Witenam, Chiny, Filipiny – czyli gra o Spratly

Ostatnie tygodnie w Azji Południowo-Wschodniej były bardzo nerwowe. Filipiny i Wietnam weszły w ostry spór z Chinami. Przyczyną było nękanie przez okręty chińskiej straży morskiej statków pływających w rejonie spornego archipelagu Wysp Paracelskich pod filipińską lub wietnamską banderą. Podobne emocje wywołała nie pierwszy już raz sprawa położonych bardziej na południe wysp Spratly.

Z pozoru błahy spór o grupy skalistych wysepek, atoli i raf położonych na Morzu Południowochińskim ma długą historię i pozostaje ciągle punktem zapalnym w relacjach pomiędzy Chińską Republiką Ludową, Republiką Chińską (Tajwan), Wietnamem, Filipinami, Malezją i Brunei. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że w swych roszczeniach Pekin powołuje się na mapy kreślone jeszcze w latach 30-tych ubiegłego stulecia, a więc przez reżim Czang Kai-szeka. Z kolei Kuomintang od jakiś z górą 80 lat powołuję się na dość mgliste roszczenia sięgające czasów cesarstwa. Jaka jest więc prawdziwa przyczyna sporu prowokująca gorące demonstracje pod ambasadami, czy wezwania i apele nacjonalistów do zbrojnej rozprawy z konkurentami o władze nad zapomnianymi przez resztę świata wysepkami? Odpowiedź jest bardzo prosta – w obrębie szelfu obu archipelagów spodziewane są duże złoża ropy naftowej, gazu ziemnego oraz innych surowców. Dokładne rozmiary tych złóż nie zostały jeszcze oszacowane, jednak dla wszystkich zainteresowanych gra jest warta świeczki.

Gospodarka Chin zużywa coraz większe ilości energii, Pekin wykorzysta więc każdą okazję aby zaspokoić głód energetyczny. Tania energia pozwali podtrzymać dynamiczny rozwój gospodarki, który przekłada się bezpośrednio na wzrost zamożności społeczeństwa i pozycję ChRL w świecie. Te dwa czynniki są kluczowe dla legitymizacji władzy KPCh oraz powrotu Chin do roli „Państwa Środka”. Problem w tym, że gospodarki Wietnamu, Malezji czy Indonezji także rozwijają się coraz szybciej i potrzebują coraz większej ilości surowców. Tak samo jak kiedyś państwa te są bardzo niechętne do okazywania jakiegokolwiek posłuszeństwa „Cesarstwu Środka”.

Szczególny jest tutaj przypadek Wietnamu. Praktycznie cała tamtejsza narodowa martyrologia jest zbudowana na walce przeciwko Chińczykom. O przyjaznych stosunkach pomiędzy obydwoma państwami można mówić jedynie w okresie wojny wietnamskiej. Wtedy to, na początku lat 70-tych XX w,. Socjalistyczna Republika Wietnamu zrzekła się zdaniem Pekinu wszelkich roszczeń do Wysp Paracelskich i Spratly, tyle że kierownictwo KPW od lat 80-tych nie uznaje tamtej deklaracji za wiążącą. Wzajemne stosunki pozostają napięte od czasów wojny z roku 1979, a w ostatnich latach wzrost potęgi i mocarstwowych aspiracji Chin sprawił, że Wietnam poczuł się znowu zagrożony i rozpoczął poszukiwania silnego sojusznika. Tym sojusznikiem może być oczywiście jedynie dawny wróg- Stany Zjednoczone. Mamy do czynienia z zaskakującym paradoksem: gwałtowny rozwój komunistycznych z nazwy Chin doprowadził do tego czego nie było w stanie zrealizować pół miliona amerykańskich żołnierzy – Hanoi bardzo silnie zabiega o przynajmniej poparcie i ochronę ze strony Waszyngtonu. Obawy Wietnamu są tak głębokie, że gdy na początku bieżącego roku tamtejszy parlament głosował nad decyzją w sprawie budowy linii superszybkiej kolei zdecydowano się przyjąć dużo droższą ofertę Japończyków (shinkansen), byleby tylko nie wpuścić do kraju Chińczyków.

Oba archipelagi stanowią bezsprzecznie jeden z najważniejszych punktów zapalnych w regionie. Wszelkie obawy przed wybuchem wojny można jednak uznać za przesadzone. Obecne pokolenie chińskich przywódców to przede wszystkim technokraci, stawiający na ekspansję gospodarczą, która bardziej pasuje do kreowanego od lat wizerunku „pokojowego mocarstwa. „Gorąca wojna” mogłaby Chinom tylko i wyłącznie zaszkodzić. Podobnie wygląda sytuacja w ocenie innych państw zgłaszających roszczenia. Załagodzenie nowej odsłony sporu stało się więc głównym celem przewodniczącej obecnie ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) Indonezji. W chwili obecnej Jakarta ma już się czym pochwalić. 20 lipca podczas spotkania ministrów krajów ASEAN oraz Chin doszło do uzgodnienia porozumienia zmierzającego do uregulowania kwestii spornych na Morzu Południowochińskim. Wydarzenie to jest dużym sukcesem dla wszystkich stron. ChRL udało się zachować wizerunek „pokojowego mocarstwa”, dążącego do przyjaznych relacji z sąsiadami. Z kolei krajom ASEAN udało rozpocząć się negocjacje zanim przewodnictwo obejmą państwa znajdujące się pod silnym wpływem Chin (Laos, Kambodża). Osiągnięto pewien konsensus oraz stworzono podstawę do poważniejszych negocjacji w nieokreślonej jednak przyszłości.

Jak już wspomniano wyżej siłowe rozwiązanie sporu z udziałem ChRL jest mało prawdopodobne. Istnieje jednak ryzyko konfliktu ze stosunkami chińsko-chińskimi w tle. Tajwan (Republika Chińska) utrzymuje na jednej z wysp Paracelskich placówkę wojskową. Jeżeli kiedykolwiek dojdzie do incydentu z udziałem jej garnizonu i strony wietnamskiej lub filipińskiej może dać to Pekinowi powód do interwencji po stronie Taipei, nawet wbrew woli Tajwanu. Takim działaniem ChRL mogłaby „upiec dwie pieczenie na jednym ogniu” – rozwiązując jednocześnie kwestię archipelagu oraz wystąpić w roli szermierza chińskiej jedności, a tym samym postawić RCh w roli państwa zależnego. Jest to jednak scenariusz czysto hipotetyczny.

W najbliższej przyszłości czeka nas najprawdopodobniej sytuacja patowa. Wszystkie państwa zgłaszające roszczenia do archipelagów, oczywiście z wyjątkiem ChRL, generalnie akceptują propozycję rozwiązania sporu w oparciu o Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza. Tymczasem największe ustępstwo na jakie gotów jest iść Pekin to wspólna eksploatacja złóż. Należy się przy tym spodziewać, że Chińczycy mogą próbować prowadzenia polityki faktów dokonanych i samodzielnie rozpocząć odwierty, a następnie wydobycie surowców. Wiele tutaj zależy od reakcji innych państw regionu oraz USA. Waszyngton już zadeklarował swoje bezwarunkowe poparcie dla Filipin oraz wsparcie dla Wietnamu. Jeżeli Chińczycy podgrzewają spór jedynie aby sprawdzić amerykańską czujność w Azji Płd-Wsch, wtedy USA chcąc zachować swoje dotychczasowe wpływy nie mogą sobie pozwolić na najmniejszą oznakę słabości.

Na szczęście póki co największą konsekwencją sporu jest trwająca na Filipinach kampania na rzecz przemianowania Morza Południowochińskiego na Zachodniofilipińskie… Żyjemy w ciekawych czasach!

Paweł Behrendt

Artykuł ukazał się na portalu:www.polska-azja.pl 

Dodał Stanisław A. Niewiński

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *