„Woda z mózgu”, czyli lekarzu lecz się sam

Ostatnio moją uwagę przykuła książka Marka Wareckiego i Wojciecha Wareckiego „Woda z mózgu manipulacja w mediach”. Jak napisano w notce o autorach są oni psychologami, zajmują się prowadzeniem treningów oraz doradztwem psychologicznym. Parają się także publicystyką. Mają stałą rubrykę m.in. w tygodniku „Solidarność”. Punktem wyjścia książki jest rozróżnienie między manipulacją i perswazją oraz przedstawienie kontekstu historycznego nie tylko manipulacji, ale walki informacyjnej jako takiej. Autorzy w oparciu o prace i opracowania takich specjalistów od walki informacyjnej jak Vladimir Volkoff, Rafał Brzeski, docent Józef Kossecki, Wiktor Suworow czy Anatolij Golicyn w sposób spójny i zrozumiały dla odbiorcy przedstawili podstawowe mechanizmy manipulacji występujących we współczesnych mass mediach.

Bez wątpienia siłą „Wody z mózgu” jest szeroka płaszczyzna jaką naświetlili autorzy, bowiem nie skoncentrowali się tylko na walce informacyjnej i sterowaniu masami, ale ukazali czytelnikowi wpływ mediów na pojedynczą jednostkę. Nie tylko na płaszczyźnie stricte politycznej (zastosowanie neuromarketingu do celów kampanii wyborczej), ale także reklamowej.

Oprócz wcześniej wymienionych ekspertów z zakresu walki informacyjnej autorzy swoje tezy podparli ponadczasowymi spostrzeżeniami Gustawa Le Bona, autora nieśmiertelnej i ciągle aktualnej „Psychologii tłumu”. Nie brakuje także przykładów z „Erystyki” Artura Schopenhauera.

Ukazano też mechanizmy manipulacji i zwalczania przeciwników ideowych przez określone media. Takim jaskrawym przykładem przedstawionym przez autorów jest „Gazeta Wyborcza” i Adam Michnik, którzy wypracowali swoiste modus operandi w walce informacyjnej pozwalające im neutralizować przeciwników za pomocą dwóch instrumentów: sofistyki i spraw sądowych. Podano cały szereg osób i środowisk, które przegrały sprawy sądowe z GW tylko dlatego, że nie dostrzegły sofistycznej i prawnej pułapki w socjotechnice przekazu informacyjnego dziennika z ulicy Czerskiej w Warszawie. Po przeczytaniu tych fragmentów wnioski są oczywiste: osoby nie przeszkolone, nie znające podstaw walki informacyjnej, nawet jeśli mają rację, to dają się wciągnąć w sofistyczne sidła i w konsekwencji przegrywają jeśli nie na płaszczyźnie informacyjnej, to na sali sądowej.

Kolejnym pozytywem książki są ciekawe fragmenty wywiadu ze Stanisławem Remuszko, byłym dziennikarzem GW, który w swojej książce opisał mechanizmy i kulisy powstania imperium medialnego Agora SA. Mało kto wie, że na reklamę książki Stanisława Remuszko założone było swoiste embargo informacyjno – reklamowe. Po prostu największe media nie zamieszczały reklam tej książki. Kulisy tej sprawy i modus operandi socjotechniki przekazu informacyjnego GW, to jeden z najlepszych i najciekawszych fragmentów tej pozycji. Chociażby tylko dla tych kilku stron warto sięgnąć po tę książkę. 

Autorzy w ciekawy sposób przedstawili także manipulowanie odbiorcami mass mediów za pomocą tzw. „autorytetów” i „ekspertów”. W książce przytoczono ciekawe badania naukowe, w których jak się okazało wiele „autorytetów” i „ekspertów” w zderzeniu z nauką i faktami okazało się pseudoautorytetami i pseudoekspertami. Wartością samą w sobie jest przytoczony przez autorów sposób filtrowania informacyjnego i sprawdzania takich „autorytetów” i „ekspertów”. Te kilka punktów – swoistych filtrów informacyjnych, to kolejny bardzo wartościowy element tej książki.

Jednakże do beczki miodu dołożę łyżkę dziegciu, bowiem autorzy, którzy uczulają czytelnika na manipulację, perswazję i dezinformację sami dopuścili się w tej książce tych „grzechów”. Np. powielają ukuty, szczególnie na prawej stronie polskiej sceny politycznej wywodzącej się z „Solidarności” stereotyp jakoby obecna Rosja była przedłużeniem i kontynuacją ZSRR, a sami przywódcy Federacji Rosyjskiej to kontynuatorzy poprzedniego systemu: „(…) Komunistyczna wizja świata, walka klas, ostateczny cel, czyli zagarnięcie całego świata, nie została bynajmniej przezwyciężona; wystarczy spojrzeć na poczynania Putina”. Kolejny cytat: „(…) Putin i Miedwiediew najpierw wygrali informacyjną wojnę domową, zdławili w swoim kraju wolne media i rządzą zgodnie z tradycją samodzierżawia. Starają się za wszelką cenę wskrzesić dość ponurego i niesympatycznego ducha w koszulce z napisem CCCP, z sierpem i młotem w dłoniach, który biega po ościennych krajach nucąc hymn radziecki i grożąc, że wszystkim, co nie będą posłuszni, pozakręcają kurki od gazu i ropy”.

Autorzy nie biorą jednak pod uwagę faktu, że jednak jest różnica pomiędzy Rosją leninowską, stalinowską, epoki Chruszczowa, Breżniewa, Gorbaczowa i Putina. A ten kreowany przez nich na komunistę Putin jest praktykującym prawosławnym, podobnie Miedwiediew. I gdy małżonka gloryfikowanego przez autorów prezydenta Lecha Kaczyńskiego na swoich salonach w Pałacu Prezydenckim przyjmowała przedstawicielki nurtów feministycznych, które promują – używając określenia Jana Pawła II – cywilizację śmierci, to np. Swietłana Miedwiediewa walczyła z aborcją i z cywilizacją śmierci promując wartości prorodzinne poprzez fundację na czele której stoi. Paradoks i ironia losu – których zdają się nie dostrzegać autorzy omawianej książki – polega na tym, że gdy w 2007 r. na 151 posłów PiS za pierwszym realnym instrumentem prorodzinnym w Polsce, czyli ulgą podatkową na dziecko 1200 zł. głosował 1 (słownie: jeden poseł), to Putin w konkretnych decyzjach politycznych wspierał (i nadal wspiera) politykę prorodzinną w Rosji.

Autorzy piszą, że Rosja próbuje odbudować swoją pozycję imperialną. Jest to o tyle dziwny argument, że w Rosji rocznie ubywa ponad 800 tys. ludzi. Ten kraj zwyczajnie wymiera, do tego nakładają się patologie i choroby społeczne. Siłą rzeczy te zjawiska demograficzne w łonie rosyjskiego społeczeństwa mają negatywne odbicie w armii rosyjskiej, w której ponad 30 proc. żołnierzy, to muzułmanie i coraz częstsze są przypadki jawnych nieposłuszeństw muzułmanów wobec słowiańskich oficerów. To zjawisko nabiera takiej mocy, że Kreml poważnie zastanawia się na ograniczeniem poboru muzułmanów do armii. Tak więc Rosja ma swoje wewnętrzne problemy (nie tylko demograficzne, ale i gospodarcze), a poza tym ten kraj zwyczajnie, biologicznie wymiera – Rosjan ubywa w tempie geometrycznym. Konia z rzędem temu kto pokaże w historii choć jedno imperium, które demograficznie wymierało.

Owszem, widać próby gry ze strony Kremla z pozycji siły (surowce energetyczne) z krajami Europy Środkowo – Wschodniej, ale Rosja z tym potencjałem, który posiada może być co najwyżej lokalnym mocarstwem więc pisanie o odbudowie imperium (w kontekście zacofania technologicznego Rosji w stosunku do USA i rosnących w geoekonomiczną siłę Chin) wydaje się być dużym nadużyciem. Co nie znaczy, że piszący tę rzecz uważa, że Rosja nie stanowi pewnego zagrożenia i jest naszym przyjacielem. W polityce (a szczególnie międzynarodowej) nie ma miejsca na przyjaźnie są tylko gry interesów.

Autorzy zarzucają Rosji cyniczną grę informacyjną w stosunku do krajów ościennych i jako jeden z przykładów podają Gruzję. Oczywiście nikt kto obserwuje wydarzenia na geopolitycznej szachownicy świata nie zaprzeczy, że Rosja nie prowadzi działań informacyjnych operując dezinformacją, manipulacją, intoksykacją i innymi instrumentami z arsenału wojny informacyjnej i PSYOPS. Jednakże najciekawsze zawsze jest to, o czym się nie mówi, albo nie pisze, a autorzy dziwnym trafem „zapomnieli” w swojej książce napisać o manipulacjach USA np. w związku z atakiem na Irak. W swojej książce przestrzegają czytelnika przed manipulacją mediów jaką jest kreowanie jakiejś siły politycznej, kraju, albo danego polityka na „wujka samo zło”, a tymczasem sami to czynią przedstawiając zagrożenie dla Polski tylko z jednej strony: Rosji. Rzuca się w oczy fakt, że autorzy przemilczeli amerykańskie i brytyjskie manipulacje i dezinformacje chociażby w związku z prowadzeniem działań militarnych w Iraku i Afganistanie. A byłoby też o czym pisać, bo przykładów można by było podać mnóstwo.

Jest to jeden z najpoważniejszych mankamentów tej książki, iż autorzy nie zachowali proporcji w przytaczaniu negatywnych przykładów manipulacji, dezinformacji i innych sztuczek z arsenału socjotechniki walki informacyjnej. Dlatego siłą rzeczy w trakcie lektury „Wody z mózgu” niezorientowany, np. młody czytelnik może zasugerować się, że jeśli tylko Rosjanie opisani są jako kraj manipulujący i dezinformujący, to tylko oni tak czynią. A mieć pretensje, że Rosjanie używają surowców energetycznych jako jednego z instrumentów realizacji polityki zagranicznej, to tak jakby mieć żal do wielbłąda, iż jest garbaty.

Autorzy w swojej książce użyli także stereotypu w innym miejscu: „(…) Przez całe lata kreowano klimat nienawiści, iście szatańskiej niskiej złośliwości, braku szacunku dla człowieka, Polski i urzędu prezydenta. Prześmiewczego małpowania każdego gestu. Klimatu hałaśliwej hordy rechoczącej koszmarnymi gębami. Jest taki obraz Hieronima Boscha Jezus niosący krzyż (nie chcemy porównywać Lecha Kaczyńskiego do Niego – popełniał błędy i miał wady, niemniej…). Na tym obrazie Zbawiciel niesie swój krzyż a wokół Niego – jedna koło drugiej – są takie same wykrzywione diabelską radością, w wyrazie pogardy i nienawiści, gęby, zbyt często spotykane w świecie polskich mediów”.

Nie wiem jakie były intencje autorów w tym fragmencie, ale jest to użycie klasycznego instrumentu z arsenału socjotechniki propagandy jakim jest stereotyp męczennika, który jest mocno zakodowany w polskim społeczeństwie. O stereotypie męczennika w swoich opracowaniach pisze kilkakrotnie cytowany w „Wodzie z mózgu” docent Józef Kossecki.

W książce zwrócono uwagę na jeden z mechanizmów socjotechniki propagandy jakim jest strach „fear”. Otóż propagandzista nawołuje ludzi do poparcia pewnej idei, a alternatywą jest pewne straszne wydarzenie, do którego ma dojść. Ludzie skłonni są poprzeć proponowaną przez manipulatorów – propagandzistów ideę właśnie ze względu na strach. Propagandzista kreuje sytuację tzw. oblężonej twierdzy i przekonująco odpowiada, iż zagrożenie nadejdzie z konkretnej strony, czy to kraju, nacji czy też grupy społecznej. W „Wodzie z mózgu” autorzy piszą: „(…) Wynika z tego, że z punktu widzenia manipulatorów, władców myśli oglądaczy telewizji czy internetu, stwarzając możliwie spójną i silną wizję rzeczywistości (powrót do władzy PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego można tylko zrównać z Armagedonem, potopem i atakiem dżumy na dodatek) – nawet niechby i prymitywną, żeby nie powiedzieć prostacką – takie widzenie świata dla wielu ludzi stanie się punktem odniesienia i formułowania ocen tego wszystkiego, co ich otacza”.

Szkopuł w tym, że instrument socjotechniczny zwany strachem (fear) stosuje się nie tylko przeciw PiS, ale także media przychylne partii Jarosława Kaczyńskiego z lubością używają tego mechanizmu w stosunku do Platformy Obywatelskiej.

Kolejną ciekawą kwestią jest podanie w jednym z fragmentów jako przeciwwagi dla tendencyjnego dziennikarstwa Moniki Olejnik i Tomasza Lisa publicystyki i prowadzenia wywiadów przez Bronisława Wildsteina: „(…)Wywiady można robić tak jak Tomasz Lis i Monika Olejnik, albo też tak jak Bronisław Wildstein”.

Stawianie Wildsteina jako odwrotności tego, co robią Lis i Olejnik jest wysoce ryzykowne, bowiem publicystyka Bronisława Wildsteina też nie jest wolna od manipulacji, czy nawet zwyczajnych kłamstw. Ot, chociażby warto przypomnieć program Rafała Ziemkiewicza „Ring”, w którym aktor Ryszard Filipski wykazał jak w jednym z artykułów Wildstein skłamał na jego temat pisząc na łamach „Rzeczpospolitej”, że kandydował z „Samoobrony” podczas, gdy Filipski nigdy nie kandydował z listy żadnej partii. Tak na marginesie, to komicznie wyglądała wówczas zakłopotana mina Rafała Ziemkiewicza, który starał się bronić Wildsteina mówiąc, że „może miał złe wiadomości”. Na te słowa Filipski przytomnie zauważył: „to dlaczego ich nie sprawdził?”. Dlatego egzorcyzmowanie Tomasza Lisa i Moniki Olejnik Wildsteinem przez autorów omawianej książki jawi się groteskowo.

Obok Wildsteina jako jeden z pozytywnych przykładów dziennikarstwa autorzy stawiają Tomasza Sakiewicza z „Gazety Polskiej”. Warto przypomnieć, że to właśnie Sakiewicz w tekście „Teraz muszą udowodnić, że tego nie zrobili” zamieszczonym na portalu internetowym tej gazety napisał m.in: „(…)Jeżeli Rosjanie mają jeszcze potrzebę walki o własny wizerunek, muszą udowodnić, że nie zabili prezydenta i 95 towarzyszących mu osób. Nie mogą nas interesować kolejne krętactwa i dywagacje na temat podziału odpowiedzialności”.

Jednym z podstawowych punktów stalinowskiej teorii dowodów Andriuszy Wyszynskiego było udowadnianie przez oskarżonego, że jest niewinny, a tymczasem naczelny tygodnika uchodzącego za główny organ „antykomunistów” zastosował ją w praktyce, czyli w swojej publicystyce wobec Rosji. Wszak charakterystyczna dla naszej cywilizacji zachodniej jest zasada, że to oskarżonemu trzeba dowieść jego winy. W tym sensie właściwe wydaje się być powiedzenie: lekarzu lecz się sam. Dziwne natomiast jest to, że tego nie zauważyli autorzy „Wody z mózgu”, bo przecież o stalinowskiej teorii dowodów pisał cytowany przez nich docent Józef Kossecki w książce „Wpływ totalnej wojny informacyjnej na dzieje PRL”.

Tym niemniej książkę „Woda z mózgu” warto przeczytać z dwóch powodów. Po pierwsze jest w niej zawarta masa ciekawych i istotnych informacji jakich próżno szukać w dużych mediach. Jest to książka wielopłaszczyznowa, bowiem zawiera elementy historii, socjologii, psychologii, politologii, reklamy, a nawet sportu (bardzo ciekawy opis kanalizowania emocji i zainteresowania kibiców przez mass media). W tym sensie bez wątpienia jest to pozycja posiadająca walory edukacyjne.

Drugim powodem dla którego warto ją przeczytać jest sposób w jaki autorzy przemycają w niej swoje poglądy. Jest to dokładnie ten sam mechanizm na który zwraca uwagę Jerzy Topolski w swojej książce „Jak się pisze i rozumie historię? Tajemnice narracji historycznej” i który nazwał „ukrytym bagażem perswazyjnym”. Sposób w jaki autorzy przeciwstawiają „złym” mediom i dziennikarzom (Gazeta Wyborcza, Tomasz Lis, Monika Olejnik) „dobre” media i „dobrych” dziennikarzy (m.in. Bronisław Wildstein, Tomasz Sakiewicz) jest klasycznym przykładem modus operandi socjotechniki przekazu informacyjnego opcji postsolidarnościowej skupionej wokół środowiska PiS i takich mediów jak: „Rzeczpospolita”, „Nasz Dziennik”, „Gazeta Polska” czy fronda.pl. W tym kontekście jest to bardzo pouczająca lektura.

Bardzo ciekawe tezy i spostrzeżenia autorzy wysuwają na sam koniec książki. Trudno nie przyznać im racji, że już na etapie szkolnym powinno się uczyć młodzież obcowania z mass mediami oraz podstaw socjotechniki, aby umiała się bronić przed różnymi formami manipulacji, dezinformacji i intoksykacji w przestrzeni informacyjnej. Wszak w chwili obecnej polskie społeczeństwo przy obecnym rozkładzie służb przeznaczonych do walki informacyjnej jest praktycznie bezbronne wobec różnych metod socjotechniki oraz manipulacji jakie występują w mediach masowych.

Ta książka mogłaby być perełką na rynku wydawniczym i stanowić prawdziwą odtrutkę na medialną szarlatanerię, gdyby nie fakt, że jej autorzy ewidentnie opowiedzieli się po jednej ze stron partyjnych sporów w naszym kraju podciągając pod nią pewne tezy oraz przemilczając niewygodne dla niej kwestie. Daje się to zauważyć podczas lektury tej skądinąd bardzo ciekawej książki.

Tomasz Formicki

Marek Warecki, Wojciech Warecki- „Woda z mózgu. Manipulacja w mediach”, Warszawa 2011, ss. 344.

http://diarium.pl/2011/12/%E2%80%9Ewoda-z-mozgu%E2%80%9D-czyli-lekarzu-lecz-sie-sam/

a.me.

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

0 thoughts on “„Woda z mózgu”, czyli lekarzu lecz się sam”

  1. No cóż, kolejnym dobrym przykładem jest metoda stosowana przez Sektę Smoleńską i Wielką Komisję Antoniego, czyli powoływanie się na bardzo wątpliwy “autorytet” rzekomych tzw. “fachowców”, “profesorów” i “ekspertów”, na dodatek “amerykańskich” przy okazji rozpowszechniania kolejnych bredni na temat katastrofy pod Smoleńskiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *