Wyprawa do Malezji Wschodniej (Borneo malezyjskie) 2012

Oprócz opisywanych miejsc reportaż ten zawiera wiele informacji praktycznych, jak na przykład opisów transportu z miejsca na miejsce.

Rzeczy charakterystyczne dla Malezji:

►Malezja jest podzielona na wschodnią i zachodnią, i zapewniam że ktoś kto był tylko w jednej części nie powinien uważać że dobrze zna całą Malezję. Obydwie części są inne nie tylko przyrodniczo ale także ekonomicznie i kulturowo. Podróż z Malezji zachodniej do Malezji Wschodniej jest zupełnie nową przygodą.

►Dla wyjaśnienia; w Malezji jest wiele etnicznie zróżnicowanych narodów lecz tylko Malajowie oraz mniejszości etniczne z Borneo są na prawdę Malezyjczykami. Hindusi i Chińczycy są obywatelami Malezji ale nie są Malezyjczyjkami, tak samo jak czarni czy muzułmanie w Europie nie są etnicznie Europejczykami.

►Malezyjczycy są bardzo dumni z piękna naturalnego swojego kraju oraz z tego że mają wiele do zaoferowania, i są pewni że turyści będą do nich wracać. Po spędzeniu półtora miesiąca w Malezji uważam że mają rację i mają się czym pochwalić.

►Malezja jest oficjalnie krajem muzułmańskim, pomimo że na terenie Borneo więszość stanowią katolicy, a są także buddyści, taoiści i hinduiści. Islam w Malezji określam jako łagodny choć nie jest on tak łagodny jak w Kazachstanie. Nadal są tu w całości zakryte kobiety oraz kobiety kąpiące się w ubraniach, lecz jest to zjawisko mniej powszechne niż w ultra konserwatywnych krajach. Obywatele Izraela są wykluczeni.

►Malezja ma moim zdaniem przewagę nad sąsiednią Tajlandią, dlatego że piękne wyspy Malezji są ciągle puste, podczas gdy Tajlandia jest przepełniona turystami i bardzo hałaśliwa. Tutaj możemy bardziej odpocząć od ludzi i bliżej natury.

Wstęp

W Malezji byłem już wcześniej, lecz byłem za krótko i był to pobyt nieplanowany, który wyniknął gdy dojechałem do Hat Yai (małego miasta w płd Tajlandii około 3km od Malezji). W roku 2012 byłem już dobrze przygotowany do mojej wyprawy i spędziłem w Malezji całe półtora miesiąca. Zobaczyłem bardzo dobrze Malezję Zachodnią oraz stan Sarawak na Borneo, lecz kraj ten ma tak wiele do zaoferowania że przemierzyłem więcej parków narodowych niż planowałem na początku. Stan Sabah jedynie zacząłem i planuję zobaczyć ten ostatni już region Borneo malezyjskiego w najbliższych latach.

Borneo malezyjskie – krótkie wprowadzenie

Borneo malezyjskie dzieli się na stany Sabah i Sarawak i w oparciu o moje doświadczenie jest to zupełnie inny kraj niż Malezja zachodnia, pomimo że oficjalnie jest to ten sam kraj. Borneo malezyjskie to piękny, wręcz unikalny świat osobliwości przyrody oraz szczególnych kultur. Borneo malezyjskie to bogactwo głębokich dżungli, największych i najgłębszych jaskiń na świecie uformowanych w oryginalny sposób oraz świat pięknych wodospadów i naturalnych, ciepłych basenów. Z drugiej strony Borneo malezyjskie to także świat upału, dużej wilgotności oraz bardzo dokuczliwych komarów i pijawek, lecz wszystkie te rzeczy nie mają znaczenia w porównanu ze wspaniałymi widokami oraz interesującą florą i fauną. Do najciekawszych zaliczam tu przede wszystkim jaskinie Niah oraz Gunung Mulu, a także wspaniały Park Narodowy Bako oraz jego mieszkańców, czyli dumnego obywatela Borneo – małpkę długonosą. Są urocze!!! Poza tym na Borneo mamy szansę na zobaczenie orangutanów w ich naturalnym środowisku oraz przebywanie na pięknych, egzotycznych plażach ze wspaniałymi warunkami do nurkowania. W stanie Sabah mogę polecić między innymi wyprawę na Mount Kinabalu oraz archipelag Semporna. Borneo posiada też takie cuda natury jak największy kraj świata – Rafflesia, oraz rośliny owadożerne. Radzę też uważać na znaki ostrzegające przed atakiem krokodyli.

Na koniec podam także kilka informacji praktycznych do Borneo malezyjskiego. Populacja na tak wielkim obrzarze to około 1.83 million, i są  24 grupy etniczne: Iban (29.5%), Chińczycy (28.9%), Malajowie (20.8%), Bidayuh (8.4%), i inni. Pomimo, że oficjalnie Malezja jest krajem islamskim na Borneo malezyjskie zamieszkuje 29% chrześcijan, 26% muzułmanów oraz 17% buddystów-taoistów. Borneo jest naturalnym rajem gdzie ludzie żyją w harmonii ze sobą i z przyrodą.

Sarawak

Kuching

Kuching jest tradycyjnym wejściem do stanu Sarawak oraz jego stolicą. Dla mnie było to pierwsze miasto na Borneo do którego przyleciałem z Penang. Kuching (co znaczy „kot”) jest ciekawym, niewielkim miastem, które przecina rzeka gdzie znajduje się kolonialna, malajska i chińska zabudowa. Kuching to bardzo przyjemne miasto. Życie toczy się głównie w okolicach rzeki koło której znajduje się ładna promenada z licznymi barami, oraz w restauracjach i chińskich świątyniach, znajdujących się w małych, wąskich uliczkach. Kuching to także miasto wielu ciekawych muzeów, kilku parków oraz egzotycznej roślinności. Jest tu też oczywiście duży pomnik kotów, które powtarzają się w pamiątkach. Zawsze wieczorem otwierane są sklepy z pamiątkami, a na ulicach miejscowi rozkładają także stoiska z malezyjskimi hamburgerami i artykułami ulepszającymi życie seksulane. Koło głównego meczetu znajduje się też staw, stacja autobusowa oraz sieć tanich sklepów i herbaciarni. Kuching jest przyjemne i tanie i jest też znakomitą bazą wypadową do innych, bardzo ciekawych miejsc.

Z lotniska na najbliższy przystanek autobusowy dostałem się autostopem a potem dotarłem „antycznym” autobusem do Kuching za jedyne RM 1.50. Przeszedłem przez kilka ulic i park i dostałem się do hostelu w Chinatown. Za łożko w pokoju wieloosobowym ze śniadaniem zapłaciłem tylko RM 20. W Kuching spędziłem kilka ładnych dni i poza wieloma atrakcjami jakie oferuje miasto, zobaczyłem też wiele ciekawych miejsc poza nim. Pierwszego dnia musiałem się trochę przespać dlatego wyszedłem zwiedzać dopiero po południu. W ciągu paru dni w Kuching, oprócz promenady nad rzeką zawsze tętniącej życiem zobaczyłem wiele interesujących miejsc, choć Kuching samo w sobie i jego pomniki kotów są nawiększą trakcją.

Wszystkie Muzea w Kuching znajdują się w jednym miejscu, wśród pięknych okoliczności przyrody. Są to między innymi Muzeum Sarawak, Muzeum Sztuki oraz Muzeum Historii Naturalnej. Jest także mocno reklamowane przez rząd Muzeum Islamskie, które jest co prawda interesujące lecz przesadne w swej treści. W muzeach tych możemy podziwiać między innymi lokalną sztukę, tradycyjną broń i ubiory oraz szczątki zwierząt z terenów Sarawak. Jest nawet szkielet dinozaura zaraz przy wejściu oraz szkielet wymarłego gada podobnego do krokodyla, także przed wejściem. Wszystkie te muzea są bardzo zajmujące i serdecznie je polecam. Zaraz za nimi znajduje się także bardzo atrakcyjny park z akwariami. Wśród egzotycznych drzew o bogato rozgałęzionych korzeniach pływają ryby oraz w jednym zbiorniku także krokodyl. Muzea znajdują się na pagórku z którego widać teren zielony oraz piękne drzewo, niespotykane w Europie. Niedaleko znajduje się też Muzeum Tekstylne, które jak sama nazwa wskazuje jest pokazem narodowych strojów stanu Sarawak z przestrzeni wieków. Poza tym chodziłem często nad rzeką oraz w dzielnicy Chinatown, byłem w sklepach z pamiątkami i w kilku chińskich świątyniach. Zaraz nad rzeką znajduje się atrakcyjny biały budynek oraz Brooke Memorial a w jego pobliżu w każdy weekend jest organizowany bazar pod gołym niebem. Kuching to przyjemne miejsce do zwiedzania oraz próbowania nowych, dobrych potraw. Dodam jeszcze że po drugiej stronie rzeki znajdują się jeszcze dwa obiekty: Astana oraz Fort Margherita, które w roku 2012 były zamknięte dla zwiedzających.

Semenggoh – Centrum Rehabilitacyjne dla Orangutanów

Semengogoh jest bezpiecznym azylem dla naszych bardzo bliskich krewnych – dla orangutanów. W ośrodku znajduje się las oraz specjalnie ułożone liny i platformy na których odbywa się karmienie. Turyści w ten sposób mogą oglądać orangutany. W Semenggoh nie ma dostatecznej ilości lasów aby można nazwać te warunki w pełni naturalnymi lecz jest to ciągle najlepsze co mogło spotkać orangutany w tych bardzo trudnych dla nich czasach. Sam byłem świadkiem gdy mama i jej dziecko na plecach wzięły banany a potem odkręciły kran z wodą aby się napić. Karmienie odbywa się od 9 rano do 3 popołudniu. W drodze powrotnej zmoczył mnie deszcz lecz całe centrum Semenggoh było bardzo edukacyjnym doświadczeniem, które pokazało mi życie tych wspaniałych kuzynów człowieka w warunkach bliskich do naturalnych, czyli bez krat i ogrodzeń. Semenggoh jest także o wiele tańsze niż podobny ośrodek tego typu w Sepilok w stanie Sabah. Za wejście zapłaciłem tutaj tylko RM 10.

Dostałem się tu lokalnym autobusem za RM 3,5 w jedną stronę, a jazda pod samą bramę parku trwa 40 minut. Radzę przyjechać wcześnie rano gdyż ostatni autobus powrotny do Kuching odjeżdża o 1.30 po południu. Potem pozostaje już tylko autostop lub taxi.

W Semenggoh była zabawna sytuacja z dwoma lesbijkami z Anglii. Jedna była ładną blondynką która do wszystkich się uśmiechała a druga była ostrzyżona na krótko, miała tatuaże i groźne spojrzenie. Gdy próbowałem rozmawiać z blondynką jej dziewczyna od razu ją pilnowała. Potem już w Kuching rozmawiałem z dwoma chłopakami z Niemiec którzy mieli następnego dnia dzielić z nimi łódź do parku Bako, i mieli chytry plan. Zamierzali spić „babo-chłopa” i dobrać się do blondynki. Polska życzy szczęścia!

Park Narodowy Gunung Gading

Kolejną bardzo dobrą wycieczą z Kuching jest park narodowy Gunung Gading, który jest jednym z mniejszych parków lecz mimo to ma bardzo atrakcyjne szlaki pełne egzotycznej roślinności oraz piękne wodospady i naturalne baseny. W Gunung Gading znajduje się wiele pięknych drzew z ogromnym korzeniami rosnącymi na skałach oraz sławny w Malezji największy kwiat świata – Rafflesia. Zainteresowanym radzę jednak najpierw zadzwonić do parku aby zapytać czy któryś akurat kwitnie. Gdy ja byłem w Gunung Gading, Rafflesia dopiero zaczęła rozkwitać i swoim kształtem przypominała wielką, pomarańczową kapustę. Tego dnia nie spotkałem innych zwierząt na dwóch lub czterech łapach, dlatego gdy dotarłem do wodospadu wykąpałem się pod nim nago w naturalnym basenie otoczonym skałami. Było pięknie gdyż byłem otoczony naturą. Rosły tu piękne drzewa pokryte pomarańczowymi grzybami, widziałem kilka pięknych ptaków i formacji skalnych, oraz oczywiście towarzyszył mi szum wody. Czas tutaj jak najbardziej polecam choć chcę zaznaczyć aby koniecznie przyjechać rano.

Dostać się do parku jest bardzo łatwo. Najpierw wziąłem miejski autobus za RM 1,5 do dworca Kuching Sentral, a stamtąd pojechałem do miasteczka Lundu za jedyne RM 12 w jedną stronę. Jazda trwała tylko 1,5h, a z Lundu do parku są jeszcze 3km, które można przejść albo liczyć na taksówkę lub sporadyczny autostop. Ja poszedłem w upale 3km a po drodze zerwałem papaję z drzewa. Przy drodze rośnie ich sporo także polecam.

Park Narodowy Bako

(Wiadomości ogólne i praktyczne, opis piękna naturalnego parku Bako, moje szczególne doświadczenia z parą Chińczyków oraz wesoły powrót autobusem do Kuching)

Park Narodowy Bako jest dużym parkiem narodowym z wieloma interesującymi szlakami oraz wspaniałą dżunglą i żyjącymi w niej zwierzętami. Jednym z nich jest na przykład małpa długonosa, która jest jednym z symboli wyspy Borneo choć wspaniałości parku Bako możnaby długo wymieniać. Bako leży na wybrzeży Morza Południowo-Chińskiego, znajduje się on w małej odległości od Kuching i może się pochwalić między innymi 37 gatunkami ssaków, 184 gatunkami ptaków oraz 24 gatunkami gadów. W Parku znajdują się podstawowe domki dla turystów oraz zawsze obecne dzikie świnie które ryją w ziemi koło nich. W Bako znajduje się 17 różnych szlaków o różnych długościach i stopniu zaawansowania, i pomimo że można zatrudnić przewodnika wszystkie szlaki są tak dobrze oznaczone że można je pokonywać samemu. Wizytę w parku Bako radzę rezerwować z wyprzedzeniem pomimo że nie jest to konieczne. Gdy ja tu byłem najtańsze łóżko w pokoju wieloosobowym kosztowało RM 15.90, choć grupom radzę rezerować cały dom. Z łodziami nigdy nie ma problemu.

Moja przygoda w Parku Narodowym Bako była piękna, i oto jej przebieg:

Najpierw wsiadłem do autobusu w Kuching i po niecałej godzinie dostałem się do nabrzeża Bako Bazaar w Kampung Bako. Cena autobusu w jedną stronę to jedyne RM 3.5. Potem poszedłem do biura nad rzeką aby stamtąd zamówić łódkę do parku, lecz niestety dotarłem tu za późno gdyż aż o 1 po południu i nie miałem z kim dzielić kosztów. Biuro było bardzo przyjemne; całe z drewna, pod dachem i był także drewniany pomost. Do brzego przybija wielu rybaków na swoich łódkach lecz żaden z nich nie chcę płynąć do parku, dlatego nie warto pytać. Po drugiej stronie rzeki znajduje się też wioska rybacka na balach, łącznie z małym meczetem oraz wieloma domkami pokrytymi dyktą. Moją uwagę w tym miejscu zwróciły liczne plakaty i ostrzeżenia na temat ataków krokodyli. Jeden plakat przedstawiał człowieka rozrywanego na strzępy w pysku ogromnego gada. W tamtym momencie zastanawiałem się czy człowiek który robił to zdjęcie miał jakiekolwiek uczucia. Na stole była też czaszka wielkiego krokodyla razem z jego wielkimi zębami. Całe biuro było więc przyjemne ale towarzyszył mu także dreszcz emocji związanych z wciąganiem po wodę i rozrywaniem na strzępy. Wracając do dalszego transportu, jedyną możliwością dostania się do parku Bako jest łódź, tórej wynajęcie kosztuje RM 94 w obie strony. Jeśli podzielić koszty na cztery lub pięć osób nie byłoby problemu lecz dla mnie samego było zbyt drogo. Szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło gdyż po godzinie czekania weszła młoda para z Chin. Chłopak chwalił się, że był bardzo bogaty gdyż wygrał mnóstwo pieniędzy w kasynach i dlatego zapłaci za łódź oraz zapłaci także za mój pokój, gdyż wynajął już cały dom na terenie parku gdzie i tak były dwa pokoje. Super! W końcu biedny podróżnik z Polski na tradycyjnie bardzo, bardzo niskim budżecie dostał coś za darmo. Z grzeczności oczywiście pytałem czy na pewno chce za mnie zapłacić ale on cały czas podkreślał swoje bogactwo. Mówił, że przegrał trochę pieniędzy w Singapurze ale wygrał fortunę w Makao. Ja oczywiście byłem w obydwu tych miejscach. Zapłaciłem więc tylko RM 20 za bilet do parku, po czym wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy. Kierowca łódki się nie śpieszył abyśmy mogli podziwiać piękne, morskie widoki, a potem były także interesujące formacje skalne wyłaniające się z morza oraz przy samym porcie las suszonych drzew wyłaniający się spod wody. Podczas rejsu rozmawialiśmy trochę lecz zacząłem się czuć niezręcznie gdyż Chinka była dla mnie aż za miła. Usiadła przy mnie, objęła mnie i kazała swojemu chłopakowi zrobić nam zdjęcie. Zrobiło się jeszcze dziwniej gdy zaczęli rozmawiać po chińsku, a potem on mi oznajmił że w drodze rewanżu za darmowy pobyt i transport do parku prosi mnie abym zabrał jego dziewczynę na samotną wyprawę przez dżunglę. Co miałem powiedzieć? Oczywiście zgodziłem się a Chinka zrobiła mi jeszcze jedno zdjęcie. Jej chłopak natomiast palił papierosy i mówił że był zbyt zmęczony na przeprawę przez park. Chinka jednak nie była i nie mogła się doczekać. Gdy wyszliśmy na brzeg w parku, najpierw zobaczyliśmu dużo małp siedzących na poręczach, a potem idąc przez dżunglę po drewnianym podeście ruszyliśmy w stronę domu.W tej okolicy pasło się dużo dzikich, choć teraz już raczej udomowionych świn, które jadły resztki jedzenia. Możnaby nawet powiedzieć, że mieszkałem w pięknym chlewie gdyż zaraz pod moim oknem, czarne owłosione świnie także spały, pierdziały i wydawały ciekawe odgłosy. Pokój był jednak za darmo i to nawet niezły biorąc pod uwagę mój bardzo niski standard, a wielkim jego atutem było też to że znajdował się wśród wspaniałej przyrody. Chińczycy mieszkali obok. Tego samego dnia poszedłem z Chińczykami nad morze przez dżunglę aby się wykąpać w morzu. Chinka natomiast stała na skałach i robiła mi zdjęcia a jej chłopak siedział na ławce i palił papierosy. Przechodziliśmy też przez most pomiędzy pniami drzew wystającymi z wody a dżunglą. Stojąc tutaj widziałem dumnego obywatela wyspy Borneo, czyli małpkę Proboscis. Jest to małpa długonosa żyjąca najczęściej w lasach mangrowych z charakterystycznym, długim nosem. Przyroda oraz parę innych gatunków małp siedzących zaraz koło mnie były oczywiście piękne. Tego wieczora, po przyjemnym spacerze i morskiej kąpieli przechadzałem się jeszcze po plaży w pobliżu interesujących formacji skalnych. Goniłem też dzikie świnie co zawsze jest przyjemne, aż w końcu jedna była tak zmęczona że się położyła i dała głaskać. Potem wróciłem do swojego pokoju lecz zatrzasnąłem klucz w środku dlatego musiałem wejść przez okno co wymagało trochę pracy.

Tego samego wieczora wybrałem się też z grupą na oglądanie dżungli nocą i udało mi się znaleźć zieloną żmiję. Grupa była przerażona tym bardziej że wąż ten jest silnie jadowity, lecz ja wziąłem go na patyk podtrzymując ogon ręką. Węże są moja pasją. W swoim mieszkaniu, w sypialni trzymam kilka dusicieli a gdy byłem w Indiach i na Sri Lance trenowałem z kobrami. Ze żmijami miałem w tamtym czasie najmniejsze doświadczenie. Wycieczka ta kosztowała RM 15 lecz jeśli ktoś chce zaoszczędzić można się wybrać samemu pod warukiem, że posiadamy bardzo mocną latarkę. Należy te uważnie patrzeć na drzewa, liście i szczeliny w konarach drzew gdyż wszędzie kryje się życie.

Następnego dnia wybrałem się z Chinką na całodniową wyprawę. Nie było łatwo gdyż musieliśmy się wspinać po korzeniach drzew, przechodziliśmy przez dżunglę i pustynię, lecz mimo to Chinka wystroiła się w klapki. Poszliśmy Waterfall trail czyi wielokilometrowy, bardzo przyjemny marsz przez różne części parku. Na koniec zatrzymaliśmy się przy wodospadzie otoczonym wspaniałą egzotyczną roślinnością oraz naturalnym basenem, w którym oczywiście pływałem. Woda była przyjemnie zimna co dawało ulgę od upału i komarów. Chinka w tym czasie fotografowała przyrodę a ja delektowałem się wspaniałą wodą i otoczeniem. Spotkałem w tym miejscu chłopaka z Kanady co było dobre gdyż nareszcie mogłem się kimś bez problemu dogadać. Potem wróciłem z moją Chinką tą samą, piekną drogą nad morze. Cały dzień był bardzo udany a przyroda piękna.

Następnego dnia po południu wsiadłem do łodzi razem z chłopakiem z Kanady i z Chińczykami, i popłynęliśmy do biura parku. Tam Chińczycy wzięli taksówkę do Kuching a ja z moim kompanem poszliśmy na smażony ryż w pobliskiej knajpie bardzo niskiej klasy. Był tu jednak widok na rzekę i wioskę na balach, wnętrzności ryb na brzegu oraz bardzo dobry posiłek z chilli. Siedziałem pod drewnianym dachem jedząc za grosze na końcu świata i byłem bardzo szczęśliwy. Potem wsiedliśmy do autobusu za jedyne RM 3,5 i pojechaliśmy do Kuching. Podczas jazdy pewnie z powody zmęczena słońcem wyszło jednak nasze chamstwo i potem zdaliśmy sobie sprawę że musimy się jednak kontrolować. Jechały z nami dwie piękne kobiety o bardzo wydatnych kształtach a ja i Kanadyjczyk siedzieliśmy daleko od siebie więc musieliśmy głośno do siebie mówić. Po paru epitetach na temat ich piersi i całej reszty zdaliśmy sobie sprawę że byliśmy w Malezji gdzie ludzie mówią dobrze po angielsku. Kanadyjczyk właśnie przybył z Chin gdzie mówili tylko po chińsku a ja po prostu chamsko się gapiłem i komentowałem. Cóż za kompletny brak manier ze strony podróżnika z Polski, choć gdyby zatrzymała mnie policja byłem udokumentowanym Brytyjczykiem, więc przynajmniej Polsce nie przyniósłbym wstydu. Na marginesie dwa paszporty to dobra sprawa. Zależnie od cen wiz i polityki imigracyjnej mogę sobie wybrać kim chcę być. Polski paszport jest super gdyż wizy są tańsze i mamy mniej na sumieniu. Najgorzej i najdrożej mają zawsze Amerykanie.

Dodam jeszcze, że do parku Bako opłaca się wziąć trochę swojego jedzenia i napojów gdyż na miejscu jest drogo.

Wioska kulturowa Damai

Damai znajduje się na wybrzeżu zwanym Peninsulą Santubong i jest popularnym miejscem dla bogatych turystów, dlatego że znajdują się najlepsze hotele i bogate domy „tłustych portfeli”. Jest tu także przyjemna plaża, pole golfowe i kilka dobrych restauracji. Powstaje więc pytanie, co tak biedny turysta jak ja robi w takim miejscu jak Damai. Otóż jest tutaj także Wioska Kulturowa Damai, która jest muzeum pod gołym niebem. Wioska ta jest okazem tradycyjnych, starodawnych domów zbudowanych przez ludy stanu Sarawak, takie jak Iban, Melanau, Bidayuh i Orang Ulu. Znajdują się tu także malajskie i chińskie domy. Są one zbudowane z drewna, mają różne kształty i wysokości, a ich przeznaczenie zależy od kultury danej mniejszości etnicznej. Można tu także postrzelać ze specjalnej rurki bambusowej służącej do strącania małp zatrutymi strzałkami. Znajduje się tu także parę sklepów pod strzechą gdzie można kupić miejscowe, naturalne wyroby od ludzi ubranych w tradycyjny sposób. Domy (czyli tradycjne longhouses) to bardzo ciekawa podróż wiele stuleci wstecz, którą jak najbardziej polecam. Na koniec było też zabawne przedstawienie kulturowe. Po wszystkim kąpałem się w morzu.

Do Damai, do hotelu Singgahsana Lodge otoczonego egzotyczną roślinnością, dostałem się zorganizowanym busem z hotelu Grand Margherita w Kuching (zaraz koło pomnika kotów), a jazda trwała około 45 minut. Za transport w dwie strony razem z wejściem do Wioski Kulturowej zapłaciłem RM 75. Gdy ja tu byłem, czyli w październiku 2012 nie było miejskich autobusów a zostanie na noc w Damai jest drogie. Jest to więc ciekawa wycieczka jednodniowa. Zainteresowani mogą też odbyć spacer przez dżunglę oraz odwiedzić pobliską wioskę rybacką Kampung Buntal gdzie znajduje się kilka restauracji w owocami morza.

Transport z Kuching do parku Batu Niah

Z dworca autobusowego Kuching Central wziąłem autobus nocny jadący w kierunku Miri. Na początku planowałem pojechać do Miri aby potem wrócić aż 115 km, lecz pomyślałem że nie ma to sensu, dlatego wysiadłem na dworcu niedaleko skrzyżowania gdzie znajdował się skręt do parku narodowego. Do tego momentu jazda trwała 14h i kosztowała mnie RM 80. Na dworcu dawali bardzo dobre jedzenie i polecam zwłaszcza ryby z ryżem w malajskim sosie i do tego warzywa. Potem poszedłem na skrzyżowanie, usiadłem na drodze i złapałem autostop. Od rozwidlenia dróg do bramy parku jest jeszcze 15km także lepiej aby ktoś się zatrzymał. Ja miałem szczęście.

Z Miri należy pojechać autobusem 102 km do rozstaju dróg w stronę Kuching, a potem ostatnie 13 km autostopem lub taksówką. Trochę bliżej jest z miasteczka koło parku, o nazwie Batu Niah lecz nie ma potrzeby tam jechać.

Park Narodowy Jaskiń Niah

(Dokładny przewodnik po parku Niah)

115 km od Miri znajduje się jeden z wielu fenomenów piękna naturalnego Borneo i świata – Jaskinie Niah. Jest to niewielki park narodowy gdyż zajmuje on tylko 32 km² i obok fascynujących jaskiń w parku narodowym Mulu, Niah są jednymi z największych atrakcji stanu Sarawak. Poza dżunglą i jej piekną naturą, oraz krokodylami żyjącymi w rzece, jaskinie Niah są dowodem na istnenie pierwszych cywilacji żyjących na tych terenach. Turyści przyjeżdżają tu zazwyczaj tylko po to aby zobaczyć jedną jaskinię lecz ja zrobiłem o wiele więcej. Wejście do parku kosztowało mnie RM 20 a pokój RM 42 lecz ja zapłaciłem RM 20, dlatego że dzieliłem pokój z Japończykiem.

Dzień I – Jaskinie

Pierwszego dnia wybrałem się na 8km przeprawę przez dżunglę. Najpierw przedostałem się łódką przez rzekę gdzie znajdowało się ostrzeżenie o atakach krokodyli, a potem udałem się na moją przygodę. Po prawo znajdowało się Muzeum Archeologiczne, gdzie zobaczyłem  wystawy nawiązujące do archeologii, geologii i ekologii jaskiń. Jest to też ostatnie miejsce gdzie można kupić wodę a w drodze powrotnej pamiątki. Był oczywiście upał i ogromna wilgotność dlatego w takich warunkach nie było łatwo. Pomimo, że w dżungli jest zbudowane drewniane przejście nad ziemią, czasami było ono połamane przez powalone drzewo. Oprócz egzotycznej przyrody hitem tego dnia były trzy duże jaskinie, które są głównym powodem przyjazdu do Niah. Najpierw poszedłem 3,1km do Jaskini Sprzedawców, czyli ogromnej otwartej jaskini leżącej na zboczu góry. W jaskini tej ciekawe są interesujące formacje skalne oraz fakt że nie ma ona jednego zamkniętego wejścia. Jeśli chodzi o jej rozmiar to myślę, że zmieściłaby w sobie trzy korty tenisowe. Następnie poszedłem kolejne 1,4km do Wielkiej Jaskini, która była niegdyś miejscem chowania zmarłych nawet 40000 lat temu. Wielka Jaskinia była rzeczywiście ogromna, choć aby poznać jej wielkość należy wejść głębiej gdyż w środku znajduje się kilka ciemnych korytarzy, przepaści oraz fascynujących formacji skalnych. Wszystko to oczywiście w towarzystwie pół miliona nietoperzy oraz smrodu ich odchodów. Wielka Jaskinia jest tak ogromna, że tylko jej wejście jest szerokie na 250 metrów a w najwyższym punkcie ma 60 metrów wysokości. Następnie drewniane schody prowadzą przez absolutną ciemność, poprzez mroczny  labirynt do miejsca gdzie zaczynamy widzieć światło dzienne. W drodze przez labirynt kierujący się ku dołowi, gdzie czasem sufit jest trochę za nisko, niezbędna jest latarka gdyż nie widać absolutnie nic. Co dziwne nietoperze też nie zawsze widzą gdyż jeden przelatując zderzył się ze mną. Potem dotarłem do Malowanej Jaskini, która jest mniejsza lecz jak nazwa wskazuje jest atrakcyjna z powodu malunków na skałach. Malowana Jaskinia też nie jest łatwa gdyż dla bardziej ambitnych fotografów w grę wchodzi wspinanie po nierównym terenie. Dalej znajduje się wysokie, żelazne ogrodzenie, które oddzila nas od reszty parku. Zazwyczaj gdy turyści widzą wielką, żelazną bramę od razu zawracają. W bramie jest jednak jeden brakujący element, co po krótkiej wspinaczce pozwala na przedostanie się na drugą stronę. Nie żałowałem gdyż część parku zamknięta dla turystów też była bardzo ciekawa i przygodowa. Tutaj drewniana droga była często połamana przez powalone drzewa, a że była pora deszczowa musiałem zejść na podmokły teren dżunglii i znowu wspinać się na istniejącą drogę. Raz też nadepnąłem na gwóźdź co nie było przyjemne. Potem szedłem poprzez dżunglę obserwując wielkie drzewa z ogromnymi, wysokimi konarami, skały owinięte korzeniami drzew i co jakiś czas także wąskie dopływy rzeki. Było wspaniale i był to bardzo ciekawy, edukacyjny dzień lecz także bardzo męczący. Po powrocie miałem odpocząć trochę i iść nad rzekę aby świecić krokodylom po oczach, lecz byłem tak wykończony że już nie wstałem. Spędziłem całą noc w autobusie z Kuching, potem wziąłem autostop i od razu udałem się na męczącą wyprawę w ciężkich warunkach. Jaskinie Niah kosztowały mnie sporo zdrowia.

Dzień II – przeprawa przez dżunglę i wspinaczka na Bukit Kasut

Moja wyprawa tego dnia była tylko z pozoru łatwa. Najpierw przedostałem się przez rzekę a potem szedłem około godziny przez dżunglę. Był to przyjemny spacer w wilgotnym upale oraz w towarzystwie owadów. Pierwsza faza była więc bardzo łatwa, lecz potem dotarłem do podnóża wapiennej ściany i od tego momentu robiło się trudniej. Na początku wchodziłem po schodach, a przy samym ich końcu usiadłem z ludźmi tam pracującymi przy zbieraniu ptasich gniazd z jaskiń. Z tego co wiem w  parku Niah żyje 59 gatunków ptaków i jeden z nich używa swojej śliny do produkcji gniazd, które z czasem twardnieją. Biedni ludzie wspinają się po ścianach jaskiń bez zabezpieczenia po to aby zdobyć te gniazda. Dlaczego? Dla Chińczyków jest to afrodyzjak wart nawet $2000 za kilogram. Robią z tego zupę i piją, mimo że każdego roku zbieracze gniazd spadają ze ścian i umierają.

Potem zaczęła się moja wspinaczka na Bukit Kasut. Pomimo że szczyt ma tylko 205 metrów wysokości, stanowi on spore wyzwanie dla śmiałków, ktorzy chcą się dostać na samą górę. Wspinałem się po pionowych ścianach trzymając się drzew, korzeni i szczelin w skałach. Natomiast potem miałem pomoc w postaci lin i drabin przymocowanych do pionowych ścian. Na szlaku było wiele pięknych roślin i formacji skalnych lecz upał i trud wspinaczki sprawił że w tamtych chwilach większą wagę przywiązywałem do tego aby nie spaść. Po dostaniu się na szczyt byłem przede wszystkim z siebie zadowolony że w końcu dotarłem bo nie było łatwo. Na wierzchołku znajdowały się interesujące skały oraz rośliny skalne charakterystyczne dla Borneo. Niektóre z nich przypominały drzewa iglaste a inne długie kaktusy lub aloes, lecz były to inne gatunki. Po demną znajdowała się gęsta dżungla oraz jej wysokie konopie a dalej na horyzoncie miasteczko Batu Niah, plantacje oleju palmowego, i w oddali także Morze Południowo Chińskie.

Cała wspinaczka była ciężka i piękna lecz nie polecam jej każdemu z uwagi na bezpieczeństwo. Są łatwiejsze miejsca lecz są także bardzo trudne gdzie ściany są pionowe i jedyną pomocą są ostre szczeliny skał i korzenie drzew. Ważne też jest aby zostać na szlaku, a przy zmęczeniu i w upale można się łatwo pomylić. Dla odważnych i pewnych siebie jest to jednak wspaniała przygoda.

Transport z parku Niah do Miri

Najpierw autostopem do stacji autobusowej gdzie zjadłem coś pysznego, a potem autobusem do Miri za RM 10.

Miri

Miri to przyjemne miasto leżące 123 km od Sułtanatu Brunei, które znajduje się blisko wielu wspaniałych parków narodowych, jak na przykład wcześniej opisywane jaskinie Niah. Mieszkałem tu w tanim hostelu o nazwie Minda Guesthouse gdzie za łożko w klimatyzowanym wieloosobowym pokoju zapłaciłem tylko RM 20. Miri jest bardzo małe dlatego przeszedłem je całe w niecały dzień. Pomimo, że jest tu na tyle przyjemnie że można spędzić nawet dwa dni, najlepsze atrakcje znajdują się poza miastem. Będąc w Miri poszedłem do kilku ciekawych miejsc lecz osobom nie zainteresowanym zwiedzaniem polecam dobrą kuchnię, parę ładnych parków w mieście oraz dyskotekę na przeciwko hotelu. Będąc w Miri poszedłem między innymi na bazar turystyczny gdzie mogłem kupić pamiątki z podróży, lecz było niestety zbyt drogo. Miri jest niestety trochę droższe jeśli chodzi o pamiątki, dlatego że Brunei jest dość blisko i przyjeżdża trochę turystów. Potem byłem w małym parku z oczkiem wodnym a następnie wszedłem na górę aby zobaczyć Petroleum Museum. Podobno jest to jedno z najlepszych miejsc aby zobaczyć proces wydobywania ropy naftowej. Na zewnątrz było parę ciekawych ekspozycji lecz tego dnia była wystawa dinozaurów, których już widziałem wiele. Następnie poszedłem do Centrum Turystycznego, które jest bardzo dobrym źródłem informacji jeśli chodzi o podróż po stanie Sarawak. Stamtąd poszedłem na bazar centralny Tamu Muhibbah, który jest dobrym miejscem na kupienie egzotycznych warzyw. Nieopodal jest też inny bazar, z ubraniami, a zaraz za nim znajduje się chińska świątynia San Ching Tian, która jest największą taoistyczną świątynią w Azji Płd-Wsch. Wieczorem natomiast chodziłem po mieście, przysiadłem na malajską przekąskę oraz nazrywałem mango prosto z drzewa. Przyznam się też że drzewo mango znajdowało się na terenie meczetu, dlatego musiałem to robić pod osłoną nocy. Muzułmanie modlili się a ja zrywałem mango, jednocześnie zjadając jeden lub dwa. Potem umyłem ręce w ich basenie i wyszedłem. Jednak meczety też się do czegoś przydają.

Do Miri wiele razy jeszcze wracałem gdyż była to moja baza wypadowa do okolicznych parków narodowych.

Transport z Miri do Parku Narodowego Mulu

Jedyną drogą do Parku Narodowego Mulu którą ja polecam to samolot. Do parku Mulu można się też podobno dostać łodzią, lecz ta podróż trwa wieki i jest droższa. Z Miri do Mulu odlatają małe samoloty w których jest 50 siedzeń i radzę zarezerwować samemu przez internet aby było taniej. W biurze chcieli mi sprzedać ten lot za RM 350, natomiast ja zapłaciłem RM 272. Lot należy rezerować na www.maswings.com.my i polecam te linię jako szybki i niedrogi sposób poruszania się po Borneo malezyjskim. Z Miri można się dostać na przykład do Kelabit Highlands oraz każdego innego miejsca na Borneo. Aby jednak nie tracić na przygodzie ja używam lotów tylko wtedy gdy jest konieczne. Lot z Miri do Mulu trwa 0,5h i na pokładzie dostałem też napój. Na lotnisko dostałem autobusem do głównej drogi, a potem kilka kilometrów na piechotę i autostopem. Radzę wziąć ze sobą trochę przekąsek. Park Narodowy Mulu znajduje się około 110km na południowy wschód od Miri.

Park Narodowy Mulu

Park Narodowy Mulu jest światowym fenomenem przyrodniczym i jednym z największych bogactw środowiska naturalnego. Park Mulu ma pierwotne lasy deszczowe, unikalną florę i faunę oraz największe jaskinie na świecie, z których zwłaszcza jedna mogłaby zmieścić około 15 boisk do piłki nożnej. Jedna z jaskiń jest domem dla około 3.5 mln nietoperzy. W Parku Mulu są także dzikie koty i czarne niedźwiedzie lecz aby je zobaczyć należałoby iść przynajmniej tydzień w głąb dżungli. Jeden z przewodników powiedział że pracuje w parku od 16 lat i dzikiego kota widział tylko raz przez około 2 sekundy, dlatego park ten polecam tylko jako unikalnie piękne miejsce gdzie możemy podziwiać egzotyczną przyrodę i zapierające dech w piersiach formacje skalne.

Po krótkim locie odebrałem szybko bagaż i zapytałem o tanie zakwaterowanie. Niestety na terenie paru jedna noc kosztuje od RM 40 nawet do RM 200. Ja jednak wsiadłem do małego busika za jedyne RM 5 i kierowca zawiózł mnie pod bramę parku. Tam w zamieszkałem w prywatnym domu gościnnym za jedyne RM 20. Nie zgadzam się więc z tym że akurat w tym przypadku pokoje należy rezerować z wyprzedzeniem. Park Mulu jest bardzo popularny dlatego z roku na rok będzie coraz łatwiej z tanim zakwaterowaniem. Mieszkałem zaraz nad rzeką w domu na  drewnianych balach a po drugiej stronie rosły wysokie konopie parku Mulu. Krajobraz i cisza tego miejsca były kojące i myślę że także niezbędne dla kogoś kto mieszka na co dzień w dużym mieście. Po niedługim czasie poszedłem się zarejestrować i zapłacić RM 10 za wejście.Wejście jest co prawda tanie lecz potem za każdą wycieczkę trzeba płacić osobno, co sprawia że po dodaniu cena rośnie. Wejście do parku prowadziło przez most wiszący nad rwącą rzeką a przed nim znajdowała się mała knajpa. Posiłek kosztował tu około RM 10 a reszta cen była bardziej wygórowana niż w Miri. Samo biuro było ozdobione w najpiękniejsze zdjęcia natury pochodzące z parku Miri, a Panie w biurze były bardzo pomocne.

Podczas mojego pobytu w parku Mulu odbyłem następujące wycieczki:

►pierwszego dnia poszedłem na wieżę obserwacyjną, która znajduje się pół godziny od bram parku. Jest to kilkupiętrowa wieża oblepiona plakatami takich zwierząt jak na przykład ptak hornbill, czyli duma Borneo. Pośród wysokich konopii na samym szczycie wieży miałem nadzieję, że zobaczę te piekne ptaki lecz należy to sobie niestety wybić z głowy. Słyszałem ich odgłosy i trzepot skrzydeł, lecz wszystkie zwierzęta mieszkające w dżungli są mistrzami kamuflarzu. Jest to przyjemne doświadczenie ze względu na przyrodę oraz obserwacje bardzo wysokich drzew na różnych poziomach. Ta przyjemność jest za darmo. Należy tylko zostawić zwrotny depozyt w wysokości RM 50.

►Jaskinie Deer Cave i Lang Cave. Była to jedna z najciekawszych wycieczek, podczas której najpierw szedłem około godziny przez dżunglę i podziwałem ogromne drzewa i ich masywne korzenie.

Deer Cave jest jedną z  największych atrakcji parku i jedną z największych jaskiń świata. Jaskinia ta ma 174m szerokości, 122m metry wysokości w jej najwyższym punkcie oraz ponad 2km długości. Jaskinia ta jest bardzo silnie powiązana z geologiczną przeszłością Borneo gdyż wewnątrz znajdują się wapienne skały powstałem w wyniku sprężonych muszli morskich i dalej rozbudowane w powstałych lagunach powstałych przez rafy koralowe. Aby zdać sobie sprawę z ogromnej wielkości tej jaskini niestety mój opis polegający na kilku informacjach nie wystarczy, gdyż mejsce to jest tak potężnym tworem natury. Oprócz tego przejścia w jaskini znajdują się na różnych poziomach. Natomiast woda deszczowa wpadająca do środka poprzez małe szczeliny, powoduje że skała wapniowa pęka i formuje się na różne kształty co jeszcze bardziej pogłębia tę jaskinię. Na samym dole jest też rwąca rzeka, która także pogłębia Deer Cave i łączy ją w ten sposób z Lang Cave. Do tego wszystkiego Deer Cave ma jeszcze dwa bardzo istotne elementy. Pierwsza z nich to formacja skalna w kształcie głowy Abrahama Lincolna a drugi to około 3,5mln nietoperzy codziennie wylatujących z jaskini. Jest tu też punkt obserwacyjny z którego można je oglądać.

Inną jaskinią na tej samej wycieczce jest Lang Cave, która jest kolejnym pokazem „jaskiniowej architektury” w jej najlepszym wydaniu. Lang Cave nie jest tak duża, lecz jest bardzo ciekawa i znajduje się obok Deer Cave i obserwatorium nietoperzy. Wchodząc po betonowej, a potem po drewnianej podłodze możemy oglądać podświetlone skały wapienne w opływowych kształtach. Są tutaj masywne stalagmity i stalaktyty, oraz drobne chropowate skały na nieregularnych sufitach. Lang Cave jest mokra gdyż przez cały czas spływa do niej woda. Niestety jedynym złym punktem programu jest to, że jak to zawsze bywa w jaskiniach jest za ciemno na ostre zdjęcia.

Deer Cave i Lang Cave można zobaczyć na jedenj wycieczce za jedyne RM 20.

►Tego samego dnia późnym wieczorem wybrałem się na samotną wędrówkę po Botanicznym Szlaku Nocnym, jak jest to nazywane w Mulu. Szedłem małą ścieżką pomiędzy drzewami i obserwowałem życie nocne. Było to bardzo interesujące gdyż nocą dżungla jest zupełnie inna. Ta atrakcja jest za darmo.

►Następnego dnia wybrałem się na wycieczkę aby zobaczyć Clearwater Cave i Cave of the Wind. Ta wycieczka była bardzo ciekawa gdyż najpierw płynęliśmy długą, wąską łódką i czasem szorowaliśmy po dnie. Najpierw stanęliśmy też w małej wiosce na małe zakupy złożone z plecaków z liści i bambusa oraz naszyjników z muszelek, lecz poza obejrzeniem tych bardzo ciekawych wyrobów nikt nic nie kupił. Potem wsiedliśmy znowu do łódek i kontynuowaliśmy nasz przygodowy szybki rejs, aż dotarliśmy do Wind Cave. Tutaj wchodziliśmy po drewnianych schodach gdyż wejście znajdowało się na pewnej wysokości. Wind Cave jest słynna z powodu ciekawych formacji skalnych oraz świeżej bryzy oraz wiatru (stąd nazwa). Wind Cave jest pozatym dlatego unikatowa gdyż tutaj stalagmity i stalaktyty mają formę cienkich, pionowych kolumn. Obok znajduje się Clearwater Cave czyli kolejna piękna jaskinia z czystą, turkusową wodą. Przez jaskinię tą przepływa podziemna rzeka, której wody wydostają się na zewnątrz. Oznacza to że lustro czystej wody w otoczeniu formacji skalnych jaskini daje piękny efekt. Pływanie tutaj nie jest dozwolone ale na zewnątrz znajduje się krystalicznie czysta, turkusowa woda w której pływałem przez jakiś czas. Było to moje ulubione miejsce tego dnia. Zwłaszcza biorąc pod uwagę upał oraz otoczenie lasu tropikalnego pływanie w zimnej wodze było bardzo orzeźwiające. Potem wróciliśmy łódkami do bram parku. Cała wycieczka kosztowała RM 50.

►Wieczorem poszedłem do Wodospadu Paku. Znajduje się on około godziny od bramy parku w kierunku Deer Cave. Droga do wodospadu Paku prowadzi poprzez dżunglę, wzdłuż rzeki. W pewnym momencie po prawej stronie zobaczyłem mały wodospad, dlatego wszedłem do rzeki po glinianej nawierzchni. Pływałem tu pod skałami a od czasu do czasu miałem prysznic pod wodospadem. Czas tutaj minął mi w cudowny sposób, gdyż Paku to kolejny bardzo bliski kontakt z naturą….wolny od opłat.

►W dniu wyjazdu poszedłem jeszcze na Spacer po Konopiach. Jest to most linowy zawieszony na bardzo wysokich konopiach i ten w parku Mulu jest akurat najdłuższy w całej Malezji. Sam spacer przynajmniej 30m nad ziemią na bujającym się moście jest nie lada przeżyciem. Cał wycieczka trwa razem około 2h i kosztuje RM 35. Drochę drogo biorąc pod uwagę, że na konopiach jest się tylko ponad pół godziny lecz jest to przeżycie jedyne w swym rodzaju. (Ta sama atrakcja tylko że krótsza jest także w parku Taman Negara w Malezji Zachodniej).

Park Narodowy Mulu ma też wiele innych atrakcji, które są realizowane przez bardzo małą rzeszę turystów. Niektóre z nich to jaskinie dla zaawansowanych wymagających specjalistycznego sprzętu. Te wyprawy są dostępne lecz są też one znacznie droższe i wymagają zezwolenia kierownika parku, a przy tym liczba uczestników jest zawsze ograniczona. W parku Mulu jest także kilka popularnych szlaków, jak na przykład wyprawa na szczyt Gunung Mulu (2376m n.p.m.) i wymaga on siły, wytrzymałości i sprawności fizycznej. Innymi szlakami jest Szlak Łówców Głów oraz możliwość zobaczenia wysokich, ostrych szczytów zwanych the Pinnacles. Wyprawy te jednak wahają się w granicach RM 600-800 i zajmują nawet tydzień. Zatem opcji w Mulu jest bardzo wiele, spośród których wiele jest wytrwałych z grubszymi portfelami.

Myślę, że Park Mulu jest wyjątkowy, zasługuje na szczególną uwagę i jest tam jeszcze wiele do odkrycia. Mul jest piękny a wizyta tutaj jest koniecznością dla wszystkich podróżujących po stanie Sarawak.

Park Narodowy Lambir Hills

Lambir Hills jest stosunkowo małym parkiem, lecz pomimo to na obszarze 6952 hektarów naukowcy odnaleźli największe bogactwo przyrodnicze. Oznacza to że pomimo swojego niewielkiego rozmiaru Lambir Hills posiada najwicej gatunków egzotycznych roślin, choć także 237 gatunków ptaków, wiele gatunków małp, dzikie świnie oraz latające wiewiórki. Idąc poprzez wspaniały las deszczowy docierałem do pięknych wodospadów oraz kąpałem się w ich naturalnych basenach. Oprócz dużej wilgotności i ciepłego klimatu dookoła mnie była oczywiście tropikalna przyroda oraz dżungla mówiąca swym własnym językiem. Czasami też napotykałem na ślady zwierząt lecz nigdy na nie same. Sporą część dnia spędziłem kąpiąc się pod wodospadami lecz wspiąłem się także na sam szczyt parku Bukit Lambir, który znajduje się 6,3km od bramy parku. Podejście jest ciężkie gdyż teren nie jest łatwy, a ostatnie 800m jest bardzo strome, co przy wielkim upale i wilgotności dobija. Widok ze szczytu jest oczywiście piękny lecz nie większość nie ma już siły aby podziwiać. Jeden z wodospadów znajduje się blisko bramy, a te które ja zobaczyłem to wodospady Latak, Dinding i Pantu.

Park Lambir Hills znajduje się tylko 30km od Miri. Miałem szczęście gdyż w obie strony jechałem autostopem co zaoszczędziło mi RM 40. Autobusy regularnie jeżdżą tą trasą. Wejście kosztuje RM 20 lecz ja zapłaciłem RM 10 gdyż poprosiłem o lokalny bilet. Co ciekawe w drodze powrotnej do Miri do pewnego momentu podwiozła mnie kierowniczka parku Lamir Hills (młoda, skośnooka kotka w krótkiej spódnicy). Wysadziła mnie wcześniej bo się bała nieznajomego mężczyzny w swoim samochodzie po zmroku, lecz to byłem tylko ja więc była bezpieczna. Grzecznie podziękowałem i wyszedłem, a ona powiedziała „miau” na dowidzenia.

Transport z Miri do Sułtanatu Brunei

Najpierw autostopem z centrum Miri na stację autobusową a potem autokarem do Brunei. Podróż do stolicy Brunei – Bandar Seri Begawan (BSB) trwała 4h a bilet kosztował RM 40. Granicę z Brunei przekraczałem cztery razy w różnych miejscach i za każdym razem było łatwo i bezproblemowo.

Polecam mój pełen reportaż i informacje praktyczne o Brunei.

Transport z Brunei do Kota Kinabalu (KK)

Ta część mojej wyprawy była prawdziwą przygodą w transporcie;

Z centrum Bandar Seri Begawan wziąłem autobus do portu (25km, $1) a potem popłynąłem łodzią do strefy wolnocłowej Malezji, na wyspę Labuan. Tego dnia było już za późno na bezpośrednie łodzie do Kota Kinabalu, dlatego wziąłem małą motorówkę do Menumbok (RM 15, 20 minut), czyli małej dziury transportowej już w stanie Sabah. Z Menumbok wziąłem autokar (RM 14, 2h) do Kota Kinabalu. Podczas jazdy kapało mi na głowę lecz dość szybko dojechałem, a podczas tej części transportu towarzyszył mi przyjemny chaos i relaks kraju rozwijającego się.

W drodze powrtonej do Brunei popłynałm łodzią bezpośrednio z Kota Kinabalu na wyspę Labuan (RM 31, 3,5h) gdzie zostałem cały dzień i jedną noc. Podczas trasportu promem radzę zrobić dwie rzeczy: przygotować ciepły sweter gdyż klimatyzacja jest dopasowana do potrzeb misiów polarnych, oraz samemu wyrać film gdyż załoga ma kilka dobrych choć większość to bardzo głupie amerykańskie produkcje.

Sabah

Stan Sabah jest tropikalnym rajem wyspy Borneo, z gęstą dżunglą, wieloma pięknymi gatunkami zwierząt oraz najwyższym szczytem Borneo o nazwie Mount Kinabalu. Oprócz tego Sabah posiada wiele pięknych plaż oraz raf koralowych żyjących w turkusowej wodzie. Sabah to także kraina orangutanów, żółwi morskich, małp długonosych, kolorowych ptaków i gadów, a wszystko to w temperaturze około 40ºC. Reasumując więc Sabah to tropikalny raj gdzie można nacieszyć się wspaniałą naturą, chociażby w postaci zrywania egzotycznych owoców prosto z drzew.

(W roku 2012 gdy dotarłem do Sabah moja wyprawa już się kończyła. Mogę powiedzieć że stan Sarawak znam bardzo dobrze lecz Sabah dopiero zacząłem).

Kota Kinabalu (KK)

Kota Kinabalu jest stolicą stanu Sarawak, choć wielu uważa że jest także stolicą całego Borneo malezyjskiego. Malezja Zachodnia może się pochwalić Kuala Lumpur, natomiast Malezja Wschodnia nie może się raczej pochwalić Kota Kinabalu co nie znaczy że nie jest to bardzo przyjemne miasto. Kota Kinabalu nie ma zapierających tchu w piersiach zabytków lub osiągnięć architekury, ale z drugiej strony niekt nie przyjeżdża na Borneo z powodu sztuki. Miasto to ma swoją smutną przeszłość gdyż było dwa razy burzone podczas inwazji japońskiej i dwa razy odbudowywane przez sojuszników. Dziś Kota Kinabalu to bardzo przyjemny, spokojny zakątek świata leżący nad morzem gdzie jest blisko do wielu atrakcji piękna naturalnego. Obok znajduje się na przykład morski park narodowy Tunku Abdul Raman oraz park dzikich zwierząt Lok Kawi. W Kota Kinabalu znajduje się wiele tanich hosteli w granicach RM 20 – 25 za łożko a to co można szczególnie polecić w tym mieście to miejscowe jedzenie. Kota Kinabalu jest przepełnione wieloma atrakcyjnymi restauracjami pod gołym niebem. Zawsze wieczorem nad morzem rybacy rozkładają stoliki i sprzedają swój połów, który na Borneo jest wyjątkowo pyszny i egzotyczny. W mieście jest też dużo chińskich knajp w których szczególnie polecam posiekaną pierś kurczaka z ryżem, ogórkiem i sosem sojowym. Do tego oczywiście niezbędna jest zielona herbata. Ja odebrałem Kota Kinabalu jako bardzo przyjemne małe miasto, z masażami, dobrymi posiłkami i wspaniałą naturą na wyciągnięcie ręki.

Dam jeszcze przydatną radę. Zaraz po przyjechaniu do Kota Kinabalu (KK) należy natychmiast zarezerwować wspinaczkę na Mount Kinabalu. Jest tutaj jedno biuro gdzie można zarezerować i opłacić całą wyprawę. Na Kota Kinabalu polecam dwa dni oraz następne dwa na najbliższe piękno naturalne, choć dodatkowy dzień na pewno nie zaszkodzi.

Choć na pewno miasto samo w sobie jest największą atrakcją to mimo to zobaczyłem kilka ciekawych miejsc. Jednym z nich było na przykład Muzeum Sabah, które jest muzeum etnograficznym oraz muzeum historii naturalnej Sabah pod jednym dachem. Jest tu między innymi szkielet wieloryba oraz stroje ślubne i ceramika pochodząca ze stanu Sabah. Na zewnątrz jest też bardzo przyjemny park z oczkiem wodnym gdzie zbudowane są tradycyjne domy (longhouses). W drugim budynku jest Galeria Sztuki Sabah gdzie znajduje się kilka ciekawych obrazów i rzeźb stworzonych przez artystów z Sabah. Muzeum które dało mi najwięcej do myślenia było Muzeum Cywilizacji Islamskich, które moim zdaniem jest fundowane przez rząd malajski w celach propagandowych. W muzeum tym dowiedziałem się o migracji muzułmanów na przestrzeni wieków oraz znajdował się tu także bardzo interesujący podział etniczny muzułmanów z wielu krajów islamskich. Wszystko było w porządku dopóki nie zobaczyłem zdjęcia muzułmanki z workiem na głowie i podpisem: „brytyjscy muzułmanie”. Tak, niestety do Europy też oni dotarli. W jednym z muzeów strażnik odbył ze mną krótką rozmowę i poważnie mi powiedział że wedle jego informacji Polska jest zarządzana przez Niemcy. Ze wzgórza na którym znajduje się pierwsze muzeum widziałem też Meczet Narodowy, który zdecydowanie mnie nie zachwycił ale zrobiłem parę zdjęć i wszedłem do środka aby umyć się w zimnej wodzie. Było gorąco także nawet meczet do czegoś się przydał. Najbardziej podobał mi się Bazar Centralny połączony z Bazarem Pamiątek. W jednym miejscu, które znajduje się nad wybrzeżem, na ulicy Jln Tun Fuad Stephens znalazłem wiele ciekawych pamiątek sprzedawanych przez miłe muzułmanki. Oprócz wielu interesujących pamiątek oraz dobrych owoców chciałem też sprawdzić islamskie poczucie humoru. Zakryte głowy były trochę dzikie na widok Białego mężczyzny lecz po jakimś czasie udało mi się wydobyć uśmiech z kilku z nich.

Kota Kinabalu jak najbardziej polecam.

Park Narodowy Tunku Abdul Raman

Morski Park Narodowy Tunku Abdul Raman jest przyjemną ucieczką od hałasu miasta. Park ten zajmuje jedynie obszar 49km² i składa się z pięciu egzotycznych wysp, pełnych roślinności, ładnych plaż oraz czystej turkusowej wody i raf koralowych. Ja wybrałem się na wyspę Sapi gdzie spędziłem cały dzień ze swoją francuzką koleżanką. Było bardzo miło. Kąpaliśmy się, byliśmy na obiedzie i poszliśmy też na małą wyprawę po wyspie. Na wyspie Sapi znajduje się kilka stromych klifów, pięknych widoków oraz trakcyjnych plaż. Dużą atrakcją przynajmniej dla mnie była obecność wielkich waranów, które chodziły wolno po wyspie a czasami wchodziły też do morza aby się wykąpać. Oczywiście nie radzę ich dotykać gdyż gady te nie są przeznaczone do głaskania. Sama ich obecność nawet blisko ludzi nie stanowi niebezpieczeństwa. Po koniec dnia skakałem do morza z pomostu a grupa Chińczyków robiła im zdjęcia. Mój pobyt tutaj byłbardzo przyjemny a moja towarzyszka podróży poszła ze mną jeszcze na kolację po powrocie do KK. Serdecznie polecam wyspy i namawiam do pobytu na więcej niż jednej.

Dostanie się na którąkolwiek z wysp jest bardzo łatwe i tanie. Łodzie odpływają kilka razy dziennie z portu Jesselton, który znajduje się około 10 minut spacerem od promenady z pomnikiem wielkiej ryby. Transport motorówką zajmuje około 15-20 minut a bilet powrotny na jedną wyspę kosztuje RM 17. Po przypłynięciu na wyspę należy też kupić bilet za RM 10. Odradzam kupowanie zorganizowanych wycieczek, które są bardzo drogie i sprawiają że turyści czują się jak stado poganianych krów. Park ten jest uroczy i należy się nim cieszyć we własnym tempie.

Park dzikich zwierząt Lok Kawi

Park Lok Kawi jest popularnym miejscem spotkań rodzin lecz nie nalezy się tu niestety spoedziewać wolno biegających zwierząt. Jest to bardzo przyjemne, dobrze zorganizowane i czyste zoo. Zobaczyłem tu między innymi tygrysy, interesujące bawoły z wielkimi rogami i słonie. Niestety gdy ja tu przyjechałem nie było orangutanów na wybiegu choć na szczęście były małpki długonose (Nasalis larvatus), będące jednym z symboli wyspy Borneo. Byłem też zawiedziony małą obecnością gadów. Dzieciom polecam przedstawienia z udziałem zwierząt, takich jak węże, orangutany i małpy. Są tu na przykład konkursy na to kto pierwszy obierze kokosa, i niestety małpa zawsze wygrywa. Park ten polecam przede wszystkim rodzinom z dziećmi.

Dostałem się tam małym autobusem za RM 3 a potem autostopem. Dystans 16km od dworca autobusowego pokonałem w około pół godziny. Wejście dla dorosłych to RM 20.

Powrót do Anglii

W tym miejscu po 4 miesiącach podróży moja wyprawa oficjalnie dobiegła końca. Z Kota Kinabalu popłynąłem promem na wyspę Labuan a potem po jednej nocy popłynąłem do Sułatanatu Brunei. Stamtąd wziąłem lot do Kuala Lumpur podczas którego poznałem piękną muzułmankę (z odkrytą głową i ładnym biustem). Podróżowała razem z bardziej konserwatywną mamą, lecz młoda piękna Malajka i tak mnie przytuliła na dowidzenia na lotnisku i zapraszała na „spotkanie” w Kuala Lumpur. Cóż za perfidny los, pomyślałem. Moja wyprawa mogła mieć tak szczęśliwe zakończenie a tu niestety, za dwie godziny miałem samolot do Bangkoku, który i tak już świetnie znałem. Oczywiście w Bangkoku nie marnowałem czasu. Zabawiłem się trochę a następnego dnia rano odleciałem do Anglii. Wyprawa była piękna i ludzie których spotkałem też byli mili. Wszystkie kraje które odwiedziłem podczas tej wyprawy były piękne. Niestety zaraz po powrocie do Londynu zobaczyłem całe stado  czarnych w metrze, z wielką wargą, szerokim nosem i tępym spojrzeniem. Pomyślałem wtedy że trudno, gdyż wolałem malajską dżunglę i tamtejsze, przyjemne małpki.

Marcin Malik

www.http://kompas.travel.pl/

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *