Wariacki przegląd prasy (3)

Już sama okładka jest zapowiedzią tego co na czeka w środku: „Kłamstwo smoleńskie pęka” i podtytuł: „Rosyjska, powielana w Polsce, wersja katastrofy rozsypała się jak domek z kart”.

Hmm… Niby po czym? Po tym, jak ogłoszono, że któryś z głosów w kabinie nie był dobrze rozpoznany? A cóż to zmienia w określeniu przyczyn katastrofy? Oczywiście wszyscy eksperci twierdzą, że niczego, ale media smoleńskie wiedzą swoje. No właśnie, jest problem tych ekspertów. No bo Tuska i Komorowskiego można łatwo uderzyć, że działają z pobudek politycznych. Ale eksperci? To jest ta drzazga, która doskwiera smoleńszczanom. Jak ją wyjąć? Tego dowiemy się przeglądając publikacje w środku. Clou numeru to wywiad z wdową po gen. Andrzeju Błasiku. Lektura to smutna, ale nie należy mieć pretensji do samej wdowy, tylko do redakcji, która nie waha się wykorzystywać bólu i dramatu ludzkiego do podpierania swoich obłędnych politycznych tez. Oto pierwszy cytat z wywiadu z Ewą Błasik:

„Po konferencji MAK miałam wrażenie, że generał Anodinie zależy na tym, by mnie osobiście doprowadzić do takiej sytuacji, żebym się zamknęła i pogodziła się z tą ich narracją. Im bardziej oni mnie atakowali, tym bardziej prosiłam Ojca Świętego o wsparcie i on mnie tą łaską obdarzał. Cały czas miałam przed oczami cierpienie Jana Pawła II, i wiedziałam, że muszę wytrzymać. Rosjanie z całą premedytacją niszczyli honor polskich żołnierzy, oficerów, wreszcie całej polskiej armii. Odnosiłam wrażenie, że sprawiało im to jakąś sadystyczną przyjemność. Niestety nie sposób uciec od konstatacji, że Rosjanom pomagali również Polacy, a w szczególności płk Edmund Klich. Jak się wydaje, jego przyjacielskie kontakty z wiceszefem MAK sprawiły, że bardziej, w mojej opinii, reprezentował interesy Rosji niż Polski. Podzielam opinię tych, którzy uważają, że osobie Edmunda Klicha powinny się przyjrzeć odpowiednie służby”.

I drugi, o ekspertach:

„Powinno się powiedzieć: tak zwani eksperci lotniczy. To, że ktoś wydaje jakieś pisemko o samolotach albo nawet otarł się o latanie, jeszcze nie czyni z niego eksperta od lotnictwa wojskowego. Wielokrotnie mówiłam przedstawicielom mediów o prawdziwych ekspertach, którzy bronią polskiego lotnictwa i się na nim znają. Dawałam nawet ich numery telefonów. Nigdy ich nie zaproszono. Bo mówienie dobrze o Błasiku i polskim lotnictwie zaburzałoby przyjętą narrację narzuconą przez Edmunda Klicha i Rosjan”.

Nie ma tu co komentować. Jeśli żyjemy w państwie, w którym dla niektórych bardziej miarodajne od opinii fachowców stają się poglądy i odczucia osób, które nie powinny się na ten temat wypowiadać – to przyszłość nasza nie rysuje się optymistycznie. Zawsze, kiedy czytam eskalujące emocje i napięcie wywiady z kilkoma paniami (nazwiska dobrze znane), nasuwa mi się natrętnie pytanie – dlaczego wdowy i wdowcy po ofiarach katastrofy z PSL, SLD, PO, a także po oficerach BOR, i innych ofiarach – nie mają takich odczuć jak te panie, dlaczego nie widzą potrzeby ciągłej obecności w mediach, dlaczego nie formułują publicznie oskarżeń i kategorycznych wyroków? Dlaczego robią to wyłącznie osoby związane z jedna z partii? To jest pytanie retoryczne.

Ale idźmy dalej. Następne teksty na ten sam temat są autorstwa Marka Pyzy (tego od agitek propagandowych w Wiadomościach TVP 1) i Jacka Karnowskiego pod jakże wymownym tytułem: „Dlaczego aż tak kłamią w sprawie Smoleńska”. Autor podsuwa odpowiedź – ktoś tym kłamcom sufluje to co mają mówić. Kto? Znając poglądy pana redaktora, jest to jasne jak nic. Na koniec Karnowski przekonuje nas, co jest dla Polski w tej chwili najważniejsze: 

„Dość Smoleńska” – krzyczą na nas prorządowe media przy każdej okazji. Ale nie mówią prawdy: one same chcą mówić i mówią o Smoleńsku nawet więcej niż my. Tyle że na swoich warunkach, i tak często niezgodnie z prawdą, z widoczną złą wolą. Byle osłonić swoich, poniżyć szukających prawdy i zniechęcić pozostałych. Za każdą cenę: nie liczy się honor polskich oficerów, ból rodzin, racja stanu. I ten ich upór jest najlepszą ilustracją wagi sprawy 10/04 – dziś sprawy dla Polski fundamentalnej, centralnej. Nie tylko dlatego, że dzieli ona Polaków, ale przede wszystkim dlatego, że rozbicie smoleńskiego salonu krzywych luster jest warunkiem koniecznym naprawy Rzeczypospolitej – tak jak podtrzymywanie tej fikcji jest aktem założycielskim updatowanej wersji III RP, z którą mamy dziś do czynienia”.

Nie chciałbym rozczarować pana redaktora, ale wydaje mi się, że są jednak sprawy ważniejsze.

Ale to nie koniec atrakcji. Już na stronie 6 Piotr Zychowicz, zajmujący się komentowaniem polskiej historii najnowszej w duchu IPN do kwadratu, pisze o pomniku „czterech śpiących” na Pradze, że to oburzające, że ma on ponownie stanąć tam, gdzie stoi. I przebija autorów akcji żądających jego odstawienia do muzeum w Kozłówce. Zychowicz ma inny pomysł: „powinno się go wysadzić w powietrze”. Cóż za pomysł, cóż za wyczucie historii! Gdzie pan redaktor proponuje spektakl dla gawiedzi? Gdzieś na poligonie czy może w centrum miasta? No i pewnie transmisja na żywo poprzedzona pogadanką pana redaktora na temat słuszności tej operacji. To, że przy okazji w powietrze poszłyby figury polskich żołnierzy, zdobywców Kołobrzegu i Berlina, chłopaków z Kresów, łagierników, a nierzadko także oficerów i szeregowych z AK – mało redaktora obchodzi, bo pan redaktor wyznaje filozofię Józefa Mackiewicza, który mawiał, że zamiast narodowości wpisuje w dokumentach „antykomunista”. To niech sobie redaktor uprawia tę filozofię, ale nie kosztem pamięci i szacunku dla poległych.

Sporo absurdów jak na jeden numer? Sporo, ale to nie wszystko! Red. Piotr Gursztyn „rozprawia” się z tymi (także z prof. Maciejem Giertychem), którzy porównują stan wojenny z 1981 roku, z zamachem stanu Piłsudskiego z 1926. Jest oburzony: „Jaruzelski to nie Piłsudski, a stan wojenny nie był zamachem majowym. Tylko ignoranci i kłamcy znajdują podobieństwa”. Hmm… ostro, ale pragnę zauważyć, że nikt tego bynajmniej nie robi. Zwraca się tylko uwagę na to, że działania Piłsudskiego przyczyniły się do zabicia wielokrotnie większej liczy ludzi, niż Jaruzelskiego, a po drugie, jeśli stan wojenny był przygotowany przez jakiś „przestępczy związek zbrojny”, to jak nazwać Piłsudskiego i jego ludzi? Chodzi o stosowanie jednej miary w ocenach historycznych. Gursztyn oburza się na „ignorantów i „kłamców”, a następnie w swoim tekście sam się nim staje. Owszem, jakieś aresztowania i prześladowania za Piłsudskiego były, ale to tylko „incydenty”. Pisze o Zagórskim i Rozwadowskim, ale już nie o Brześciu i Berezie, gdzie znęcanie się nad ludźmi przewyższało najgorsze przypadki stanu wojennego. Autor artykułu „podkręca” liczbę ofiar stanu wojennego do 91, choć wiadomo, że liczba udokumentowanych wynosi 15 (patrz A. L. Sowa, „Historia polityczna Polski 1944-1991”, Kraków 2011).

Nie pisze też o innych przypadkach terroru sanacyjnego – o zabiciu 44 chłopów podczas strajku w 1937 roku czy o 18 innych, których zastrzelono pod Radomiem. O ile się nie mylę, w 1976 roku w Radomiu nikt nie zginął. Nie pisze po pobiciu licznych „wrogów” marszałka – w tym pisarza Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Pisze, że za sanacji nikt z Polski nie uciekał, ale zapomniał o Wincentym Witosie i Wojciechu Korfantym, którzy musieli uciec do Czechosłowacji. Pisze, że przecież Piłsudski „nie zdjął” z urzędu prezydenta Wojciechowskiego, ale ustąpił on sam. Zaiste wielka to zasługa – doprowadzić państwo na skraj wojny domowej, wymuszając ustąpienie honorowego Wojciechowskiego i uznać, że przecież on sam złożył dymisję. Zapomniał też red. Gursztyn dodać, że w 1926 roku Polsce nie groziła bynajmniej inwazja z zewnątrz, a Moskwa wiedziała od jesieni 1925, że będzie wkrótce zamach (od KPP, która wiedziała to z kolei od tajnego wysłannika Piłsudskiego). I ta Moskwa, na naradzie na Kremlu, z udziałem Feliksa Dzierżyńskiego, zadecydowała, że w takim razie trzeba udzielić Piłsudskiemu poparcia. Są na to wiarygodne dokumenty archiwalne. Jak to nazwać? Niech sobie red. Gursztyn odpowie. Myli się też wyśmiewając tezę, że w końcu 1981 roku „Solidarność” szykowała się do przejęcia władzy. Były takie chore pomysły i są one dobrze znane w literaturze przedmiotu.

Mam jednak dla czytelników na koniec niespodziankę. Na tle całego numeru, pełnego tekstów, które określilibyśmy, zgodnie z tytułem tego cyklu, „wariackimi” – jest jeden zasługujący na pochwalę. I kto go napisał? Waldemar Łysiak! Jakaż niespodzianka! Autor pisze o wolności i odnosi się do końca XVIII wieku:

„Nie obwiniajmy wszakże o zlikwidowanie Rzeczypospolitej w stuleciu XVIII wyłącznie „wrogich potencji”, czyli niedobrych sąsiadów, bośmy sami sobie byli winni, zwłaszcza zdradziecka (korumpowana przez zaborców) magnateria, i głupia (korumpowana przez magnatów) szlachta. Jej patologiczny kult wolności bywa dzisiaj hagiografowany bezsensownie (exemplum Jarosław M. Rymkiewicz), mimo że to właśnie on budował pochylnie upadku państwa, prostą drogę do niewoli narodowej, do kajdanów. Jako akademicki wykładowca Historii Kultury i Cywilizacji, przez prawie 20 lat tłumaczyłem studentom, iż na tamtym etapie rozwoju Europy tylko absolutyzm (silna władza centralna) dawał szansę odpierania zakusów wrogich mocarstw, jednak u nas praktykujące „złotą wolność” hordy nobilów terroryzowały królów siłą rozbestwionego sejmu, skutecznie sabotując każdą próbę zaprowadzenia absolutystycznej monarchii dysponującej silną armią regularną”.
Cóż za puenta! I to by było tym razem na tyle.

Jan Engelgard

aw

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *