nie ma więc wartości orientowanie się na nią jako alternatywę dla atlantyzmu. 2. Nawet, gdyby ostatecznie Niemcy wróciły do swych kontynentalnych korzeni – to i tak korzystniej dla Polski byłoby znaleźć się po rosyjskiej stronie Europy.

  2. Nie to, żebym był pryncypialnie przeciwny orientacji rosyjskiej, ale w dzisiejszym kontekście nie ma ona sensu z następujących powodów: 1. Połączone potencjały Rosji i Europy Środkowej ustępują potencjałowi Zachodu, wobec tego ewentualny blok wschodni odtworzony nawet bez komunistycznego kagańca, każdą konfrontację z Zachodem w rodzaju nowej Zimnej Wojny musiałby przegrać. Blok wschodni posiadałby mniejsze, szybciej malejące, bardziej heterogeniczne i gorszej jakości zasoby demograficzne; jego centra naukowo-techniczne i przemysłowe są mniej liczne (tak naprawdę można mówić jedynie o dwóch-maksymalnie trzech), mniej dynamiczne i na ogół koncepcyjnie wtórne w stosunku do zachodnich; o samodzielności finansowej i kapitałowej w ogóle trudno tu mówić; struktura wymiany handlowej jest czysto kolonialna z korzyścią dla Zachodu etc. Rosji nie stać na konfrontację z Niemcami i z Zachodem i raczej na nią się nie zdecyduje, na pewno zaś nie ze względu na sugestie płynące z Polski. 2. Rosja właśnie straciła szansę reintegrowania Ukrainy w ramach bloku eurazjatyckiego, bez Ukrainy przestaje natomiast być lokalnym hegemonem, spadając do rangi silnego państwa narodowego, w rodzaju na przykład Francji. Bez Ukrainy, projekt eurazjatycki traci rację bytu, bo jedność eurazjatycką można by budować dopiero w oparciu o trzon Rosja-Białoruś-Ukraina-Kazachstan. Utrata Ukrainy to dla Rosji analogon utraty Kosowa przez Serbię. Czy ma sens stawianie na Rosję, jako na mocarstwo zdolne do odgrywania przywódczej roli w Europie Środkowej, gdy Rosja nie jest w stanie utrzymać przy sobie swojego najważniejszego i najbliższego sąsiada? Oderwanie Krymu, a nawet ewentualne oderwanie wschodu i południa Ukrainy, pozwala Rosji zachować twarz, ale nie zmienia zasadniczo katastrofalnych geopolitycznie skutków rewolucji ukraińskiej, które odpychają Rosję od jej naturalnej zachodniej granicy geopolitycznej na Karpatach, dopuszczają krystalizacji na jej wewnętrznym obszarze strategicznym siły jej wyraźnie wrogiej i otwierają drzwi do penetracji sił spoza regionu. W związku w niemal pewną kompromitacją obecnej porewolucyjnej elity w Kijowie, Rosja może wrócić do roli rozgrywającego na Ukrainie za jakiś rok-dwa, ale szansę na włączenie tego kraju w całości do struktur eurazjatyckich w dającej się przewidzieć przyszłości straciła niemal na pewno nieodwołalnie. 3. W przypadku wznowienia Zimnej Wojny z Rosją i Polską po jednej stronie, a Niemcami i resztą Zachodu po drugiej, reaktywowana mogłaby zostać kwestia niemieckiego rewizjonizmu granicznego wobec Polski, a to już byłoby egzystencjalnym zagrożeniem dla naszego państwa i narodu. Rosja niemrawo broni dziś swoich rodaków we wschodniej Ukrainie, więc tym bardziej nie broniła by polskich ziem zachodnich i północnych. Polska w takiej konfiguracji byłaby dla Rosji z góry przeznaczonym na straty wysuniętym na zachód buforem, jak Królestwo Polskie w XIX w. 4. Rosyjska elita polityczna myśli kategoriami kontynentalnymi, nie narodowymi. Przedmiotem zainteresowania jest więc dla niej Europa, a nie polskie państwo narodowe. Dla budowania kontroli lub choćby wpływów w Europie, Polska nie przedstawia większej wartości. Ma po prostu potencjał państwa podmiotowego i to wszystko. Z tego samego zatem powodu, dla którego USA nie przeniesie swoich baz wojskowych z Niemiec do Polski (wbrew nadziejom naszych atlantystów), Rosja nie zerwie z Berlinem dla budowania antyniemieckiej osi z Warszawą (wbrew nadziejom naszych eurazjatów-panslawistów). Po prostu, którekolwiek z mocarstw pozaeuropejskich chce kontrolować Europę, musi kontrolować Niemcy. Dla Rosji oznacza to poparcie dla prorosyjskiego i kontynentalnego rządu w Berlinie, a nie otaczanie Niemiec od wschodu kordonem słabych ale nieprzyjaznych mu państewek. Co zatem może zrobić Polska? Bezpośredni sojusz Warszawa-Moskwa nie ma większego sensu, ze względu na ograniczoną możliwość Moskwy dania wiarygodnych gwarancji lub poparcia Warszawie (skoro Rosjanom na nosie zagrać może nawet kilkanaście tysięcy zachodnioukraińskich awanturników z metalowymi kijami). Już Serbia budowała swą przyszłość na poparciu Moskwy i skończyło się to dla niej narodową katastrofą na skalę Trianon. Kol. Konrad ma jednak rację, że stawianie dziś na Niemcy też jest bez sensu, bo Niemcy to państwo klienckie USA. Polska zatem powinna pracować nad reorientacją zarówno Niemiec, jak i całej Unii Europejskiej na jak najbliższą współpracę z Rosją, a antyrosyjskie działania Berlina starać się blokować lub w każdym razie w nich nie uczestniczyć. W ten sposób moglibyśmy stać się prawdziwym architektem polityki wschodnie UE i podmiotowym twórcom Wielkiej Europy od Reykjaviku do Władywostoku. Taka rola Polski jako adwokata przyjaznych stosunków UE z Rosją, mogłaby zostać w Moskwie skądinąd należycie doceniona, w przeciwieństwie do płaszczenia się przed Moskwą jako kandydat na jej kolejne pozbawione znaczenia i stanowiące raczej obciążenie niż atut państwo wasalne. Przy czym, do tego potrzebować będziemy dojrzałej elity politycznej, nie takich plastikowych wydmuszek jak PO/SLD/PSL, nie wspominając już o ugrupowaniach jawnie proamerykańskich jak PiS i rozmaite jego klony ideologiczne, czy beznadziejnie prymitywny koncepcyjnie i kadrowo Ruch Narodowy. Sojusz z Rosją natomiast miałby sens, gdyby Rosja zreintegrowała przynajmniej słowiański obszar rdzeniowy Eurazji (Rosja+Ukraina+Białoruś+Kazachstan) i stworzyła w ten sposób atrakcyjną dla innych państw posowieckich (np. Mołdowy) wartość przyciągającą, a poza tym oplotła Niemcy siecią rozmaitych zależności i przekształciła je w państwo przynajmniej sobie neutralne. Może kiedyś tak się stanie, ale na razie jest jeszcze za wcześnie, by mówić o czymś takim.

  3. Kol. Ronaldzie: ad. 4 – czy mógłbyś łaskawie wskazać kiedy po Białowieży Rosja faktycznie Ukrainę posiadał, żeby ją tracić? Ubiegły rok okazał się w istocie dla rozstrzygania kto Ukrainą pozyska, z pewnością jednak nie kto utraci w sytuacji, gdy znajdowała się ona wcześniej w sytuacji “ziemi niczyjej”. Dalej – nawet, gdyby Ukraina nie musiała obecnie być zdobywana nieco od zewnątrz i mocno od dołu, tzn. gdyby władza Janukowycza utrzymała pozycję – wówczas i tak zapewne przesądzona była utrata Hałyczyny. Ten obszar został dla Rosji utracony w 1915 r po niemiecko-austriackiej ofensywie i nic godnego uwagi następnie tam nie zaszło Powtórzę więc – każdy pozyskany kilometr to dla Rosji czysty zysk, a co do Eurazji – to jest to wszak nie byt, tylko projekt i postulat, w którego realizacji obecny konflikt i zimna wojna mogą wydatnie pomóc, zwłaszcza na polu świadomościowym, ale także wymuszając określone działania decydentów.

  4. Ad. 1 Historycznie była to nie tyle kwestia potencjału – co zachowawczości. Jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało w polskich uszach – Rosja jak na mocarstwo była i jest wyjątkowo nieagresywna, czyli po prostu niemobilna. To tak jak naszym przodkom jakoś się nie chciało wojować, a świniaka by najchętniej ze szkody tylko do miedzy odganiali. W przypadku wojen napoleońskich pieniądze brytyjskie służyły więc nie tyle ich sfinansowaniu, co utrzymywaniu stronnictwa wojny w Petersburgu, podobnie jak i podczas Wielkiej Wojny przeprowadzeniu morderstwa na Rasputinie i rewolucji na Rosji, nie zaś mnożeniu jej potencjału bojowego czy ludzkiego. Także bez LL DWS zostałaby przez Stalina wygrana, tylko trwałoby to nieco dłużej. Warto jednak pamiętać, że o ile Rosję ciężko nakłonić do działań ofensywnych i dynamicznych (v. Wielka Gra), o tyle można sytuację uprościć – wystarczy na Rosję napaść. I tu należy upatrywać (jak wyżej) pozytywnego sensu inwazji Zachodu na Ukrainę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *