Ważne powody

Bilans zdarzeń ostatnich dni, tygodni i miesięcy na Ukrainie jest faktycznie nader ciekawy i źle się dzieje, że zamiast zajmować się nimi najpierw musimy porządkować dialog z nowymi Kasandrami – kol. kol. Wielomskim i Laseckim, którzy uznali za stosowne pławić się w poniesionej rzekomo klęsce o wymiarze geopolitycznym oraz roztkliwiać nad upadającym autorytetem władzy. Czemu formułowane przez Kolegów diagnozy miałyby służyć poza sianiem atmosfery nadchodzącej Ragnarök odgadnąć nie sposób, skupmy się zatem na faktach.

Co było a nie jest

Dla rzeczowej analizy zdarzeń kluczowe jest ustalenie w jakim położeniu znajdowała się polityka ukraińska przed rozpoczęciem protestów na Euromajdanie, a jak sytuacja władzy, opozycji wygląda obecnie oraz jaka jest perspektywa rozwoju zdarzeń. Zbyt łatwo się o tym chyba zapomina, ale na przełomie listopada i grudnia, po fiasku szczytu wileńskiego – administracja prezydenta Janukowycza stała wobec zjednoczonego frontu opozycji, umiejętnie podsycającej pro-zachodnie aspiracje rozbudzone w części aktywnego politycznie społeczeństwa, głównie na gruncie ekonomicznym. Blok opozycyjny wyposażony był w proste hasła: powrotu do rozmów stowarzyszeniowych z UE oraz wypuszczenia Julii Tymoszenko, która miałaby pogodzić ambicję trójki liderów i pokonać Janukowycza w wyborach prezydenckich w lutym 2015 r. Naprzeciw opozycji stał podzielony obóz prezydencki, o wewnętrznie nadwątlonym zaufaniu, z wysuniętymi na czoło „liberałami”, mniej lub bardziej szczerymi zwolennikami opcji pro-zachodniej i z wyraźnym wpływem części klanu donieckiego wprost kierowanej przez Rinata Achmetowa. O równorzędność konfrontacji obu stron barykady nawet w perspektywie kilkunastu miesięcy, a zwłaszcza o rezultat tej walki – nie można było w żaden sposób być spokojnym z punktu widzenia stabilizacji państwa i trwałości jego bardziej wschodniego kursu.

A z jaką sytuacją mamy do czynienia dzisiaj?

Podzielona jest przede wszystkim opozycja. W ciągu kilku miesięcy zaszedł proces skokowego wyalienowania trzech muszkieterów – Jaceniuka-Kliczki-Tiahnyboka nie tylko od szerszych kręgów społecznych poza Zachodnią Ukrainą, ale także od zaplecza protestu. Pojawiły się nowe środowiska polityczne, a także wzajemne oskarżenia o zdradę, a przede wszystkim ambicje. Warto pamiętać, że dokładnie taki sam manewr Janukowycz wykonał w swoim czasie wobec Batkiwszczyzny (w skład której wchodziły najgłośniejsze niegdyś ugrupowania banderowskie, jak UNA-UNSO), lansując na przekór „nowe zagrożenie neo-nazistowskie” w postaci Swobody. Teraz Swoboda już może bać się Prawego Sektora… Dalej – co zostało z dawnych haseł? Wyjście Tymoszenko na wolność nie znalazło się nawet w porozumieniu zawartym pod patronatem zachodnich ministrów, hasła uwolnienia „pięknej Julii” od dawna już nie wznoszono na Majdanie – a tymczasem ex-premier może jednak niespodziewanie wyjść z więzienia i zamiast pogodzić opozycję, dodatkowo ją skłócić. Nie tylko dlatego, że wyrośli nowi liderzy bez sentymentów do aferzystki, a i jej dotychczasowi przedstawiciele przyzwyczaili się do roli depozytariuszy dalekiej legendy, a nie podwładnych bliskiej pani polityk z żelazną ręką. Problemem będzie także, że Tymoszenko podobnie nie ufa działającym pod swą nieobecność, już chce się od nich odróżnić i już dezawuuje zawierane kompromisy. Paradoks zaś polega na tym, że elastyczność pani premier pozwoliłaby jej zapewne ogłosić się nagle „ostatnią nadzieją” na ułożenie stosunków z Moskwą – jak się to już zresztą zdarzyło pod rządami Juszczenki.

Spójrzmy z kolei na postulat integracji europejskiej. Ostatnie trzy miesiące zaprezentowały Ukrainę jako kraj wewnętrznie niestabilny, podzielony znacznie głębiej, niż to prezentowano społeczeństwom czy nawet decydentom Zachodu, na każdym niemal polu „niegotowy do UE”, jak trafnie wypunktował w jednym z wywiadów Leszek Miller. Czy krew na Majdanie została przelana świadomie, by oddzielić Ukrainę od Unii, by przerazić Zachód, ale tylko w takim zakresie, by z drugiej strony nie spisał on całkowicie Kijowa na straty? Znowu, nie wiadomo, ale zapewne zaszły ku temu ważne powody.

Ściśnięte twarze Berkutowców

Przejedźmy z kolei do położenia obozu władzy. Z jednej strony prezydent Janukowycz poniósł ogromne koszty, których najlepszym chyba symbolem pozostawały w kolejnych tygodniach napięte nerwowo twarze chłopców z Berkutu, którym zabraniano reagować na lecące kamienie i koktajle Mołotowa, a w ciągu kilku ostatnich nocy – ukradziono zwycięstwo, jakie ostatecznie odnieśli „w polu” nad bojówkarzami. Było to jednak konieczne – bo dzięki hodowaniu Majdanu prezydent dokonywał stopniowej wymiany kadrowej swojego zaplecza, z premierem i szefem administracji oraz niektórymi wyższymi dowódcami włącznie. Dokonano też weryfikacji czołowych regionałów – ujawnić bowiem musieli się ci wprost zależni od Achmetowa i preferujący opcję technokratyczno-zapadofilską. Efekt ten uzyskano jednak jedynie możliwą chyba drogą „ostrego eksperymentu”, a więc równocześnie osłabiając autorytet władzy jako takiej i podważając zaufanie ze strony ścisłego, a heterodoksyjnego zaplecza, tyle obawiającego się utraty atrybutów władzy, co autentycznie niechętnego Zachodowi, liberalizacji i ulicznym awanturom.

Nasuwa się jednak pytanie, czy „twardzi regionaliści”, jak Wadim Kolesniczenko, czy takie jastrzębie, jak Witalij Zacharchenko i Wiktor Pszonka mogą sobie dziś pozwolić na coś więcej, niż werbalne niezadowolenie z niewykorzystania technicznej możliwości siłowego rozprawienia się z Majdanem? Tj. czy mogą zaczytawszy się w publicystykę kol. Wielomskiego i Lasockiego zastrzelić Janukowycza, rozjechać czołgami resztki Majdanu i po ogłoszeniu Ukrainy hetmanatem przyłączyć się do Rosji? Janukowycz uczynił wiele, by nie dać się obejść także od tej strony. A więc by ktoś, np. Moskwa, która przecież nie zapomniała mu lawirowania wokół umowy stowarzyszeniowej – nie wygenerowała w końcu na Ukrainie jakieś bardziej uległej czy kooperatywnej dla siebie siły. Wbrew temu bowiem, co głosi w Polsce główny nurt medialny – Partia Regionów nie jest bynajmniej formacją jednoznacznie prorosyjską, zaś Kreml zaniedbywał dotąd na odcinku ukraińskim inicjatywy inne, niż stricte kulturalne i językowe. Teraz pewnie tego się w Moskwie żałuje, ale zarówno tam, jak i Doniecku, Ługańsku, Charkowie, Odessie, czy Sewastopolu trudno byłoby wskazać na innego niż Janukowycz gwaranta utrzymania kursu przyjętego w Kijowie po Wilnie. Znowu więc – prezydent i od tej strony miał widać swoje ważne powody.

Kogo przekonywali ministrowie?

Technicznie znajdujemy się zatem w punkcie wyjścia – bo wszystkie propozycje, jakie znalazły się ostatecznie w porozumieniu z opozycją – Janukowycz zgłaszał co najmniej od stycznia. Pytanie więc brzmi – kogo przyjechali do Kijowa przekonywać ministrowie Sikorski i Steinmeier – prezydenta, opozycję, czy Majdan? Dalej – nie można zapisów porozumienia odbierać rozdzielnie. Jeśli powstać ma rząd z udziałem, czy nawet pod kierunkiem opozycji, a równocześnie przywrócona została konstytucja z 2004 r. – to oznacza to po pierwsze podwójne związanie gabinetu odpowiedzialnością tak parlamentarną, jak i przed prezydentem. Po drugie poprzez rygorystyczne zapisy dotyczące zasad budowania większości, a nawet działania frakcji parlamentarnych – zapowiada paraliż Rady Najwyższej i uzależnienie jej działań od stanowiska koalicji regionałów i komunistów nawet po odejściu deputowanych związanych z Achmetowem. Niebezpieczeństwa te widziała zresztą część radykalnej opozycji z Majdanu odrzucając postulat rewizji ustawy zasadniczej, słusznie wskazując na pułapkę zastawianą w ten sposób przez prezydenta.

Powtórka, ale czy na pewno?

Wszystkie te elementy razem każą wątpić, czy rzeczywiście na Ukrainie zaszedł jakiś szczególnie czarny scenariusz geopolityczny. W podpisanym porozumieniu nie ma zapisu o gwałtownym podporządkowaniu Ukrainy UE, w Kijowie były już rządy zapadnicko-banderowskie – po pomarańczowej rewolucji, a tymczasem w ciągu ostatniej dekady postulaty silniejszego związania państwa nad Dnieprem z integracją obszarów post-sowieckich uległy wzmocnieniu, a nie osłabieniu. Co jednak jeszcze się zmieniło? Indywidualna pozycja Wiktora Janukowycza.

Oto 10 lat temu odchodził pobity, po wygranych wyborach prezydenckich, które musiał oddać patrząc bezsilnie, jak na rzecz pomarańczowych przechodzą oligarchowie utrzymujący dotychczasowy układ władzy z jego udziałem. Lekcja nie poszła w las. Po swym powrocie do władzy Janukowycz sam postarał się, by zostać oligarchą, a w jego ślady poszła wierchuszka Partii Regionów. W ten sposób doszło do zakwestionowania dotychczasowego ładu ekonomiczno-ustrojowego nad Dnieprem, w którym to systemie dotąd sektor gospodarczy miał bezwględną przewagę nad politycznym. Tymczasem politykom znudziło się być chłopcami na posyłki – i sami wzięli się za rządzenie, co oligarchom musiało wydać się zjawiskiem z gatunku powstania gadających mebli. Jasne, że Janukowycz i regionałowie nie mogą jeszcze nawiązać wyrównanej rywalizacji z potentatami takimi jak Achmetow, Firtasz, Kołomojski czy Pinczuk – ale sam fakt podjęcia próby świadczy, jak głęboko niesłuszne jest porównywanie obecnej sytuacji na Ukrainie z tą w Rosji czy na Białorusi. O ile Mińsk w ogóle nie dopuścił do powstania grupy oligarszej, o tyle przecież znowu za łatwo zapominamy, że o swą obecną pozycję Władymir Putin musiał stoczyć zaciętą walkę z familią Jelcyna i innymi panami rosyjskiej gospodarki i wcale w wojnie tej nie był skazany na sukces. Również i Janukowycz może więc ponieść ostateczną klęskę, może nawet i prędką – ale działania jakie podejmował i podejmuje wynikają jednak przecież zapewne z pogłębionej analizy ważnych powodów.

Hrywna, Polska, kwestia celów

Rzecz jasna bilans Majdanu na tym etapie musi być mocno niepełny. Nie tylko dlatego, że nie wiemy co wydarzy się rano, co stanie się w grudniu, przy kolejnych wyborach, ani co ostatecznie zaszło w politycznych gabinetach, dla których Majdan był przecież tylko zasłoną dymną, a krew zabitych – atramentem zawieranych ugód. Na odrębne potraktowanie zasługuje sytuacja ekonomiczna Ukrainy, tak związana z obniżeniem jej ratingu (a więc również skutkami np. dla emisji obligacji, bilansowaniem budżetu, płynnością finansową państwa), jak i np. skokową dewaluacją hrywny, sprzyjającą eksporterom, a więc m.in. niektórym oligarchom (w tym nowym).

Szczególnie ważny jest oczywiście bilans dla Polski. Po kilku tygodniach histerycznego bombardowania mediów tzw. zwykli ludzie współczują Ukraińcom. Nie tylko w wyniku nachalnej propagandy, ale w zwykłym odruchu – „o, biją, strzelają, jakieś Ruskie niedobre!”. Jak zwykle polskie widzenie polityki jest po prostu infantylne – tzn. niby słusznie uważamy, że ważne kto bije i za co kto jest bity (a nie, że władza zawsze lać powinna – albo że zawsze ma nie oddawać, jak głoszą w Polsce doktrynerzy z obu stron), tylko zupełnie że zupełnie na opak rozkładamy akcenty – że liczą się intencję, że za wolność, a w sumie to szlachetniej być bitym… Ciekawsze jednak jest ile z tej życzliwości zostanie, jeśli media i politycy nie skończą z „wysokim C” – ściąganiem samolotami do szpitali poza kolejkami polskich oczekujących, z opowieściami o tłumach uchodźców z dużymi ułatwieniami wizowymi, zasiłkami, wiktem, opierunkiem i zakwaterowanie. Ciekawe słowem czy sentymentalne nachalstwo III RP w połączeniu z banderowskim huczkiem dobywającym się z Majdanu nie wyrządzi per saldo pewnej przysługi Polakom, choć trochę ich trzeźwiąc?

Jest więc szereg ważnych powodów, by na wydarzenia ukraińskie nie patrzeć jednowymiarowo. Nie powielać infantylno prawoczłowieczej narracji mediów głównonurtowych, ale i nie popadać w napawanie się własnym brutalizmem, który każe najpierw strzelać, a potem zastanawiać nad celem i uwarunkowaniami bieżącymi oddawanych salw. Cele na odcinku ukraińskim należy też przede wszystkim stawiać polityce polskiej – o co jak dotąd w stopniu całościowym nikt się jeszcze nie pokusił. Gra nad Dnieprem wcale bowiem nie jest skończona – tak dla uczestników z Ukrainy, jak i mniej czy bardziej zaangażowanych obserwatorów zewnętrznych.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Ważne powody”

  1. Proszę się nie martwić. Stan sił moralnych i witalnych katechona jest przedmiotem moich myśli. Pańskich chyba też, skoro o Rosji wraz z jej strefą oddziaływania pisze Pan niemal nieustannie. Szkoda jedynie, że tak bardzo jest to u Pana podszyte romantycznym chceniem, które zaburza ostrość widzenia.

  2. Fakty, Konradzie są takie, że dorobiłeś sensacyjną intrygę do chaotycznych działań człowieka, który miotał się bezrozumnie od ściany do ściany, licząc na zachowanie stołka i majątku, nawet gdyby miało to doprowadzić do pozbawienia go faktycznych kompetencji i dekompozycji systemu politycznego państwa. Mała, uciążliwa menda, z której zrobiłeś naddnieprzańskiego Talleyranda 😉

  3. Czy do stanu wojennego w Polsce musiało dość? Widocznie musiało, skoro doszło (jak stwierdził klasyk). A czy mogło dojść do stanu wojennego na Ukrainie? Widocznie nie mogło, skoro nie doszło 🙂 Nie mam w sobie tyle pychy, Ronaldzie, by po pierwsze utrzymywać, że znam wszystkie siły działające w kijowskiej rozgrywce, a po drugie by przedstawiać łatwe recepty w rodzaju “strzelanie jest zawsze dobre”. To jest kategoria symboliki, mnie interesuje polityka realna, czyli taka, jaka się dzieje naprawdę, nie w sferze mitu politycznego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *