Ukrainki nie chcą wojny

W Zosinie bywa gorzej…

Protesty powtarzają się co tydzień, dwa. Trwają z reguły 2-3 dni i noc, niemal paraliżując przejście graniczne w Dorohusku (powiat chełmski). – Kierowcy samochodów osobowych mogli skorzystać z innych szlaków, ale TIR-y były w trudniejszej sytuacji, mając dokumenty przewozowe na to konkretne przejście – tłumaczył po jednym z kolejnych protestów antywojennych st. chor. Dariusz Sienicki, rzecznik prasowy nadbużańskiego oddziału Straży Granicznej. Jego zdaniem jednak dużo gorsza sytuacja powtarza się w Zosinie (powiat hrubieszowski). – Nie mamy możliwości oddziaływania na to, co dzieje się po ukraińskiej stronie. Jesteśmy w kontakcie z naszymi partnerami, doradzamy więc śledzenie komunikatów informujących o zakłóceniach w ruchu granicznym – tłumaczy chorąży Sienicki.

Nie wszystko się pisze…

Od wewnątrz sytuacja wygląda jednak gorzej. Z jednej strony zrozpaczone kobiety – matki, żony, siostry młodych ukraińskich chłopaków powołanych w ramach poboru do wojska, z drugiej – zdenerwowani turyści i zrezygnowani TIR-owcy. – Poruszę ten problem w Sejmie, te blokady organizowane są cyklicznie, dezorganizują ruch graniczny, ale są też wynikiem desperacji ukraińskiego społeczeństwa, które ma dość wojny i niepewności o przyszłość – relacjonuje posłanka Małgorzata Marcinkiewicz, szefowa Parlamentarnego Zespołu ds. Partnerstwa Wschodniego, która wizytowała przejście w drodze powrotnej z Ukrainy. To są fakty, których nie widać z perspektywy Warszawy, wykraczające poza racje geopolityczne, czy interesy mocarstw. Na przejściu w Dorohusku widać codzienne ludzkie dramaty: brak perspektyw ekonomicznych, słabość socjalną Ukrainy, lęk przed eskalacją konfliktu i coraz bardzie powszednią śmiercią w wojnie domowej.

To nie koniec

Kobiety już nie płaczą. Są twarde, zaciekłe. Ich mężczyźni – poborowi – zostali zabrani do obozu przejściowego. Zdaniem Ukrainek, z którymi rozmawialiśmy – przebywają tam bez cieplejszej odzieży, bez miany bielizny, marnie i nieregularnie żywieni, a w dodatku z utrudnionymi kontaktami z najbliższymi. Ich perspektywą – jest wyjazd do obwodu ługańskiego i udział w wojnie domowej, przeciw zwolennikom republik ludowych powstałych na wschodzie Ukrainy. Nawet pozorowane przez władze kijowskie zawieszenia broni nie przerywały poboru, a trwanie walk zapewnia płynąca z Zachodu pomoc sprzętowa (jak polskie kamizelki kuloodporne i hełmy, też idące m.in. przez Dorohusk) i finansowa. Ta ostatnia nie pomoże jednak rodzinom, pozbawionym oparcia w swych jedynych żywicielach. A Ukrainki mają dość strachu i niepewności. – Jeszcze tu wrócimy! – powtarzają. I chyba tylko to jest pewne w całym tym tragicznym, krwawym ukraińskim zamieszaniu.

Apel dorohuski

Sytuacja po ukraińskiej stronie granicy wpływa też coraz silniej na położenie Polski – dyplomatyczne, ekonomiczne, militarne, polityczne, ale także wewnętrzne – w tym również na terenach pogranicznych. Dlatego jest tak ważne, aby właśnie stąd, z ziemi chełmskiej, hrubieszowskiej, z Lubelszczyzny – wypłynęła inicjatywa transgranicznego, międzynarodowego ruchu pokojowego. Jeśli z czysto ludzkich pobudek nie zahamujemy procesu rozwoju III wojny światowej rozpętanej przez Zachód na Ukrainie rękoma banderowców – faktycznie zostaniemy wciągnięci do tego konfliktu jako ofiara, ale w sposób na i poziomie, który skrzętnie ukrywają nasi rodzimi rusofobi. W obecnym położeniu dobrze ukierunkowany „pacyfizm” staje się więc postawą patriotyczną, na przekór wojennej, antypolskiej retoryce neo-konskich jastrzębi z MSZ III Rzeczypospolitej. Zamiast Apel Sztokholmskiego – apel z zablokowanego Dorohuska.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.