Ulatowski: Hucpa wokół inflacji

 

Od rządu, poprzez media głównego nurtu, niczym mętny ściek płynie do nas fałszywy przekaz o istocie inflacji i jej podłożu. We wtorek 11.01 podczas ogłaszania tzw. Rządowej Tarczy Antyinflacyjnej 2.0, premier Morawiecki zaapelował do Polaków, aby… na własną rękę sprawdzali, czy sklepikarze obniżyli ceny w związku z tymczasowym złagodzeniem akcyzy i VAT-u. Równocześnie zagroził ewentualnym nasłaniem na sprzedawców Inspekcji Handlowej. Jest to swoisty progres w stosunku do jego wystąpienia z 7.01, kiedy to zaledwie apelował do przedsiębiorców, żeby w obliczu inflacji w miarę możliwości powstrzymywali się od  podnoszenia cen.

Jako żywo przypomniały mi się słowa jednego z parlamentarzystów, które w 1992r. padły z mównicy sejmowej – „Rząd rżnie głupa!” Wtedy rżnął – teraz też rżnie i to na potęgę. Zarówno Mateusz Morawiecki (z racji wcześniejszego zatrudnienia w sektorze finansowym), jak i Adam Glapiński (z racji wykształcenia ekonomicznego i prezesury NBP), świetnie zdają sobie sprawę, co jest prawdziwą przyczyną inflacji, ale równie doskonale, że większość społeczeństwa jest w tym kompletnie pogubiona. Co zatem miało znaczyć wystąpienie z 11.01? Ano to, że pan premier treścią tego przekazu wyznaczył ludowi „winowajcę zastępczego” do potępiania. Chłopca do bicia. No bo skoro mamy „wolny rynek”, to kto na nim ustala ceny? Przedsiębiorcy! Ich przeto wińcie obywatele za drożyznę, jaka nastała! Nie rządzących polityków!

Jest wysoce prawdopodobne, że jeżeli rząd nadal będzie podążał tym szlakiem zaradzania konsekwencjom, to w ramach dalszego progresu całego widowiska wkrótce czeka nas z jego strony ustalanie cen maksymalnych na większość towarów, a może i ich reglamentacja. Nie ma tu znaczenia, że już od starożytności znana jest nieskuteczność takich rozwiązań, a wręcz ich gospodarcza i społeczna szkodliwość. Już w 301r. n.e. cesarz Dioklecjan, ustalając dla dobra najuboższych dopuszczalne granice cen na podstawowe artykuły w Cesarstwie Rzymskim, doprowadził do gwałtownego załamania ich podaży. Rychło okazało się bowiem, że kupcy musieliby dostarczać te dobra zaledwie po kosztach, a często także poniżej ich realnego poziomu. W odpowiedzi jedni wytwórcy zmienili branże, inni przeszli z towarami w szarą strefę. Winowajca natomiast był jeden – władca, który wcześniej bez ograniczeń psuł monetę, obniżając w niej zawartość kruszcu, żeby wybić jak najwięcej sztuk dla spłacania swoich osobistych zobowiązań. W III i IV wieku n. e. inflacyjny wzrost cen w Imperium Romanum sięgał 20% rocznie.

Dioklecjan też próbował przerzucić winę na przedsiębiorców. Strategia odwracania publicznej uwagi właśnie w tę stronę ma więc wielowiekową tradycję. Z czasem grono „winowajców zastępczych” rozszerzono o „chciwych pracowników”, domagających się podwyżek płac oraz o „chciwych szejków naftowych”, podrażających ropę na światowych rynkach.

W zasadzie we wszystkich krajach, gdzie obywatele borykają się z postępującą drożyzną, władze stosują podobną narrację. Ma ona m.in. przedstawiać inflację jako ułomność gospodarki rynkowej trwale wpisaną w jej naturę. Ułomność, która okresowo „lubi o sobie przypomnieć”, ale wówczas dzielny i zatroskany rząd spieszy ludowi z pomocą rozmaitymi „tarczami” i „parasolami”.

Istnieje cała lista gotowych sformułowań propagandowych, mających odbiorcę – nie daj Bóg bliskiego wykrycia autorów złej polityki monetarnej i gospodarczej – wyprowadzić na jak najdalsze manowce. Na przykład „zjawisko inflacji”, „zjawisko bezrobocia”; zjawisko – jak wiadomo – ma to do siebie, że przeważnie dzieje się samo, bez udziału człowieka, więc pewnie nie ma co nawet zaczynać dochodzenia czyjejś winy. (No chyba żeby mocno trzeba było, to zawsze znajdą się na podorędziu jacyś „niedobrzy spekulanci” i „źli czarnoksiężnicy”).

Podobnie czytamy i słyszymy także teraz: „inflacja, która dotknęła całą Europę” (to żebyśmy pamiętali, że obecnie wystąpiła nie tylko u nas) albo: „także do nas dotarła inflacja” (czyli, że niby wzrost ogólnego poziomu cen przychodzi niczym chłodny front pogodowy, ogarniając regiony i narody po kolei).

Dla nieco bardziej inteligentnych przygotowano listę tzw. przyczyn zewnętrznych, które nasz nieszczęśliwy kraj niejako z konieczności „zaimportował”, jak choćby: 1) pandemia, która wywołała spadek produkcji, 2) wzrost cen paliw na świecie i ich ograniczona podaż, 3) wzrost kosztów energii z powodu unijnego systemu opłat za emisję CO2 tzw. ETS. Przyczyny „wewnętrzne” są natomiast niechętnie wymieniane, dopiero na specjalne życzenie najbardziej dociekliwych.

Owszem – przeciętny poziom cen w ciągu minionych dwóch lat podniósł się w wielu krajach – w tym w Europie – ale gdyby stało się to głównie za sprawą wspomnianych wyżej czynników obiektywnych – wspólnych przecież wielu państwom – ów wzrost powinien być mniej więcej wyrównany. Skoro tak nie jest i widać wyraźne różnice pomiędzy krajami oraz znaczącą  przewagę Polski nad średnią unijną (indeks cen CPI wyższy o kilka punktów procentowych), to z pewnością wiodąca przyczyna musi być inna. Co więcej – gdyby wymienione czynniki odgrywały główną rolę, zadziałałyby na indeks CPI w państwach raczej incydentalnie i skokowo – nie zaś w sposób długotrwały i ciągły. Zwłaszcza, że tzw. inflacja bazowa, wysoka w stosunku do wartości CPI, przeczy takiej ich pozycji.

W kwestii inflacji mamy do czynienia z gigantycznym kłamstwem – o wiele gorszym niż opisana wyżej medialna manipulacja. Kłamstwem zawitym w samej jej definicji, modyfikowanej od połowy XX wieku (najwyraźniej na czyjeś odgórne zlecenie i użytek) tak, aby ogarnąwszy nią coraz więcej rzekomych przyczyn, zepchnąć na bok jej prawdziwą istotę – podaż środka płatniczego w tempie szybszym od podaży towarów i usług w zamian. Oddziaływanie wymienionych czynników zewnętrznych, bez równoczesnego „pustego dodruku” środka płatniczego, skutkowałoby jedynie zmianą preferencji zakupowych; zwiększeniem wydatków na zakupy – te absolutnie konieczne – przy ograniczeniu lub rezygnacji w to miejsce z pozostałych. Po prostu – nie byłoby dodatkowych środków na pokrycie dodatkowych zobowiązań! Pamiętajmy, że przedmiotem pomiaru przy ustalaniu indexu CPI czy PPI – nie są ceny zgłaszane przez dostawców (wystawiane na sklepowych półkach), ale te zaakceptowane na rynku faktycznie dokonywanymi transakcjami. Przy sztywnej polityce monetarnej, przy ograniczeniu emisji pieniądza poprzez zakotwiczenie jej w jakimś obiektywnym czynniku, jak np. za czasów klasycznego parytetu złota – ogólny wzrost wydatków z powodu czynników kosztowych praktycznie nie byłby możliwy. Pokazuje to historia państw objętych „złotą kotwicą” w drugiej połowie XIX i początkach XX wieku. (Np. w USA przez cały okres 1880-1914 średni roczny wzrost cen wynosił zaledwie 0,1%. Także Zjednoczone Królestwo przez ponad sto lat mogło cieszyć się stabilnymi cenami artykułów konsumpcyjnych).

We współczesnej definicji całe pojęcie inflacji ma się zamknąć w enigmatycznym „wzroście przeciętnego poziomu cen”, choć przez całe stulecia było nią osłabianie wartości wymiennej pieniądza jego sztucznym nadmiarem. Mikołaj Kopernik – nie tylko wielki astronom, ale też wytrawny ekonomista – w traktacie „O sposobie bicia monety” z 1526r. nazwał to „spodleniem monety” i przestrzegał przed społeczną katastrofą jaką niesie. Przestrzegali przed tym także klasycy „austriackiej szkoły ekonomii”, których współcześnie próbuje się bagatelizować. Ekonomista i republikański polityk – Percy L. Graves podkreślał, że przedefiniowania pojęć dokonuje się najczęściej po to, by uniknąć odpowiedzialności za łamanie ustalonych reguł („Inna definicja – to inna odpowiedzialność!”).

Pod tą zmienioną definicją, niczym za zasłoną dymną, rządzący za pośrednictwem banków centralnych świadomie i planowo od lat uprawiają swój oszukańczy proceder. „Dodruk” pieniądza nie jest żadną ekonomiczną koniecznością podyktowaną potrzebami rozwojowymi gospodarek. Ma on zwyczajnie ułatwiać rządzenie. Straszy się, że wzrost wytwórczości bez zwiększania środka płatniczego wywoła deflację. Operuje się tu wypaczoną definicją również tego pojęcia. Umocnienie pieniądza pod wpływem aktywności gospodarczej społeczeństwa jest prostą i oczekiwaną konsekwencją oraz nagrodą dla obywateli za ich zborowy wysiłek, nie zaś zjawiskiem negatywnym. Groźne mogą być tylko odgórne ingerencje polityków i urzędników w rynek, w system finansowy i prawny.

Europejski Bank Centralny od momentu swego powstania deklarował zwiększanie eurowaluty w obiegu o 5-6% rocznie, co bardzo szybko przerodziło się w 10%, a nawet kilkanaście. W Polsce od połowy lat 90-tych roczny przyrost rodzimej waluty jest cały czas szybszy od tempa wzrostu gospodarczego. Tylko od objęcia władzy przez obecną ekipę, tj. od 2015r. do chwili obecnej, baza monetarna (gotówka w obiegu) wzrosła przeszło dwukrotnie, podobnie pieniądz M3 (najszerszy indeks obrazujący podaż pieniądza) został niemal podwojony w systemie.

Trzeba powiedzieć wprost – za zaistniałą sytuację winę ponoszą wyłącznie rządy państw, dla których „zarządzanie poprzez inflację” stało się synonimem ekonomicznej nowoczesności.

Dodruk pustego pieniądza i zaniżanie stóp procentowych – sztucznie wzmagające akcję kredytową – nie mają żadnego racjonalnego uzasadnienia, tak na płaszczyźnie ekonomicznej i prawnej, jak też w ocenie moralnej. Nowo wykreowane środki płatnicze nie wnoszą do gospodarki absolutnie niczego pożytecznego, jeśli nie towarzyszą im nowo wytworzone aktywa rzeczowe (maszyny, urządzenia, materiały), których przedsiębiorcy mogliby użyć do projektowanych przedsięwzięć. Wnoszą jedynie złudzenia, że rząd wywiązuje się z zobowiązań albo, że w czymś pomaga. To, że zwiększenie ilości banknotów w obiegu rozwiąże problemy przedsiębiorców zablokowanych sanitarnym  lockdownem – jest złudzeniem. To, że podtrzymywanie 2-3% tzw. celu inflacyjnego stymuluje rozwój, a jednocześnie nie szkodzi nikomu – jest mitem. To, że za „antyinflacyjne tarcze” teraz mamy być wdzięczni rządowi, który latami inflację budował – jest kuriozalną, wręcz bezczelną manipulacją.

Rządy i banki centralne to świadomi twórcy inflacji. Naiwnością jest wierzyć w ich działania antyinflacyjne. Jak obrazowo ujął to klasyk, Henry Hazlitt: „Obiecują, że prawą ręką będą zwalczać to, co podają nam lewą.”

Banki centralne powstały nie po to, żeby zapobiegać inflacji, ale po to, żeby nie wymknęła się spod kontroli rządzącym. Przychodzą jednak okresy, kiedy wobec ich zachłanności stają się bezradne.

Tomasz J. Ulatowski

Ps. W drugim półroczu 2021r., kiedy tyle trąbiono już o dramatycznym wzroście cen w Polsce, NBP wpompował w obieg jeszcze dodatkowo prawie 13 mld. zł gotówki.

Click to rate this post!
[Total: 16 Average: 5]
Facebook

18 thoughts on “Ulatowski: Hucpa wokół inflacji”

    1. Standard złota się nie „wychuśtał”, tylko został celowo „wychuśtany” przez rządzących polityków. Pierwsza wojna światowa była okazją do pozbycia się tej wysoko postawionej poprzeczki – rządzenie w warunkach uniemożliwiających „dodruk” waluty wymagało szczególnych umiejętności. Najpierw standard złota zawieszono na czas jej trwania, a potem dopiero w latach dwudziestych pod naciskiem pewnych kręgów wprowadzano już tylko jego nieudolne atrapy. Znaczenie dla zwykłych ludzi miał jedynie tzw. klasyczny standard, przy którym zwykły Kowalski mógł powiedzieć „sprawdzam system” i bezwarunkowo dokonać wymiany waluty na kruszec nawet w drobnych ilościach. Potem dopuszczano już tylko duże ilości wagowe (system sztabowo-złoty), zaś przereklamowany Bretton Woods dotyczył jedynie rozliczeń na poziomie rządów – nie zaś zwykłych ludzi.

      1. (…)Pierwsza wojna światowa była okazją do pozbycia się tej wysoko postawionej poprzeczki – rządzenie w warunkach uniemożliwiających „dodruk” waluty wymagało szczególnych umiejętności.(…)
        Hm… spróbuj (…)dodkrukować(…) chociaż jeden banknot.

        A co do I WŚ to zapominasz, że to byl ogólnoświatowy stan wyjątkowy.

        (…)Znaczenie dla zwykłych ludzi miał jedynie tzw. klasyczny standard, przy którym zwykły Kowalski mógł powiedzieć „sprawdzam system” i bezwarunkowo dokonać wymiany waluty na kruszec nawet w drobnych ilościach.(…)
        Tzn. Kowalski mógł pójść do powiedzmy sklepu imperialnego i oddawszy ileś tam bilonu powiedzieć (…)A teraz chce moje złoto(…)?

  1. „No bo skoro mamy „wolny rynek”, to kto na nim ustala ceny? Przedsiębiorcy! Ich przeto wińcie obywatele za drożyznę, jaka nastała! Nie rządzących polityków!”

    Średnia marża w handlu wzrosła niemal dwukrotnie w obliczu konkurencji zmniejszonej zerwaniem łańcuchów dostaw, ale libertariańscy kaznodzieje i tak będą twierdzić, że to państwo jest winne chciwości prywaty 😀

    https://www.wiadomoscihandlowe.pl/artykul/handel-podwyzszyl-marze-niemal-dwukrotnie-firmy-sprytnie-korzystaja-na-inflacji

    Jeżeli hipotetyczny produkt jeszcze w ubiegłym roku miał cenę jednostkową wynoszącą okrągłą złotówkę (w tym 5% VAT), a od stycznia podrożał o 10 groszy, to tymczasowa obniżka VAT powinna zbić jego cenę do następującej wysokości: ((1,10/105)*100) = 1,05 zł. Tak się jednak nie stanie, a zniesiony VAT trafi wprost do kieszeni sprzedającego. Sytuacja w pełni analogiczna do umów śmieciowych oraz obniżek podatków i składek od wynagrodzenia. Niestety, skrajnie liberalny PiS dokonuje kolejnej redystrybucji środków z dołu do góry, chociaż ta góra szczerze go nienawidzi.

    „w ramach dalszego progresu całego widowiska wkrótce czeka nas z jego strony ustalanie cen maksymalnych na większość towarów, a może i ich reglamentacja.”

    Bezjajeczny PiS nigdy nie zdecyduje się na ten krok, jak również nigdy nie powoła państwowego detalisty. Jednak w gospodarce kapitalistycznym nie byłoby to żadne novum w obliczu załamania podaży. Sięgając do najstarszych przykładów trzeba wspomnieć, że w okresie II WŚ rząd amerykański regulował ceny wszystkiego od stali surowej po mleko! Podobne rzeczy działy się również po wojnie. W każdym razie wprost komicznym jest utyskiwanie na ceny regulowane, kiedy głosy oburzenia odzywają się z powodu wzrostu nieregulowanych cen… energii i gazu. Czyli wychodzi na to, że regulowana cena chleba jest be, bo libertarianin nie może na niej zbić majątku, ale już energia i gaz mają być oderwane od realiów rynku, któremu podobno bije pokłony 😀

    „Nie ma tu znaczenia, że już od starożytności znana jest nieskuteczność takich rozwiązań, a wręcz ich gospodarcza i społeczna szkodliwość”

    Jeżeli ograniczymy rozważania do współczesności to rozumiem, że Autor opowiada się m.in. za brakiem regulacji cen leków. To przecież ogromna zbrodnia, że pacjent nie kupuje leków ratujących zdrowie i życie po spekulanckich cenach wolnorynkowych, a koncerny farmaceutyczne wręcz bankrutują z powodu cen narzucanych przez ministra zdrowia!

    „To, że za „antyinflacyjne tarcze””

    Do samych tarcz można mieć olbrzymie zastrzeżenia, jednak samo wpompowanie gotówki w gospodarkę okazało się skutecznym sposobem przeciwdziałania załamaniu rynku i eksplozji bezrobocia. Gdyby u steru władzy byli platformiani libertarianie, mielibyśmy powtórkę ze skompromitowanego austerity i masowe bezrobocie. Tymczasem Polska znalazła się w czołówce państw OECD, które najlepiej poradziły sobie z kryzysem covidowym.

    https://www.bankier.pl/wiadomosc/Economist-Polska-na-6-miejscu-w-rankingu-panstw-ktorych-gospodarki-najlepiej-poradzily-sobie-z-pandemia-8254422.html

    „Skoro tak nie jest i widać wyraźne różnice pomiędzy krajami oraz znaczącą przewagę Polski nad średnią unijną (indeks cen CPI wyższy o kilka punktów procentowych), to z pewnością wiodąca przyczyna musi być inna. ”

    Autor najpierw wymienia rzeczywiste przyczyny inflacji:

    „1) pandemia, która wywołała spadek produkcji, 2) wzrost cen paliw na świecie i ich ograniczona podaż, 3) wzrost kosztów energii z powodu unijnego systemu opłat za emisję CO2 tzw. ETS.”

    A potem powtarza dogmaty religii libertariańskiej o dodruku pieniądza, zamiast zainteresować się tym, co współczesna ekonomia (nie mylić z teologią libertariańską!) mówi na ten temat. Jeżeli, oprócz zerwania łańcuchów dostaw, za inflację odpowiada wzrost cen paliw i energii elektrycznej, to oczywistym jest, że inflacja będzie bardziej dotkliwa dla biedniejszych państw, których mieszkańcy większy % swoich dochodów przeznaczają na zakup paliw i energii elektrycznej. Opierając się na tabelce przygotowanej przez Konfederację:

    https://konfederacja.com.pl/wp-content/uploads/2021/10/POROWNANIE-CEN-PALIWA-W-EUROPIE-DO-SREDNIEJ-KRAJOWEJ-Zaktualizowalem-tabele.jpg

    Widzimy, że Polak za średnią krajową może kupić 54% ilości benzyny Pb95, na którą stać przeciętnego mieszkańca zbioru rozpatrywanych państw (tj. UE, Norwegii, Szwajcarii i Turcji). Analogicznie dla energii elektrycznej. Naprawdę nie potrzeba wymyślać tutaj rzeczy niestworzonych.

    1. (…)jednak samo wpompowanie gotówki w gospodarkę okazało się skutecznym sposobem przeciwdziałania załamaniu rynku i eksplozji bezrobocia. (…)
      A po co się hamować? Przywróćmy PRL to skasujemy bezrobocie do reszty.

    2. To ciekawe… obwiniasz „prywatę” za skutki państwowego interwencjonizmu. „Zerwanie łańcuchów dostaw” nie tyle nastąpiło w wyniku pandemii, co w wyniku lockdownów, a to nie to samo. Można było przewidzieć, że bardzo ograniczona w ten sposób konkurencja będzie mogła stosować różne sztuczki zupełnie bezkarnie.
      „Sięgając do najstarszych przykładów trzeba wspomnieć, że w okresie II WŚ rząd amerykański regulował ceny wszystkiego od stali surowej po mleko! Podobne rzeczy działy się również po wojnie” – naprawdę uważasz, że to był dobry okres dla gospodarki USA?… Można próbować bawić się w regulowanie cen paru artykułów np. wspomnianych leków ratujących życie (a propos – jak silna jest konkurencja mogąca dostarczać te leki na rynek?) – ale nie można robić tego z jako takim dobrym skutkiem w stosunku do wszystkich artykułów zaspakajających podstawowe potrzeby – to są tysiące zależności. Zaręczam, że urzędnicy nie posiadają takiej wiedzy. Wobec tego, kto mógłby to skutecznie robić?..
      1) pandemia, która wywołała spadek produkcji, 2) wzrost cen paliw na świecie i ich ograniczona podaż, 3) wzrost kosztów energii z powodu unijnego systemu opłat za emisję CO2 tzw. ETS – to nie są rzeczywiste przyczyny inflacji – chyba że opierasz się na jej fałszywej definicji. Nie każdy czynnik mogący wywoływać okresowy wzrost cen określonych artykułów jest czynnikiem inflacyjnym. Bez zwiększania ilości środka płatniczego każdy z wymienionych czynników mógłby jedynie okresowo zmienić strukturę popytu na dobra ekonomiczne – nie zaś podnieść ogólny poziom wydatków w państwie. Z prostej przyczyny – ograniczona ilość środka płatniczego nie pozwalałaby na pokrycie wszystkich oczekiwań cenowych zgłaszanych przez dostawców. Oczywiście, że np. wzrost cen paliw może podnieść ceny artykułów podstawowych, ale bez zwiększania podaży pieniądza nastąpiłby proporcjonalny spadek popytu na artykuły wybieralne i specjalne. Oczywiste jest mimo to, że społeczeństwa uboższe także odczułyby to dotkliwiej niż bogatsze. Ale czy dodruk pieniądza niemającego pokrycia w towarach coś by tu zmienił? Jaki pożytek z samego papierka, choćby nazywał się banknotem?
      Inflacja to nie jest wzrost cen – wzrost cen to skutek inflacji! To tak, jakby ktoś twierdził, że wzrost temperatury ciała jest chorobą, a nie jej objawem. To jest owo fałszerstwo pojęć. Inflacja to wzrost podaży pieniądza, któremu nie towarzyszy odpowiednie zapotrzebowanie na pieniądz ze strony rynku. Nie ma inflacji bez zwiększenia tempa podaży środka płatniczego.
      …”komicznym jest utyskiwanie na ceny regulowane, kiedy głosy oburzenia odzywają się z powodu wzrostu nieregulowanych cen… energii i gazu” – naprawdę uważasz, ze ceny energii i gazu nie są regulowane?

      1. (…)a propos – jak silna jest konkurencja mogąca dostarczać te leki na rynek?(…)
        Oczywiście ta sytuacja powstanie bez związku z patentami i zresztą prawa autorskiego…

        (…)Jaki pożytek z samego papierka, choćby nazywał się banknotem?(…)
        Ile są warte kruszce pokazała epoka kolumbijska… gdy rozjechał się stosunek ilości złota do ilości srebra na rynku.

      2. „„Zerwanie łańcuchów dostaw” nie tyle nastąpiło w wyniku pandemii, co w wyniku lockdownów”

        Rzeczywistość nie jest zero-jedynkowa. Przypominam, że inicjatywa prywatna krótkowzrocznie uzależniła nas od importu z Azji, w której sytuacja polityczno-gospodarcza pozostaje poza naszą kontrolą. Nie mamy żadnego wpływu na to, że z takich lub innych przyczyn, pozamykano azjatyckie fabryki i porty morskie. Do tego doszła również m.in. najzwyklejsza spekulacja. Kto jest winnym np. temu, że transport morski i kolejowy postanowił jeszcze bardziej podbić stawki frachtu zabraniem z rynku części kontenerów? Albo temu, że dystrybucja w tym samym celu świadomie nie uelastyczniła podaży wobec zwiększonego popytu po lockdownach? Do szkodliwych działań prywaty dochodzą równie szkodliwe czynniki losowe. Nie będziemy nikogo obwiniać np. za mrozy w Brazylii i tym samym wzrost cen płodów rolnych w obliczu mniejszych plonów w tym kraju.

        „Można było przewidzieć, że bardzo ograniczona w ten sposób konkurencja będzie mogła stosować różne sztuczki zupełnie bezkarnie.”

        To oznacza tylko tyle, że państwo ma w tym temacie zbyt mało do powiedzenia.

        „naprawdę uważasz, że to był dobry okres dla gospodarki USA?”

        Bez tych działań byłby jeszcze gorszy i to jest sedno sprawy.

        „Wobec tego, kto mógłby to skutecznie robić?..”

        Należy zacząć od tła całego problemu. Mianowicie – jedynym celem każdej działalności gospodarczej jest pomnażanie zysków. Wielkość sprzedaży nie stanowi żadnego celu, liczą się tylko i wyłącznie zyski. W sytuacji, gdy z pewnych produktów i usług można zrezygnować albo zastąpić czymś innym, nie stanowi to najmniejszego problemu. Jeżeli jednak zaczyna to dotykać rzeczy absolutnie niezbędnych, pojawiają się kłopoty i tutaj musi wkroczyć państwo. Przyczyną tego stanu rzeczy nie zawsze jest ograniczona konkurencja lub jej brak. Świetny model biznesowy nie musi oznaczać walki o każdego klienta, gdyż czasem wystarczy ograniczyć się do osób z odpowiednio zasobnym portfelem. Dlatego właśnie w różnych miejscach na świecie narzuca się ceny leków, wody, energii, parkowania, czynszów, a ostatnio także podstawowych produktów spożywczych. Takie działania mają na celu niedopuszczenie do sytuacji, w której możliwe jest ograniczenie dostępu do produktów i usług pierwszej potrzeby. I jak pokazuje rzeczywistość – urzędnik jest w stanie określić właściwą cenę. Sprzedający po cenach regulowanych jakoś nie wycofują się z interesu, chociaż nikt ich nie zmusza do kontynuacji działalności…

        „to nie są rzeczywiste przyczyny inflacji ”

        Jak najbardziej są i mówią o tym nawet analitycy banków 🙂 Wysoki udział wzrostu cen paliw i energii to są te czynniki średniej ważonej, które istotnie zawyżają inflację.

        „Z prostej przyczyny – ograniczona ilość środka płatniczego nie pozwalałaby na pokrycie wszystkich oczekiwań cenowych zgłaszanych przez dostawców. ”

        Podam najbardziej trywialny i czytelny przykład. Jeżeli po powodzi w Bogatyni w 2010 roku cena bochenka chleba wzrosła do 20 złotych, to absolutnie nie wynikało to z nadmiaru gotówki w portfelach Bogatynian, lecz zniszczenia środków produkcji i dystrybucji, a więc inflacja ta miała charakter podażowy. Obecna inflacja również ma charakter podażowy, a zatem „zwalczanie” jej podnoszeniem stóp, podwyżką podatków czy ukochanym przez PO/KO przypływem bezrobocia przynosi efekty przeciwne do zamierzonych.

        „naprawdę uważasz, ze ceny energii i gazu nie są regulowane?”

        Ceny na TGE są regulowane? Naprawdę?

  2. Czyż nie jest tak, ogólnie biorąc w wielu krajach, że media (ich przekaz) coraz szybciej oddalają się od rzeczywistości, podobnie jak ilość kreowanego pieniądza oddala się od potrzeb i możliwości gospodarek?

  3. fajno
    ALE
    CHUTZPAH w żydowskiej tradycji ma konotację pozytywną
    podczas gdy
    HUCPA w tradycji polińskiej – ma konotację negatywną
    a piszę to dlatego>bo identyczny problem inflacji mają Jankesi – i u nich oficjalna narracja>transistory inflation
    i mechanizm kreowania inflacji tu i tam jest IDENTYCZY
    bo od obalenie komuny-odzyskania niepodległości-
    w 1989 jesteśmy w amerykańskiej strefie okupacyjnej>WorldBank-International Monetary Fund+OECD
    czyli mamy ekonomię idioty (koszty dam tanio) wersja:
    FIRE-finance-insurence-real estate (i nie ma produkcji>bo offshoring-low cost countries) etc, etc
    'Technicznie’ z inflacją poradził sobie zarówno Paul Volcker >.https://en.wikipedia.org/wiki/Paul_Volcker który jako szef FEDu zastał inflację w USA na poziomie 14,8% w marcu 1980 i zdusił ją do poziomu 3% w roku 1983 podnosząc stopy procentowe 'prime rate’ do wysokości 21,5% w 1981 a federal funds rate (na tyle pożyczano rządowi USA)>do poziomu 20% w 1981
    a co doprowadziło do recesji w latach 1980-82 (bezrobocie 10%)
    i proszę zwrócić uwagę>tą samą scieżkę zaliczył Balcerowicz w latach 1989-1990>podniósł stopy procentowe PL tak znacznie i ci co mieli kredyty >poszli z torbami ale to było „mało’>zrobił tzw. 'denominację złotego’ (1 nowy pln za 10 000 'starych’ pln)>i wszyscy to łykali>
    bo 'obalilśmy komunę’ + 'odzyskaliśmy niepodległość’>KAPITALIZM
    i generalnie społeczeństwa ubożeją podczas gdy rządy ZADŁUŻAJĄ się i dzisiaj suma całego długu (wliczając tzw. pochodne) to poziom KWADRYLIONÓW usd (w 2019>>’estimated two quadrillion of derivatives and debt in the global financial system [in USD]>
    .https://www.zerohedge.com/markets/world-cannot-be-saved-von-greyerz-warns-global-financial-system-broken-bankrupt
    i dług ten jest NIESPŁACALNY i wg klasycznej zasady
    FOLLOW money
    beneficjentem są wielkie BANK prywatne
    i wszystko to jest z błogosławieństwem WB-IMF-OECD
    Ale trzeba też dodać, że jedynie Rosja: za Jelcyna wpadła w identyczną pułapkę IMF z której wydobył ją Putin z sukcesem czego mu tzw. 'zachód’ nie może wybaczyć i cały czas 'próbuje’
    oraz CHRL, które całkiem niedawno zaczęły robić 'porządek’ u siebie
    ale proszę zwrócić uwagę:
    na to trzeba władz kompetentnych i MAJĄCYCH zaufanie swoich społeczeństw.
    Złośliwie odnosząc się do przypadku Polin> w 1902 Lenin napisał książeczkę 'co robić’>>https://pl.wikipedia.org/wiki/Co_robi%C4%87%3F
    to może by ktoś w Polin ad2022>ktoś napisał 'CO ROBIĆ w POLIN’
    bo okazuje się, że realizując agendę WEF>Great Reset – u nasz to się nazywa „Polski Ład’ to te nasze mędrcy aż muszą 'wsparcia’ PriceWatefhouseCoopers >https://www.pwc.com/gx/en
    jakby mało w Polin JP Morgan (na zaproszenie Moravera i nawet dostali 20 baniek) oraz Blackrock Lary Finka a o Sorosu nie wspomnę.

  4. O! Jakiś normalny tekst na „Konserwatyzm prl”. I mimo, że Autor nurza się w „odmętach libertarianizmu”, to ta „forma zsekularyzowanego kalwinizmu” ujrzała światło dzienne na portalu. Panie Profesorze Wielomski! Jest Pan wielki, mimo wszystko…

      1. Nic dobrego z tego pluralizmu nie wynika – zwłaszcza, gdy prezentowane opinie są przeciwstawne. Człowiek dostaje obłędu. Jest opcja chińska, jest rosyjska, bywa i anglosaska. Dawniej bywały zachwyty nad PiS, później PO, obecnie chyba znów widać lekki zwrot w kierunku PiS-u.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.