Zgniłozieloni. Pouczająca historia Federalnej Partii „Die Grunen”

Pod koniec lat 70. w RFN zaroiło się od spontanicznych, lokalnych inicjatyw antynuklearnych i szerzej – ekologicznych (w 1980 r. w 50 000 grup działało 2 miliony członków!). Już w 1978 r. Zieloni wypierają z landtagów Dolnej Saksonii i Hamburga FDP. W rok później odnoszą sukcesy w Szlezwiku–Holsztynie i Bremie. W 1980 r. przekraczają magiczną barierę 5 % w Badenii–Wittembergii

 Zieloni ówcześni byli w swej masie apolityczni, cały ich światopogląd wyrażał się w słowach Olafa Dinne (deputowanego do parlamentu w Bremie): „propagujemy wzrost zerowy, aby mierzoną w tonach ideologię produktu społecznego brutto zastąpiły humanistyczne wartości”. Tylko 15 % Zielonych deklarowało się wówczas jako lewicowcy, natomiast dużą rolę odgrywała w tym ruchu prawica: ekologiczną orientację przyjął Związek Młodzieży Wiernej Ojczyźnie (BHJ), a „Zielona Lista” w Nadrenii–Palatynacie utworzona została z inicjatywy nacjonalistycznej NPD. Instytut Sinus stwierdzał: „Pobudką jest tęsknota za zdrowym światem, która rozciąga się nie tylko na ochronę środowiska ale także na ojczyznę, naród i modele ustrojowe”.

 Najpoważniejszą rolę odgrywała wszakże Grune Aktion Zukunft (Zielona Akcja Przyszłość), skupiona wokół Herberta Gruhla. Ten były deputowany CDU do Bundestagu w 1978 r. wystąpił ze swej partii i zaczął organizować ruch ekologiczny. Jego książka pt. „Plądrowana planeta”, której idee przewodnie zbieżne były z poglądami E. Mishana i K. Schumachera, stała się bestsellerem osiągając ponad 300 000 egzemplarzy nakładu.

 Ugrupowania radykalnej lewicy były do ekologów nastawione wrogo: trockistowska Grupa Międzynarodowych Marksistów (GIM) pisała o „trzodzie wyborczej burżuazyjnych obrońców środowiska”, maoiści z Komunistycznej Partii Niemiec – Marksiści–Leniniści (KPD–ML) określali ich jako „pomocniczy oddział reakcji” a Komunistyczny Związek Robotników Niemiec (KABD) rzucał hasło: „Nie należy zwalczać energii jądrowej ale system kapitalizmu monopolistycznego”. Prosowiecka DKP skwitowała program Zielonych tytułem „Żadnej koncepcji wobec kryzysu” w swym organie „Unsere Zeit”. Spośród lewicowych socjalistów tylko Rudi Dutschke przyłączył się do ruchu ekologicznego. „Bez wątpienia pragnął on ostatnio spełnić rolę iskry, która – jak sam to określał – przeskoczy i połączy ze sobą Zieleń i Czerwień… Otwierała się tu szansa wyrwania się z lewicowego getta bez konieczności odrzucenia Marksa” – jak napisał po jego śmierci Hans–Joachim Noack we „Frankfurter Rundschau”

 Nic więc dziwnego, że mass media postrzegały ekologów na ogół jako prawicę. Czołowy lewicowy dziennik francuski „Le Monde” pisał w 1981 r. „Ekologia polityczna (…) jest niebezpieczna o tyle, że implikuje ideologię naturalistyczną. (…) Czy temat społeczeństwa zorganizowanego zgodnie z prawami natury nie budzi przerażenia i ponurych skojarzeń? (…) Jak można atakować maniaków ilorazu inteligencji i apologetów dziedziczności, kiedy tak jak oni chyli się głowę przed naturalnym porządkiem rzeczy? (…)” I dalej: „W następnym rachunku ekologia polityczna przechyla szalę na stronę odpowiadająca tej ideologii. Zbyt marginalna na to, żeby spożytkować na swą korzyść głosy, które padają na jej kandydatów, obiektywnie zbiera je na korzyść prawicy”. Wtórował mu prawicowy „Rheinischer Merkur”: „Zdecydowanie prawicowy Hans Freyer cieszył się już na początku lat 30., że cywilizacja przemysłowa zostanie wreszcie na całym świecie zlikwidowana. Jedyna nowość, wprowadzona obecnie: reakcyjne treści wyrażane są w języku lewicy”.

 W takich to warunkach narodziło się hasło, które długo jeszcze eksploatowali Die Grunen: „Ani na prawo ani na lewo tylko do przodu”.

 W marcu 1979 r. dochodzi do pierwszej próby zjednoczenia ruchu ekologicznego, w czym biorą udział m.in. GAZ Herberta Gruhla, nacjonalistyczna Aktionsgemeinschaft Unabhangiger Deutscher (Wspólnota Działania Niezależnych Niemców), Grune Liste Umweltschutz (Zielona Lista Ochrony Przyrody), Grune Liste Schleswig–Holstein (Zielona Lista Szlezwiku–Holsztyna), Aktion Dritte Weg (Akcja Trzeciej Drogi) i Freie Internationale Universitat (Wolna Wszechnica Międzynarodowa). Na kongresie we Frankfurcie utworzona zostaje organizacja o znamiennej nazwie – Sonstige Politische Vereinigung „Die Grunen” (Zieloni – Odmienne Zrzeszenie Polityczne). Była to partia autentycznie nowa i autentycznie wielonurtowa, lokująca się ponad tradycyjnymi podziałami na prawicę i lewicę. Erwin K. Scheuch z „Rheinischer Merkur” zaobserwował wśród Die Grunen trzy główne kierunki: „zieloni ‘zieloni’, jak Klaus Hecker; brunatni ‘zieloni’ jak były nazista Werner Vogel, który złożył swój mandat deputowanego, albo członek zarządu Gustine Johannsen z Hamburga, czy też Dieter Burgmann z byłej AUD, czerwoni ‘zieloni’”, przy czym dominuje tu najwyraźniej orientacja anarchistyczno–trockistowska, jak w przypadku Jurgena Reentsa i Joschki Fischera.

 Lewe skrzydło SPV od początku usiłowało jednak wzmocnić się rozszerzając ruch zielonych na tzw. listy „kolorowe” i „alternatywne”, skupiające weteranów rebelii 1968 r., wyznawców kontrkultury i rozmaite mniejszości. Mimo oporu „Wertkonservativen” (zwolenników zachowania podstawowych wartości) w listopadzie 1979 r. zjazd w Offenbach postanowił, że lewacy powinni uczestniczyć w zebraniu założycielskim Federalnej Partii Zielonych.

 Od tego momentu Die Grunen z coraz większą szybkością staczają się w lewo. Zjazd w Karlsruhe (12–13.01.80.) umożliwił lewicowym ekstremistom podwójne członkostwo (w Partii Zielonych i swej macierzystej partyjce typu KPD–ML czy KABD). Na zgromadzeniu w Saarbrucken (21–23.03.80) usunięto H. Gruhla ze stanowiska przewodniczącego partii. Do otwartego zerwania między tradycyjnymi zielonymi a ekogoszystami doszło na III zebraniu delegatów federalnych w Dortmundzie (21–22.06.80) – około jednej trzeciej członków opuszcza Partię Federalną by stworzyć „czysto ekologiczną” ODP (Okologisch–Demokratische Partei – Partia Ekologiczno–Demokratyczna) pod kierownictwem Herberta Gruhla i Baldura Springmana.

 Nie był to bynajmniej koniec antyprawicowej czystki. Na zjeździe w Hagen (12–14.11.82) funkcji rzecznika pozbawiono Augusta Haussleitera, byłego działacza AUD i posła CDU. W Bremie Zieloni rozpadli się na trzy partie (wybory do landtagu w 1983 r.). W 1984 r. Partia Federalna rozwiązała swój oddział zachodnio–berliński motywując to… „neofaszystowską infiltracją” (co otwarło drogę do współpracy z lokalnym lewactwem zgrupowanym w Alternatywnej Liście na rzecz Demokracji i Ochrony Środowiska). Z frakcji Zielonych w Bundestagu wystąpił jeden z najbardziej znanych działaczy, były generał Gerd Bastian, motywując to „zaskakującym sukcesem” w szeregach partii byłych członków Związku Komunistycznego (KB).

 Hans–Dieter Hansen, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. Nowej Prawicy w Niemczech, napisał: „Członkowie zarówno Nowej Prawicy jak i Nowej Lewicy usiłowali działać w ruchu ekologicznym jak i Partii Zielonych… Niebawem jednak wszyscy zwolennicy Nowej Prawicy zostali usunięci z Partii Zielonych pod zarzutem, że są ‘faszystami’”. Słowa Franza–Josefa Straussa, że „zieloni to tylko niedojrzali czerwoni”, potwierdziły się napawając rozgoryczeniem tych wszystkich, którzy uwierzyli w narodziny „czegoś naprawdę nowego”.

 Mimo amputacji prawego skrzydła Partia Federalna nie stała się jednak zwartą formacją. Miejsce starych podziałów zajął spór między realistami a fundamentalistami. „Realos”, reprezentowani przez takich działaczy jak Otto Schilly, Joschka Fischer, Norbert Kostede, Wolf Dieter Hasenclever czy Winfried Kretschmann, dążyli do zbliżenia z SPD i przekształcenia Die Grunen w normalną partię establishmentu. „Fundis” to dla odmiany konglomerat najróżniejszych tendencji ekstremistycznych (goszyści, radykalni ekologowie, feministki etc.) połączony totalnym protestem wobec Bundesrepublik.

 Andrzej Sakson w książce „Zbuntowana młodzież?” (Poznań 1987) tak opisuje przemiany zachodzące w Partii Federalnej: „Dominacja lewicy zarysowuje się coraz wyraźniej. (…) W porównaniu z początkowym okresem istnienia Partii Zielonych typ wyborcy znacznie się zmienił. (…) Od tamtego czasu punkt ciężkości przesunął się bardziej na lewo. Większość tych którzy głosowali na Zielonych, sama określa się jako stojący na lewo od SPD, co jednak nie oznacza, że dystansują się od tej partii. Przeciwnie (…) przeważająca część życzyła sobie koalicji między Zielonymi a socjaldemokratami. Niewiele już zostało więc ze skłonności do fundamentalnej opozycji – powszechnych dawniej wśród zwolenników Zielonych” (ss. 66, 67, 68).

 Jeszcze jaskrawiej hegemonia goszystów jest widoczna wśród przywódców i aktywistów Partii – 35 % posiadaczy mandatów z ramienia Zielonych w 1986 r. należało poprzednio do jakiejś organizacji skrajnie lewicowej (typu KPD, DKP czy Rote Hilfe).

 Dowodem lewackiego dryfu Die Grunen jest też „Program Partii Zielonych RFN”, którego polskie tłumaczenie jest ostatnio szeroko kolportowane.

 Faktem jest, iż cały program skażony jest grzechem pierworodnym lewicy – UTOPIJNOŚCIĄ, oscylującą tu pomiędzy banałem ogólników („Zaspokojenie niezbędnych potrzeb ludzkich, zwalczanie głodu i biedy”)a wywołującymi uśmiech detalami („zakaz posypywania dróg solą”). Chyba nawet budżet bogatej Republiki Federalnej nie podołałby ciężarom nałożonym nań przez niefrasobliwych Zielonych. Wolfgang Roth, były przewodniczący młodzieżowej organizacji SPD „Jusos” stwierdził, że gospodarczy program Die Grunen został w 80 % odpisany z radykalno–marksistowskiego programu Jusos z początku lat 70.

 Lewicowe zboczenie wyraża się również w forsowaniu praw najróżniejszych mniejszości kosztem interesów większości. Die Grunen biorą stronę kryminalistów przeciw policji zapominając, że stanowisko takie uderza głównie w ofiary wzrostu przestępczości. Domagają się totalnego „wyzwolenia kobiet” pozostając ślepymi na rozkład rodziny – tej najmniejszej wspólnoty naturalnej. Pełni hipokryzji opowiadają się za „ochroną życia we wszystkich jego aspektach” a równocześnie popierają przerywanie ciąży.

 Nie jest to zresztą jedyna sprzeczność tego programu: z jednej strony Die Grunen walczą o pełną wolność słowa tudzież swobodę demonstracji, z drugiej zaś żądają zakazu działalności dla wszystkich organizacji „faszystowskich” (a w ich opinii taka np. OPD to też „faszyści” – deputowanego z ramienia tej partii w Hamburgu „alternatywiści” przywitali okrzykiem „Nazi raus!”).

Olbrzymią uwagę poświęca ponadto Partia Federalna tzw. „mniejszościom seksualnym”. Die Grunen wołają pełnym głosem: „uważamy homoseksualizm za coś normalnego” i domagają się m.in. praw rodzicielskich dla homoseksualistów (nie widząc, że może to doprowadzić do nadużyć seksualnych), propagowania homoseksualizmu w szkołach i państwowego wsparcia dla homoseksualnych grup samopomocy. Wrocławski miesięcznik „Opcja” w artykule pod wiele znaczącym tytułem „Eko–pacyfo–seksualizm” twierdzi także, że Zieloni postulują również zniesienie zakazu uwodzenia nieletnich. Żądania tego nie znalazłem wprawdzie wyłożonego explicite w „Programie Partii Zielonych”, ale być może chodzi tu o par. 174 i 175 KK, s. 39 „Programu”. Mielibyśmy wówczas kolejną „prześladowaną mniejszość” – pedofili.

 Bardzo celnie podsumował program Die Grunen ich sympatyk, doktor Manfred Gortemaker z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie Zachodnim: „Jest to jakaś mieszanka idei Marksa i Rousseau, z bardzo specyficznym zabarwieniem i retoryką. Krytyka tych wyobrażeń nie jest oczywiście zadaniem trudnym, bo odznaczają się one pewną naiwnością i idealizmem, a z drugiej strony wikłają się w wewnętrzne sprzeczności i niekonsekwencje. Np. wielu Zielonych pragnie ucieczki od społeczeństwa przemysłowego, ale nie na tyle daleko, by nie można było jeszcze korzystać z niektórych osiągnięć technicznych. Chcieliby np. elektrycznego oświetlenia w domach i na ulicach ale nie chcą elektrowni atomowych, ani węglowych, bo są niezdrowe”. Nic dodać, nic ująć.

 Dosłownie na marginesie „Programu Partii Zielonych RFN” pozwolę sobie zrobić jeszcze małą dygresję. Niezwykle pouczająca jest bowiem „Międzynarodowa lista adresów partii zielonych alternatywnych i progresywnych” umieszczona na okładce „Programu”. Oczywiście trudno mieć do Partii Federalnej pretensje, że nie podaje adresów swych prawicowo–ekologicznych konkurentów (jak np. Vereinten Grunen Osterreich). Naprawdę jednak nie rozumiem, co robią w tym ekologicznym towarzystwie ściśle marksistowskie ugrupowania typu Partii Robotników (PT) z Brazylii, Socjalistycznej Partii Ludowej (SF) z Danii, Socjalistycznej Partii Lewicy (SV) z Norwegii czy Portugalskiego Ruchu Demokratycznego (MDP). Dziwię się, że Polski nie reprezentuje tam SdRP – ma dokładnie tyle samo wspólnego z ekologią!

 Wybory do Bundestagu w grudniu 1990 r. przyniosły Partii Federalnej klęskę. W dziesięciu landach zachodnich na Die Grunen głosowało zaledwie 4,7 % wyborców (w 1987 r. – 8,3 %): 8 posłów tej partii znalazło się w parlamencie tylko dzięki preferencjom dla obszaru b. NRD. Porażka ta wzmogła wewnętrzne kłótnie (prasa ze smakiem opisywała np. pojedynki na pistolety–sikawki do jakich dochodziło na zebraniach partyjnych). „Realiści” uznali klęskę za sygnał do przemian w Partii Federalnej ale z kolei sukcesy Die Grunen w wyborach do landtagów w Hesji (styczeń ’91) i Nadrenii–Palatynacie (kwiecień ’91: 6,4 %) dawały argumenty do ręki „fundamentalistom”. Partyjnej lewicy w osobach Christiny Weiske i Luggera Volmera udało się na zjeździe w Neumunster (27–28. 04.91) obsadzić stanowiska rzeczników.

 Dla części „fundis” Partia Federalna nadal jednak ulega transformacji w „hierarchiczną, eurocentryczną, technokratyczną i antyfeministyczną partię stanu średniego” (jak głosiło oświadczenie wydane we Frankfurcie n/Menem 11–12 maja 1992 r.). Radykalni ekolodzy, ekosocjaliści i feministki postanowili więc pod wodzą byłej rzeczniczki Jutty Ditfurth utworzyć nową partię pod nazwą „Okologische Linke / Alternative Liste” (Ekologiczna Lewica / Lista Alternatywna). Jeszcze głębsze podziały dotknęły Grune–Alternative Liste (Listę Zielono–Alternatywną) stanowiącą regionalną organizację Partii Federalnej w Hamburgu. Tamtejsi „realos” oderwali się tworząc Grune Forum Hamburg (Zielone Forum Hamburga), które weszło w sojusz z ODP. Secesji dokonali także „fundis”, którzy wespół z „radykalnymi demokratami” uformowali grupę o jakże oryginalnej nazwie Alternative Liste (Lista Alternatywna). Na domiar wszystkiego feministki z Adrienną Gohler na czele wystąpiły z własną listą „Frauenratschlag” a grupka ekosocjalistów (Ulla Jelpke, Jurgen Reents, Andreas Grunwald) przyłączyła się do… komunistycznej PDS (tzw. Linke Liste – Lista Lewicy). Hamburscy zieloni mają w czym wybierać.

 Lewackie ciągoty Die Grunen, zawężające szeroki ponadpolityczny ruch obrońców środowiska do ram ekosocjalistycznej partii politycznej wywołały reakcję wyrażającą się w tworzeniu nowych, niezależnych formacji ekologicznych. Alternatywa dla Partii Federalnej nie ogranicza się tylko samej ODP, prowadzonej dziś ku środkowi sceny politycznej przez jej przewodniczącego Hansa–Joachima Rittera. Na prawo od „ekodemokratów” sytuuje się wspólnota Unabhangiger Okologen Deutschland (Niezależni Ekologowie Niemiec) Wolframa Bednarskiego, do której przyłączył się w grudniu 1990 r. znany nam już Gruhl ze swoim Arbeitkreis fur Okologische Grundsatzfragen (Koło Robocze Zasadniczych Kwestii Ekologicznych). Ideologię tej organizacji wyraża hasło zorganizowanego przezeń seminarium: „Okologen und Heimatschutzer in einem Boot” (Ekolodzy i obrońcy ojczyzny płyną w jednej łodzi); jej działacze głoszą, że: „między lewicowo–socjalistycznymi Die Grunen a prawicą z jej obsesjami nacjonalizmu i centralizmu znajduje się przestrzeń dla polityki zachowującej podstawowe wartości, federalistyczno–patriotycznej i chroniącej przyrodę”.

 Fałszem jest więc redukowanie niemieckiego ruchu ekologicznego w całym jego bogactwie i złożoności do „jedynie słusznego” modelu Die Grunen.

„Zielone Brygady nr 5(35)/1992, „Stańczyk” nr 2(19)/1993

SUPLEMENT: Niezależni Ekologowie Niemiec

 Arbeitgemeinschaft Unabhangigen Okologen Deutschland (Wspólnota Robocza – Niezależni Ekologowie Niemiec) zajmuje pozycję prawoskrzydłową w niemieckim ruchu ekologicznym. Grupa ta stworzona została przez działaczy, którzy nie chcieli pogodzić się z dryfem Partii Ekologiczno–Demokratycznej (ODP) ku środkowi sceny politycznej RFN; są pośród nich Wolfgang Bednarski, Heinz–Siegfried Strelow, a także weterani Partii Zielonych, Baldur Springmann i Herbert Gruhl. Organem UOD jest kwartalnik „OKOLOGIEN. Zeitschrift fur Natur– und Heimatschutz” (EKOLOGIA. Czasopismo poświęcone ochronie przyrody i ojczyzny), zajmujący się ekologią i regionalizmem.

 W artykule programowym opublikowanym w nr 3/1991 „Okologie” Strelow wyjaśnia filozofię eko–konserwatyzmu. Konserwatywni ekolodzy są sceptyczni wobec wielkich, ujednoliconych struktur państwowych, gospodarczych i społecznych. Odrzucają również projekty „wielokulturowego społeczeństwa” i związaną z nim wizję jednolitego światowego porządku gospodarczego czyli globalnego społeczeństwa konsumentów mającego „jednej ludzkości” z „jednym językiem” otwierać przy pomocy karty kredytowej górę Sezam wiecznego szczęścia. Ekolodzy, federaliści i patrioci muszą razem występować przeciwko umasowieniu, kultowi techniki, wzrostu gospodarczemu i przemysłu, przeciwko centralizmowi, wierze w postęp i możliwość poprawienia świata. Konserwatyzm oznacza odrzucenie utopijnych projektów społecznych i opowiedzenie się za polityką opartą na doświadczeniu życiowym i obserwacji natury. Nie tylko przyroda, ale również ludzkie środowisko i ludzki ład godne są ochrony i obrony. Tradycje nawarstwiane w procesie organicznego rośnięcia, języki, bliższe naturze obyczaje i formy gospodarcze leżą na sercu konserwatywnym ekologom. Dlatego nie akceptują np. niwelatorskiego federalizmu rodem z Brukseli, stworzonego przez biurokratów i technokratów przy desce kreślarskiej. Chcą natomiast społeczeństwa opartego na decentralizmie, organicznym ukształtowaniu i subsydiarności, chcą polityki szanującej odmienność i różnorodność.

 Nie jest możliwa ekologia lewicowa, gdyż odrzuca ona cnoty konserwatywne: umiar, skromność, umiejętność rezygnacji, zachowawczość. To właśnie konserwatywny obraz świata i człowieka stoi w opozycji do liczącej 200 lat moderny, której przedstawiciele sądzą, że można udoskonalać i ulepszać człowieka i świat, wyemancypować się z przekazanych przez przeszłość społecznych i kulturalnych więzi. Dla konserwatystów świat zawsze był Stworzeniem, wielkim numinotycznym uniwersum, a nie – jak to jest w przypadku moderny – mechanizmem i wielką maszyną. Pojmowanie świata, państwa i gospodarki jako wielkiego mechanizmu przynosi centralizm, niwelację, planową industrializację, zniszczenie regionalnych i lokalnych odmienności i kultur na rzecz jednego wielkiego narodu. Postępowcy patologicznie nienawidzą wszystkiego, co trwałe. Widzą oni świat nie takim, jakim jest, ale interpretują go przy pomocy abstrakcyjnego instrumentarium pojęciowego, nazywając to szaleństwo „racjonalizmem”. To oni sprawili, że większość ludzi myśli dziś w sposób abstrakcyjny, według modeli i systemów znajdując upodobanie w politycznych i filozoficznych teoriach, które w swej abstrakcyjnej teoretyczności mogą być logiczne, jednakże w swej bezkrwistości i bezuczuciowości bliższe są śmierci niż pulsującej rzeczywistości życia.

 Konserwatywni ekologowie opowiadają się natomiast za zachowaniem kolorowej różnorodności życia a przeciw euforii niszczenia i „przebudowywania”, przeciw państwowemu i kulturalnemu egalitaryzmowi. 200 lat „postępu” przyniosło jedynie klęski i katastrofy. Nie tylko przyroda ale i sfera socjalnokulturowa musi być chroniona przed postępowcami. Trzeba porzucić fałszywą wizję człowieka stworzoną przez modernistów i odwołać się do właściwej antropologii: „Jeśli bronimy swej własności lub kraju, to powody tego są tak samo wrodzone i tak samo niemożliwe do wykorzenienia jak u zwierząt. Pies, który za płotem obszczekuje nieznajomego, robi to z tych samych przyczyn, co jego pan stawia płot” (Robert Ardrey). Psychiatra Jurgen Zutt definiuje człowieka jako „istotę zamieszkującą”, co oznacza, że nie jest on zagubiony w kosmosie lecz potrzebuje miejsca, do którego przynależy, gdzie jest w domu, gdzie ma swoją ojczyznę. Kto więc działa ekologicznie? Kosmopolita, który chce stworzyć pozbawionego korzeni „nowego” człowieka, nigdzie i wszędzie znajdującego ojczyznę i bezpieczeństwo? Czy konserwatysta, który akceptuje zasadniczy fakt antropologiczny, że człowiek widziany z perspektywy biologicznej jest istotą posiadającą ojczyznę?

 Istnieje nierozerwalny związek pomiędzy współczesnym wielkomiejskim życiem i oderwanie od natury, brakiem ojczyzny a wypływającymi ze zniszczenia więzi próbami stworzenia zastępczych ojczyzn („klasy”, „grupy społeczne” itd.). Jedną z takich namiastek ojczyzny jest nacjonalizm, ucieczka w kolektyw, w którym ktoś czuje się silny i bezpieczny. Ale i to jest objawem choroby wynikającej z „przerwania tradycji” (Konrad Lorenz), z porzucenia prawdziwej ojczyzny, której cisza i uduchowienie nie pasuje do hałaśliwego zgiełku nacjonalizmu,

 Konserwatywni ekologowie reprezentują myślenie ekologiczne, widzą człowieka we wszystkich jego wymiarach: jako część przyrody; jako członka rodziny, gdzie jednostka łączy się z przodkami i potomkami, a równocześnie doświadcza rośnięcia, stawania się i przemijania; jako mieszkańca ojczyzny (Heimat), gdzie tworzy się więź z naturą i ludzką wspólnotą tego samego języka i tradycji; jako członka narodu należącego do pewnego kręgu kulturalnego i wreszcie jako członka globalnej wspólnoty ludzkiej, rozumianej jednak nie na sposób kosmopolityczny, lecz jakość całość złożoną z narodów, grup etnicznych, rodzin i jednostek, jako kosmos który istnieje tylko dzięki istnieniu tych członków i w którym dzięki jego różnorodności jednostki mogą znaleźć dla siebie niszę, aby móc w niej żyć i wzrastać duchowo.

Na podst. „Stańczyk” nr 1/93

„Zielone Brygady” nr 6(48)/1993

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.