Wielomski: Socjalizm korporacyjny

Co to takiego ten tytułowy socjalizm korporacyjny? To nowa postać socjalizmu, używająca wprawdzie etatyzmu i państwowego interwencjonizmu do regulowania życia ekonomicznego – tak jak wszystkie znane do tej pory odmiany socjalizmu – ale dla korzyści nowych rodzajów podmiotów, a mianowicie wielkich i kosmopolitycznych korporacji.

Ci, którzy są zwolennikami wolności gospodarczej od zawsze krzywo patrzą na wszystkich socjalistów, opowiadających się a to za bardziej równym („sprawiedliwym”) podziałem dóbr, a to za interwencjonizmem państwa w gospodarkę, a to za przejmowaniem przez nie prywatnych dotąd przedsiębiorstw lub budowania takich państwowych przedsiębiorstw od zera. I gdy spytamy przeciętnego zwolennika wolności gospodarczej skąd płynie zagrożenie dla tejże wolności, to zapewne wskaże dwie grupy, mające wspólne interesy: masy ludzkie domagające się „chleba i igrzysk” bez pracy i biurokratów dzielących „nadwyżki” odebrane podatnikom. Socjalistą byłby więc inteligent mający rządową posadkę lub inteligent aspirujący do zajęcia takiej posadki, gdy tylko państwo uzna za celowe ją stworzyć. Z kolei klientem inteligenta-socjalisty byłby przysłowiowy proletariusz, w dodatku leń, który nie chce pracować i chciałby żyć na cudzy koszt. Interpretując tak rozumiany socjalizm w kategoriach klasowych, można by rzec, że klasą wyzyskiwaną byliby pracujący, a klasami wyzyskującymi biurokraci i leniuchy. Zapewne niektórzy dodaliby do tego przekonanie, że doktryna Keynesa stanowi uzasadnienie dla takiego modelu gospodarczego. Rzeczywiście, o państwie keynesowskim mawia się czasem, że było to państwo opiekuńcze, które wywalczyli sobie robotnicy i które pod koniec XX wieku zaczęło podupadać wraz z liczebnym kurczeniem się proletariatu.

Piszę to wszystko dlatego, że od pojawił się nowy rodzaj socjalizmu, którego nie żąda ani lud, ani inteligenci. Jest to – nazwa robocza i autorska – socjalizm korporacyjny, czyli socjalizm wielkich korporacji. Doktryna ta narodziła się jako produkt uboczny (i nieprzewidziany) reform epoki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, czyli tzw. neoliberalizmu. Rozmontowanie keynesowskiego państwa interwencjonistycznego spowodowało szybki wzrost wielkich i ponadnarodowych korporacji. Ideolodzy neoliberalni przez długi czas wierzyli, że wzrost ten może być nieskończony, a wielkie kryzysy ekonomiczne – jak ten z 1929 roku – już się nie powtórzą. Niestety, optymizm ten był naiwny. Pokazał to kryzys finansowy z lat 2007-2009. Wtedy najwięksi beneficjenci polityki neoliberalnej, czyli międzynarodowe korporacje, w znacznym stopniu zmieniły swoje nastawienie do państwowego interwencjonizmu. Aż do tej pory środowiska finansjery uważały, że państwo jest prawie zbędne, a jego regulacje ekonomiczne psują rynek i spowalniają wzrost ekonomiczny (dodajmy, że teza ta nie była bezzasadna). Gdy jednak ok. 2008 roku zachodni system bankowy znalazł się w kryzysie, to zgodnie z zasadami neoliberalizmu banki nierozsądnie i głupio pożyczające pieniądze, bez odpowiedniej hipoteki, znalazły się na skraju bankructwa. Wtedy finansiści wpadli na pomysł, że państwo to w sumie jest im zbędne jako regulator gospodarki (bo to „socjalizm”), ale byłoby bardzo pożyteczne, gdyby sfinansowało deficyty w bankach. Miało je sfinansować z podatków od normalnych obywateli lub dodrukować w tym celu pieniądze, obkładając wszystkich swoich obywateli podatkiem inflacyjnym.

W systemie liberalnym w tradycyjnym pojęciu tego słowa, politycy powinni byli wzruszyć ramionami i powiedzieć, że jak ktoś głupio pożycza, to musi sam ponieść tego konsekwencje. Historycy powinni jeszcze dorzucić, że honorowy biznesmen w XIX wieku w sytuacji niewypłacalności strzelał sobie w łeb, a prawnicy zachęcić bankierów do tego czynu, przypominając, że za zaistniałą sytuację jest jeszcze odpowiedzialność karna. Tak się jednak nie stało. Politycy, cała klasa polityczna państw zachodnich była na garnuszku finansistów, którzy nie szczędzili nigdy pieniędzy na ich kampanie wyborcze, a gdy zabrakło państwowej posadki, to przygarniali na stanowiska „doradcze” w swoich bankach i firmach bezrobotnych polityków. Poza tym, przyznajmy uczciwie, finansiści mieli całkiem poważny i racjonalny argument polityczny: wielkimi inwestorami w sektorze bankowym były (i są) różnego rodzaju fundusze inwestycyjne i emerytalne. Bankructwo banków oznaczałoby bankructwo wielu takich funduszy i w tej sytuacji politycy musieliby powiedzieć na przykład 20 milionom ludzi, że zbierane przez nich pieniądze na emeryturę właśnie przestały istnieć. Dlatego rządy wyłożyły setki miliardów dolarów i euros na dofinansowane upadających banków. W tym momencie powstał socjalizm korporacyjny, czyli doktryna, że państwo wspomaga finansowo wielkie korporacje, ponieważ te „są zbyt wielkie, aby upaść”, ponieważ ich upadek oznaczać będzie katastrofę polityczną dla aktualnie rządzących.

Każdy liberał wie, że z socjalizmem jest jak z ćpaniem: gdy zaczniesz dawać sobie w żyłę, to nie możesz przestać. Słusznie liberałowie nauczają, że gdy nauczymy kogoś, że państwo raz mu dało, to przy kolejnych kłopotach ten ktoś kolejny raz przybiegnie po państwowe pieniądze. Dofinansuj raz deficytową firmę, to po pół roku lub za rok będziesz musiał dofinansować ją raz jeszcze, gdyż się to jej „należy” – powiedzą zgodnie jej właściciele i pracownicy. Mechanizm ten identycznie zadziałał w przypadku wielkich korporacji, które wyrosły dzięki polityce neoliberalnej. Dlatego też najwięksi współcześni udziałowcy wielkich korporacji – zbierający się corocznie na Światowych Forach Ekonomicznych w Davos – uznali, że dawna doktryna o zbędności państwa stała się przestarzała. Za pomocą książek przewodniczącego tego Forum, czyli Klausa Schwaba, ogłosili, że państwo ma cały czas pomagać wielkim korporacjom, ponieważ wolny rynek się skończył. Nastał czas socjalizmu korporacyjnego.

Adam Wielomski

Click to rate this post!
[Total: 15 Average: 4.7]
Facebook

15 thoughts on “Wielomski: Socjalizm korporacyjny”

  1. Jak już dawno stwierdził klasyk lewicy, kapitał zmierza do niekończącej się akumulacji. Wielki zachodni kapitał złupił już większość świata, ale napotkał opór ze strony mocarstw azjatyckich, które nie dają się urynkowić i zdemokratyzować. Konflikt jest zatem nieunikniony. Problem jednak polega na tym, że surowce i produkcja są umiejscowione w Azji skąd pochodzą nie tylko śrubki, ale nawet mikroprocesory. W tej sytuacji zablokowanie szlaków handlowych i sankcje ekonomiczne mogą uderzyć bardziej w Zachód niż Azję. Dodatkowo zachodnie społeczeństwa są pacyfistyczne i nie zamierzają tolerować niedostatku z powodu demokratyzowania Chińczyków. I tu dochodzimy do Covida oraz totalnego nadzoru elektronicznego, który w zamyśle ma zapewnić posłuszeństwo suwerena w nadciągającej dobie ostatecznej konfrontacji o akumulację Azjatyckich bogactw przez zachodni kapitał. Oczywiście walka będzie prowadzona jak zawsze o demokrację z azjatyckimi despotiami.

  2. „Historycy powinni jeszcze dorzucić, że honorowy biznesmen w XIX wieku w sytuacji niewypłacalności strzelał sobie w łeb, a prawnicy zachęcić bankierów do tego czynu, przypominając, że za zaistniałą sytuację jest jeszcze odpowiedzialność karna”

    „W tym momencie powstał socjalizm korporacyjny, czyli doktryna, że państwo wspomaga finansowo wielkie korporacje, ponieważ te „są zbyt wielkie, aby upaść”, ponieważ ich upadek oznaczać będzie katastrofę polityczną dla aktualnie rządzących.”

    Zdaje się, że Autor pominął jeden niezwykle istotny szczegół, a mianowicie… skalę prowadzonej działalności. Honorowe strzelenie sobie w łeb może jawić się jako rozwiązanie problemu, gdy biznes jest bardzo niewielki i w zasadzie nie odgrywa żadnej roli w gospodarce. Jeżeli mówimy o osiedlowym bądź wiejskim sklepiku albo lokalnym warsztacie czy knajpce, wtedy rzeczywiście nie ma żadnego problemu. Jeżeli natomiast w grę wchodzi np. bank działający w całym kraju i kredytujący działalność wielu przedsiębiorstw albo gigant przemysłowy, w którym każde miejsce pracy tworzy N miejsc pracy na zewnątrz, sytuacja prezentuje się zupełnie inaczej. I tutaj dochodzimy do sedna problemu. Mianowicie, strategiczne przedsiębiorstwa powinny znajdować się pod kontrolą państwa, ponieważ… w razie problemów i tak będzie musiało je ratować. Prywata na tych polach jest tylko libertariańskim marnotrawstwem zasobów.

    1. „Mianowicie, strategiczne przedsiębiorstwa powinny znajdować się pod kontrolą państwa, ponieważ… w razie problemów i tak będzie musiało je ratować. Prywata na tych polach jest tylko libertariańskim marnotrawstwem zasobów.” – bzdura, jeśli chodzi o banki czy wielkie korporacje, które zyskują niejako strategiczną pozycję w momencie, gdy po protu stają się wielkie. Pana propozycja sprowadza się więc do tego, że można założyć firmę, rozwijać ją np. przez dwa pokolenia i gdy stanie się tak wielka, że ktoś uzna ją za strategiczną, to następuje nacjonalizacja. Mieliśmy już takiego brodatego grubaska, który nie skalał się pracą i miał takie głupie pomysły. Kosztowały życie miliony ludzi.

      1. „bzdura, jeśli chodzi o banki czy wielkie korporacje, które zyskują niejako strategiczną pozycję w momencie, gdy po protu stają się wielkie. Pana propozycja sprowadza się więc do tego, że można założyć firmę, rozwijać ją np. przez dwa pokolenia i gdy stanie się tak wielka, że ktoś uzna ją za strategiczną, to następuje nacjonalizacja. ”

        To nie jest żadna moja propozycja 🙂 Po prostu dostrzegam fakt, że państwo zawsze poradzi sobie bez prywaty, ale z kolei prywata nie przetrwa bez państwa… Jeżeli więc, jak pokazała rzeczywistość, państwo i tak ostatecznie będzie musiało ponosić koszty poważnych błędów prywaty, to wszelka gospodarność przemawia za minimalizacją prawdopodobieństwa wystąpienia takich sytuacji. W tym miejscu należy porzucić straganiarską optykę i zauważyć, że prywatna własność strategicznych przedsiębiorstw jest dla państwa tykającą bombą. Jeżeli eksploduje, państwo będzie musiało samodzielnie sprzątać skutki tejże eksplozji. Nie istnieją więc żadne, oprócz stricte religijnych, argumenty przeciwko państwowej własności przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym dla całej gospodarki.

        Należy też pamiętać, że nie każda działalność prowadzona w odpowiednio dużej skali ma charakter strategiczny. Jeżeli upadnie np. sieć fastfoodów, sklepów z odzieżą czy kin, to skutków ich upadłości w żaden sposób nie porównamy z upadłością banku kredytującego m.in. działalność wielu przedsiębiorstw albo giganta przemysłowego z rozległą siecią dostawców i podwykonawców. To jednak powinno być zmartwieniem tzw. wolnościowców, bo koncentracja kapitału równa się większemu wpływowi na politykę i brutalnemu zwalczaniu konkurencji.

        1. „dostrzegam fakt, że państwo zawsze poradzi sobie bez prywaty, ale z kolei prywata nie przetrwa bez państwa” – to nie jest fakt. Faktem jest, że państwo bez ludzi, którzy realizują swoje prywatne cele i budują państwo nie może istnieć i nie poradzi sobie. Oczywiście nie będę szedł w idiotyczną narrację anarchokapitalistyczną, że państwo jest człowiekowi zbędne, bo nie jest, ale przestańmy opowiadać bzdury, że taki zakres państwa, o jakim Pan mówi, jest konieczny dla ludzi. Nie jest. Może Pan potrzebuje urzędnika od jakości bułek – mnie wystarcza rozum, więc skoro są tacy jak ja, to nie ma powodu twierdzić, że jest inaczej. Po prostu nie można przesadzać ani w jedną ani w drugą stronę i sęk w tym, że zarzucanie „straganiarskiej optyki” jest zwykłą sofistyką, bo nikt nie potrzebuje pomocy państwa, żeby kupić sobie jajka od gospodarza na wsi, natomiast zarzut totalitarnych zapędów przy nacjonalizacji jest prawdziwy, bo zweryfikowany przez historię. Strategiczne przedsiębiorstwa, o których Pan mówi też nie powinny być w rękach państwa tak, jak Pan to rozumie – państwo powinno mieć narzędzia do poskramiania nieodpowiednich praktyk takich przedsiębiorstw. Tylko tyle i aż tyle.

          I oczywiście, że istnieją argumenty poza religijne przeciwko państwowej własności przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym – taki facebook czy google jak najbardziej przecież pod takie znaczenie podpadają. Każde państwo miałoby mieć swojego fb albo google’a? Nonsens, który wykastrowałby możliwości szczególnie tej drugiej platformy. Ponadto daje państwu niebezpieczne narzędzie do cenzurowania informacji. Rolą państwa jest właśnie zapobieganie takim działaniom a nie oddawanie w ręce państwa narzędzi do ich realizowania.

          Pan znów wykazuje tę samą tendencję, jak przy ostatniej rozmowie. Ze status quo wyciąga Pan wnioski o stanie powinnościowym, co jest bez sensu. To, że banki upadają a państwa się angażują w ich ratowanie to jest stan zastany i należy go oceniać jednoznacznie negatywnie. Ale z tego, że tak jest, nie należy wyciągać wniosków o rozwiązaniach. Fałszywe przesłanki prowadzą do fałszywych wniosków. Po prostu banki powinny bankrutować tak samo, jak każdy inny podmiot. To, że państwa pomagały bankom przy ostatnim kryzysie nie oznacza, że tak być powinno – gdyby te banki zbankrutowały to naprawdę nic wielkiego by się nie stało jeśli chodzi o negatywne skutki. Tak naprawdę solidnie uzdrowiłoby to gospodarkę i np. rynek nieruchomości, który jest oparty na pieniądzu z kapelusza. Państwowy bank za każdym razem gdy popełni gafę, zrzuci obowiązek ponoszenia kosztów na obywateli. Prywatny bank gdy popełni gafę powinien zwyczajnie upaść.

          1. „Może Pan potrzebuje urzędnika od jakości bułek”

            Powyższe wynika z całkowitego niezrozumienia problemu 🙂 Państwo może prowadzić zarówno politykę, jak i dowolną działalność gospodarczą, więc jego byt naprawdę nie jest uzależniony od prywaty.

            „państwo powinno mieć narzędzia do poskramiania nieodpowiednich praktyk takich przedsiębiorstw”

            Czyli biurokracja musi puchnąć, żeby więksi nie pożarli na starcie tych mniejszych… A potem płacz, że armia urzędników stale się rozrasta.

            „Każde państwo miałoby mieć swojego fb albo google’a?”

            Działalność Yandexa, VK, Baidu i innych pokazuje, że uniezależnienie się od amerykańskiego monopolisty niesie za sobą szereg korzyści i ogranicza możliwości nacisku z zagranicy.

            „Ponadto daje państwu niebezpieczne narzędzie do cenzurowania informacji.’

            Klasyka gatunku – państwowa cenzura jest be, ale prywatna cacy, chociaż obecnie to państwo jest nieporównywalnie słabszą stroną.

            „Po prostu banki powinny bankrutować tak samo, jak każdy inny podmiot.”

            I to jest właśnie kwintesencja straganiarskiej optyki. Gdyby dany bank obsługiwał garstkę klientów z kilku okolicznych wsi, wtedy rzeczywiście nie byłoby żadnego problemu. Natomiast ratowanie dużych prywatnych banków wynika z tego, że działanie to wymaga znacznie mniej nakładów od zwalczania skutków ich bankructwa z recesją i bezrobociem włącznie. Oczywiście jeszcze bardziej gospodarnym rozwiązaniem jest powierzenie strategicznej działalności gospodarczej państwu, zamiast np. tworzyć armię urzędników, która będzie monitorować kondycję finansową prywatnych banków.

            1. 1. Państwo nie powinno prowadzić dowolnej działalności gospodarczej, bo nie takie są cele państwa. Jego byt jest uzależniony od jego celów, więc siłą rzeczy jest uzależniony od tego, co istotowo wypływa z lepszego gospodarowania przez podmioty prywatne. Inaczej rozumiemy cele państwa, dlatego istnieje spór między nami – Pan potrzebuje państwa na zasadzie Lewiatana, którego macki dosięgają wszędzie. Ja potrzebuję państwa, które zapewni mi warunki do funkcjonowania przez sprawne funkcjonowanie prawa, służb porządkowych, armii etc.

              2. Nie, biurokracja nie musi puchnąć od istnienia narzędzi poskramiania nieodpowiednich praktyk dużych przedsiębiorstw. Biurokracja puchnie, gdy wymaga się, by państwo zajmowało się tym, co wykracza poza jego cele.

              3. Przykłady, które Pan podał pokazują tylko tyle, że monopole nie są wskazane i konkurencja powinna zaistnieć. A zaistnieje, jeśli państwo będzie stwarzało dlań odpowiednie warunki, nie zaś gdy państwo samo stanie się monopolistą.

              4. Wniosek o prywatnej cenzurze jako „cacy” wyciągnął Pan nie z mojego komentarza, tylko z własnej jego interpretacji. Obie sytuacje są niewłaściwe.

              5. Nie, to nie jest straganiarska optyka. Nie ma problemu, jeśli bank obsługuje dużą ilość klientów z całego kraju i zbankrutuje. Pan żyje w przeświadczeniu, że jak bank zbankrutuje, to np. ludzie mają oddawać swoje nieruchomości a to jest nieprawdą – jeśli bank źle obliczył ryzyko, to jego problem, że dawał kredyty hipoteczne byle Januszom, którzy ich nie spłacali. Podobnie z kredytami inwestycyjnymi – jeśli bank nie potrafi właściwie ocenić ryzyka inwestycji i zbankrutuje, to inwestycje dalej się rozwijają, bez obciążenia kredytowego a po tyłku dostają właściciele banku – to oni źle rozpatrzyli sytuację. Nie ma więc potrzeby np. redukcji etatów gdy nagle okazuje się, że nie trzeba spłacać kredytu, bo bank splajtował. Powierzenie strategicznej działalności gospodarczej państwu to nie jest zmniejszanie armii urzędników, tylko jej zwiększanie – osoba pracująca w państwówce jest tym samym, co urzędnik. Zakładanie, że monitorowanie przez państwo np. prywatnych banków jest magicznie lepsze jakościowo niż prywatnych jest żartem niepopartym doświadczeniem historycznym – to nadal będą robiły te same osoby, tylko przy innym pracodawcy. Tak samo jak w prywatnych firmach będą osoby nieudolne, tak samo w państwowych. Co więcej – doświadczenie państwowych np. uczelni pokazuje, że zamiast fachowców weryfikowanych przez relacje międzyludzkie, posadę dostają największe miernoty, które w realiach rynkowych nie mają czego szukać. Z sektora bankowego przykład analafabety Glapińskiego doskonale udowadnia, że państwo oddaje się kolesiostwu a płacą za to podatnicy. Gdy w prywatnym banku jest taki sam schemat, to koszty ponoszą osoby prywatne i to ich sprawa, że zatrudniają miernoty i na tym tracą.

    2. (…)Mianowicie, strategiczne przedsiębiorstwa powinny znajdować się pod kontrolą państwa, ponieważ… w razie problemów i tak będzie musiało je ratować.(…)
      Chciałeś powiedzieć… strategiczne przedsiębiorstwa być uspołecznione.

      1. Zgadzam się, że uspołecznienie nie równa się nacjonalizacji czy, w przypadku samorządów, komunalizacji. Uspołecznieniem byłoby np. przekształcenie przedsiębiorstwa w spółdzielnię zarządzaną przez samych pracowników, o czym tutaj nie ma mowy.

    3. Trzeba bezwzględnie zwalczać panujący kult mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Ideologia MŚP („misiów”) to potężny oręż w rękach propagandy niemieckiej. RFN dążąc do budowy Mitteleuropy, chce za wszelką cenę zdeindustrializować Polskę, Czechy, Słowację, Węgry i republiki bałtyckie. To Niemcy mają być metropolią z innowacyjnym przemysłem elektromaszynowym i wielkimi koncernami, zaś b. demoludy ze swoimi surowcami, rolnictwem i tanią siłą roboczą – będą mogły co najwyżej rozwijać się w sektorze „misiów”, tworząc półprodukty dla niemieckiej gospodarki. Nam przypadnie rola podwykonawców w niższych ogniwach łańcuchów dostaw.

  3. Zupełnie nie przekonuje mnie narracja z pojawieniem się „nowej jakości” czy nowego ruchu. To jest ta sama hybryda, którą mamy od wielu lat, tylko dodano w 2008 roku kolejną kwestię ilościową w ramach mechanizmów interwencjonistycznych (chodzi o kwestię dofinansowania tych „za dużych by upaść” – wcześniej dofinansowywano bądź chroniono je w inny sposób). To nie jest żadna nowa jakość tylko kolejne akcydensy do istoty tego systemu, który rozwija się w tym samym kierunku od co najmniej 60 lat i jest mixem socjalizmu z wolnym rynkiem, przy czym z socjalizmu większość dostaje ochłap a wielkie korporacje ochronę, natomiast wolnego rynku chroni się w taki sposób, żeby nie szkodzić wielkim. Z konsekwencji takiego systemu wynikają monopolistyczne praktyki tych, którzy mają odpowiednie zasoby, by lobbować na rzecz takiego kształtu rzeczywistości. Nie ma to zbyt wiele wspólnego z wolnym rynkiem w sensie libertariańskim ani neoliberalnym, bo sytuację, w której państwo jednak wycofało się z większości interwencji w gospodarkę na świecie nie mieliśmy na dłuższą metę. Mamy specyficzną formę kapitalizmu (rozumianego po prostu szeroko jako system obrotu kapitałem – nie chcę tu dywagować o tym jak kapitał jest rozumiany, bo to się też zmieniało choćby w kwestii rozumienia pieniądza) romansującego z socjalizmem, która to zdegenerowana forma przechodzi przez naturalne, logiczne konsekwencje jej praktykowania. Jak to się skończy? Mówiąc kolokwialnie – pobuja się to jakiś czas, wielcy wydoją małych i zmieni się struktura własnościowa, co widać po kredytach hipotecznych – najpierw sztuczne utrzymywanie zerowych stóp, teraz dramatyczne ich podnoszenie – w efekcie mechanizm ten samym co w 2008 roku, bo banki przejmą hipoteki, ale tym razem są lepiej przygotowane na przyszłość, bo będą oferowały te nieruchomości na innych zasadach (np. wynajem, dzierżawa, etc.). Później pojawi się jakaś rewolucja, wojna, zmiana perspektywy gospodarczej (nikt poważny nie opowiada bzdur, że kapitalizm będzie po kres dziejów – mechanizmy wolnorynkowe tak, bo są elementem prakseologii ale nie cała reszta struktury) i dalej będziemy szukali dziury w całym albo cudownych rozwiązań zapominając o przyczynach tej sytuacji.

  4. Warto przyglądać się kapitalizmowi państwowemu oraz socjalistycznej gospodarce rynkowej.

  5. Praźródłem problemów jest odejście od pieniądza towarowego na rzecz waluty „kreowanej” z powietrza. To zrodziło całą kaskadę patologii (m.in. monstrualnie rozrośnięte państwo „opiekuńcze”) i gigantyzm instytucji finansowych które kupiły sobie odpowiednie ustawodawstwo. Bo miały dosłownie nieograniczone środki. Świadomość tego jest znikoma i właściwie nigdy nie poruszana „w debacie publicznej” (czyżby temat był zanadto antysemicki?), traktuje się to łotrostwo jako coś oczywistego, niewzruszony pewnik który był jest i będzie. Każde reformy obecnego systemu, bez dotykania jego sedna (jak ww.) przewrócą się o własne nogi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.