Aborcja – temat zastępczy

Powracający co pewien czas spór wokół kwestii zapewnienia pełnej prawnej ochrony życia poczętego kwitowany jest często przez zwolenników dzieciobójstwa jako odwoływanie się przez prawicę do pokrywających jej faktyczną bezprogramowość „tematów zastępczych”. W niektórych przypadkach, stwierdzenie to wydaje się być prawdą w sensie jak najbardziej dosłownym. Dotyczy to wszystkich tych inicjatyw o których wiadomo, że zmiany ustawodawcze mające ograniczyć możliwość zabijania nienarodzonych nie mają szansy bycia przyjętymi ze względu na rozkład sił politycznych w sejmie, w związku z czym, postulaty ich wprowadzenia podnoszone są jedynie w celu zwiększenia poparcia danego ugrupowania lub danego posła wśród przeciwników aborcji. Większość antyaborcyjnych wypowiedzi i inicjatyw ustawodawczych PiS miała taki właśnie charakter.

Problem jest jednak bardziej złożony. Zdania na temat wysiłków na rzecz zniesienia dotychczas istniejących w prawodawstwie luk które otwierają drogę do pozbawiania życia dzieci poczętych są bowiem podzielone. Niektórzy komentatorzy prawicowi, osobiście będąc zwolennikami pełnej ochrony życia poczętego, wypowiadają się przeciwko podejmowaniu prób zmiany istniejących przepisów w kierunku zapewnienia prawnych instrumentów takiej ochrony. Argumentują to obawą, że w przypadku przegłosowania tego rodzaju uregulowań, zaktywizują się zwolennicy aborcji, którzy mając dogodniejszą dziś sytuację dla rozwijania swojej propagandy, doprowadzą do zwycięstwa w kolejnych wyborach parlamentarnych formacji, która ograniczy ochronę życia dzieci nienarodzonych w stopniu nawet większym, niż ograniczają ją obecnie obowiązujące przepisy. Przez środowiska „obrońców życia” podobne wywody kwitowane są na ogół pogardliwymi prychnięciami o „tchórzostwie”.Wydaje się jednak, że emocje przyćmiewają w tym przypadku rozum polityczny.

„Teoria wahadła” wynika wprost z ustrojowej istoty demokracji liberalnej. Pierwiastek liberalny implikuje, że władza powinna mieć charakter alternacyjny. Opozycja co pewien czas powinna stawać się ekipą rządzącą, by zachowany został pluralistyczny i poliarchiczny charakter systemu. Liberalizm oznacza również wolność słowa i ograniczenie prawa do głoszenia poglądów jedynie zasadą ochrony wolności, własności i życia innych ludzi. Na gruncie tej zasady nie da się jednak konsekwentnie bronić życia nienarodzonych, ponieważ przedmiotem sporu w zorganizowanych na sposób liberalny wspólnotach politycznych stają się również koncepcje natury ludzkiej (a także pozostałych dwóch członów liberalnej triady – mianowicie wolności i własności). Ze względu na treść ideologii liberalnej, w ufundowanej na założeniach tej ideologii wspólnocie politycznej nie można przyjąć jako obowiązującej jednej koncepcji filozoficzno-antropologicznej gdyż naruszałoby to swobodę krytyki, dyskusji i wolność słowa oraz myśli. Skoro zaś brak jest stabilnego filozoficznego fundamentu w postaci uznanej za obowiązującą koncepcji człowieczeństwa, nie jest możliwe wyprowadzanie nie podlegających relatywizowaniu wniosków etycznych wedle wytycznych których miano by formułować przepisy prawa.

W liberalnej demokracji, władza jest ponadto wyłaniana w drodze wyborów powszechnych przeprowadzanych w warunkach swobody wypowiedzi i swobody innego rodzaju działalności politycznej. Do władzy może zatem dojść ktokolwiek, w tym również zwolennicy legalizacji dzieciobójstwa. Skoro już tacy pojawią się i zorganizują w partię polityczną lub choćby w grupę nacisku, to powinni nawet prędzej czy później uzyskać mniejszy bądź większy wpływ na decyzje polityczne, gdyż trwałe ich marginalizowanie i lekceważenie ich głosu byłoby sprzeczne z liberalną zasadą udziału opozycji w kształtowaniu spraw państwowych. Prognozy formułowane przez zwolenników „teorii wahadła” są zatem solidnie umocowane w zrozumieniu przez nich zasad funkcjonowania państwa o ustroju liberalno-demokratycznym. Nie twierdzę oczywiście że wśród polityków nie ma takich, którzy odwołują się do tej teorii na sposób cyniczny, usprawiedliwiając nią własne asekuranctwo lub maskując faktyczne uleganie proaborcyjnym grupom nacisku. Nie tylko jednak czynni politycy dochodzą do tego rodzaju wniosków, a nawet i wśród czynnych polityków są przecież także tacy, którzy są całkiem szczerze zatroskani losem dzieci nienarodzonych, zdają sobie jednak przy tym sprawę z mechanizmów politycznych jakim w liberalnej demokracji podlegają decyzje zapadające w tym obszarze.

Czy zatem w ramach demoliberalizmu da się wprowadzić regulacje chroniące w dłuższym czasie życie nienarodzonych? Odpowiedź brzmi: nie! Na świecie jest oczywiście grupa państw demoliberalnych (np. Salwador, Chile, Malta), gdzie pomimo demoliberalnego ustroju obowiązują przepisy w pełni chroniące życie poczęte. Przyczyną tego może być miejscowa kultura, religia, dotychczasowy dorobek historyczny danej wspólnoty itd. Wszystkie te państwa są jednak na ogół dość świeżej daty demokracjami. Są to państwa Ameryki Łacińskiej lub państwa jeszcze kilkadziesiąt lat temu będące koloniami. Innymi słowy, kraje w których liberalna i parlamentarna kultura polityczna jest stosunkowo płytka i słabo zakorzeniona. Jeśli w następnych latach ulegnie ona ugruntowaniu, to stanie się to kosztem tradycji, religii i dziedzictwa przedliberalnego, w nowych warunkach degradowanego z roli ideologii konstytuującej tożsamość kulturową wspólnoty, do roli jednego z towarów oferowanych na pluralistycznym i zdecentralizowanym rynku idei. Pamiętajmy, że przed drugą wojną światową, gdy demokratyczna i liberalna kultura polityczna była w Europie dużo słabsza, również ochrona życia poczętego była pełniejsza, gdyż dominujący wpływ wywierały jeszcze rozmaite tradycje nieliberalne. Wraz jednak z wyeliminowaniem tych reliktów świata nieliberalnego po drugiej wojnie światowej, stało się jedynie kwestią czasu by dzieciobójstwo zostało w Europie w pełni zalegalizowane.

Żeby na powrót je zdelegalizować, należy po prostu znieść możliwość działania i głoszenia swoich poglądów przez zwolenników aborcji. Musi to być zrobione odgórnie i przy pomocy aparatu państwowego. Terroryzm skierowany przeciwko lekarzom trudniącym się spędzaniem płodów jest przeciwskuteczny, ponieważ w odrzucającym przemoc społeczeństwie wychowanym w ideologii humanitaryzmu i liberalizmu rodzi odruch współczucia wobec atakowanych i pośrednio zwiększa uznanie dla ich działań. Oddolne ruchy społeczne formułą aktywności wpisują się w logikę demoliberalizmu, ich postulaty jednak w logice tej się nie mieszczą, chce się tu bowiem zakazywać czegoś innym ludziom. Liberałowie uroszczenia takie mogą łatwo zbić, relatywizując antropologiczne i etyczne koncepcje „obrońców życia”, następnie zaś wywodząc, że wobec relatywności tych koncepcji, ich zwolennicy nie mają prawa narzucać wypływających z nich nakazów etycznych ludziom koncepcji tych nie podzielającym.

Postulat zapewnienia skutecznej prawnej ochrony życia poczętego staje się zatem nieuchronnie polemiczny wobec liberalnej demokracji i należącego do jej istoty relatywizmu. „Obrońcy życia” nie chcą tego przyznać, gdyż, jak napisałem wcześniej, działając w formule liberalno-demokratycznej, w sposób właściwy wszystkim demoliberalnym grupom interesu, zabiegają o jak najszersze poparcie społeczne i dobry wizerunek. Unikają zatem wypowiedzi mogących być uznanymi za kontrowersyjne, dać pretekst do ataku dziennikarzom i skompromitować politycznie ich autorów. Dla demoliberalnej prawicy, stosunkowo najmniej, obok ekonomii, kontrowersyjna spośród elementów tradycyjnej doktryny prawicowej jest aborcja, która staje się rzeczywiście „tematem zastępczym”, mającym pokryć faktyczną bezprogramowość prawicy w mających prymarne znaczenie kwestiach polityczno-ustrojowych. Demoliberalna prawica nie ma już dziś odwagi być prawicą, podobnie jak środowiska katolickie nie mają odwagi wysuwania postulatów ustrojowych wywiedzionych z tradycyjnej katolickiej teologii politycznej, zatem środowiska obydwu tych kategorii znajdują sobie „temat zastępczy” w postaci aborcji, o który następnie prowadzą pozorne, bowiem toczone na warunkach określonych przez demoliberałów, „wojny kulturowe”. Decydując się jednak grać na warunkach przeciwnika, środowiska te skazują się na nieuchronną klęskę. W żadnym kraju o ugruntowanej tradycji liberalno-demokratycznej ruchy „obrońców życia” nie osiągnęły dotychczas deklarowanego celu, to jest definitywnego zabezpieczenia życia nienarodzonych. Blisko pięćdziesiąt lat „wojen kulturowych” prowadzonych z Nową Lewicą o ochronę życia poczętego nie przyniosło więc żadnych rezultatów. Tej wojny po prostu nie da się na takich warunkach wygrać.

Niekiedy słyszy się w tym kontekście zastrzeżenia, że „nie można przecież czekać na lesze czasy, ale trzeba działać w istniejących aktualnie warunkach, takimi instrumentami, jakie pozostają w naszej dyspozycji”. Z tak ogólnym stwierdzeniem nie sposób się nie zgodzić. Działać oczywiście należy, ale działać należy rozumnie. Działać rozumnie, znaczy również prawidłowo obierać cele. Powinny one być z jednej strony możliwe do osiągnięcia, z drugiej zaś strategicznie ważne, to jest ich osiągnięcie powinno mieć jak największe znaczenie dla rozstrzygnięcia na naszą korzyść całego konfliktu. Szczególnie o tym drugim warunku zapominają „obrońcy życia” i obrońcy obecnych działań „obrońców życia”. Wskazując na cele mało istotne, twierdzą oni, że są to jedyne cele możliwe dziś do osiągnięcia. W ten właśnie sposób uzasadniają ograniczenie swoich postulatów do przegłosowania ustawy znoszącej obecne luki w prawnej ochronie życia. Jak już jednak wcześniej wspomniałem i o czym przypominają też powołujący się na „teorię wahadła”, wprowadzenie takich uzupełnień może stać się pretekstem do zniesienia jakichkolwiek prawnych instrumentów ochrony życia poczętego przez wyłonioną przez przeciwną partię w kolejnej kadencji większość parlamentarną. To samo dotyczy zresztą ewentualnych zabezpieczeń o randze konstytucyjnej. Zmiany takie niewiele zatem znaczą i do niczego naprawdę istotnego nie prowadzą.

„Obrońcy życia” zdać sobie muszą sprawę, że ich program pełnej ochrony życia poczętego możliwy jest do zrealizowania tylko w warunkach zastąpienia demokracji liberalnej przez państwo monokratyczne i monoideowe, którego ideologią panującą w przypadku Europy musi być chrześcijaństwo. Zmiana paradygmatu ideowego i ustrojowego jest celem, którego osiągnięcie jest kluczowe dla zabezpieczenia pełnej ochrony życia poczętego. Jest również jedynym celem możliwym, ponieważ wypracowanie podobnych zabezpieczeń o trwałym charakterze w ramach parlamentarnej demokracji nie da się przeprowadzić z powodu samego charakteru liberalnej demokracji., gdzie ustawy może zmieniać każda z kolejno następujących po sobie w czteroletnich odstępach ekip rządzących. Gdyby „obrońcy życia” uznali liberalną demokrację za element „cywilizacji śmierci” (którym zresztą de facto jest), wówczas to oni wystąpiliby jako podmiot moralnie delegitymizujący swoich politycznych przeciwników, miast sami znajdować się na cenzurowanym z powodu głoszenia poglądów sprzecznych z demokratycznym liberalizmem, z którego rangą jako ideowego aksjomatu i fundamentu równocześnie jednak się godzą, zapędzając się w ten sposób do politycznego narożnika.

Zadanie może wydaje się trudne, ale podjęcie się go jest konieczne. Jeśli „obrońcom życia” rzeczywiście zależy na zapewnieniu jego trwałej ochrony, muszą stać się antydemokratami i otwarcie zakwestionować ustrój liberalno-demokratyczny wraz z należącym do jego istoty relatywizmem. Wielka mogłaby w tym być rola kościołów chrześcijańskich, które zgodnie powinny potępić liberalizm i demokratyczny parlamentaryzm jako wytwory „cywilizacji śmierci”, podobnie jak wcześniej Kościół katolicki potępił komunizm i zabronił katolikom współpracy z komunistami. Kościół katolicki powinien odwrócić myśl papieża Leona XIII (1878-1903) sugerującego w 1892 r. katolikom francuskim „dołączenie do republiki”. Papież powinien wezwać wiernych Kościoła katolickiego i wszystkich innych chrześcijan do odrzucenia demokracji i liberalizmu z powodu ich relatywistycznej natury i niemożności zabezpieczenia w ich ramach fundamentalnych praw naturalnych,oraz do podjęcia starań na rzecz zniesienia tego ustroju. Liberalizm, demokracja, parlamentaryzm, partie polityczne i wolność słowa to podstępna dywersja Szatana pragnącego zniszczyć świat chrześcijański i papież powinien w imieniu zaatakowanego chrześcijaństwa wypowiedzieć im bezwzględną wojnę. Liberalizm i demokracja należą do cywilizacji śmierci, więc ich dzieje powinna zakończyć polityczna śmierć tych koncepcji.

Dopóki „obrońcy życia” nie określą się jednoznacznie, że stoją po stronie życia nienarodzonych a nie po stronie liberalizmu i demokratycznego parlamentaryzmu, dopóty nie będą prawdziwymi obrońcami życia nienarodzonych. Działania ich bowiem nie będą prowadziły do prawdziwej i pełnej prawnej ochrony życia poczętego. Wybór jest tu bardzo prosty: albo jest się za życiem, albo jest się za demokracją i liberalizmem. Tak jak nie można być jednocześnie za aborcją i przeciw aborcji, tak nie można być równocześnie przeciw aborcji i za demokracją. Demoliberalizm i przyzwolenie na aborcję to to samo. Gdy popiera się demokrację i liberalizm, popiera się też zabijanie dzieci nienarodzonych.

Rozstrzygające dla określenia faktycznie panującego w danej wspólnocie ładu moralnego są zapadające na szczeblu władz tej wspólnoty decyzje polityczne. Nie można decydować o ładzie moralnym wspólnoty, nie podejmując rozstrzygnięć politycznych i dotyczących sfery politycznej. Moralność poprzedza politykę, ale to polityka decyduje, czy ład zbiorowy będzie ładem zbudowanym zgodnie z zasadami moralności. Chcąc decydować o ładzie moralnym, nie da się więc uciec od polityczności. „Obrońcy życia” także od niej nie uciekną, jeżeli rzeczywiście chcą decydować o ładzie moralnym w państwie. Dlatego prawica, zamiast szukać w „walce z aborcją” i w toczonych głównie wokół aborcji „wojnach kulturowych” tematu zastępczego pokrywającego jej faktyczną kapitulację programową, powinna zwrócić swoje zainteresowania na powrót ku sferze politycznej, gdyż jeśli coś rzeczywiście zmieni na lepsze sytuację w zakresie ochrony życia poczętego, to tylko fundamentalne przewartościowania polityczne w sferze ustroju i ideowego fundamentu państwa.

Ronald Lasecki 

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Aborcja – temat zastępczy”

  1. “…Gdyby „obrońcy życia” uznali liberalną demokrację za element „cywilizacji śmierci” (którym zresztą de facto jest), wówczas to oni wystąpiliby jako podmiot moralnie delegitymizujący swoich politycznych przeciwników, miast sami znajdować się na cenzurowanym z powodu głoszenia poglądów sprzecznych z demokratycznym liberalizmem, z którego rangą jako ideowego aksjomatu i fundamentu równocześnie jednak się godzą, zapędzając się w ten sposób do politycznego narożnika. …” – pełna zgoda. “…Dopóki „obrońcy życia” nie określą się jednoznacznie, że stoją po stronie życia nienarodzonych a nie po stronie liberalizmu i demokratycznego parlamentaryzmu, dopóty nie będą prawdziwymi obrońcami życia nienarodzonych. …” – pełna zoda. Moim zdaniem, nie sposób wyobrazić sobie “rozwinietej liberalnej demokraji” bez aborcji, pedlstwa, feminizmu i eutanazji. Dlatego postulaty UE, propagującej przecież “liberalną demokrację”, a dotyczące liberalizacji prawa antyaborcyjnego, uznania pedalstwa , feminizmu i eutanazji są “wenętrznie spójne”. Dlatego kazdy zwolennik demokracji liberalnej jest, de facto, zwolennikiem zabijania nienarodzonych i staruszków, zwolennikiem pedalskich “slubów” i feministycznego rozpasania.

  2. Generalnie autor nie ma pojęcia o czym mówi. Z główną myślą nie chce mi się polemizować, ale ubawiłem się setnie tym: “Większość antyaborcyjnych wypowiedzi i inicjatyw ustawodawczych PiS miała taki właśnie charakter”. Czy autor mógłby wskazać choć jeden nr druku sejmowego z projektem dotyczącym ochrony życia złożonym przez PiS?

  3. Też się trochę uśmiałem. Przede wszystkim już sam tytuł daje do myślenia o reszcie… aborcja nie jest i nie może być dla nas tematem zastępczym. Tak samo, jak każda inna forma mordowania drugiego człowieka.

  4. Zgadzam się z tym artykułem – w demokracji liberalnej nie sposób zagwarantować, że rozwiązania prawne będą zgodne z moralnością. Ale teza o relatywizmie wpisanym w demokrację liberalną wymaga komentarza. Otóż wydaje mi się, że rzekomi relatywiści są w istocie absolutystami moralnymi. Udają oni, że zajmują stanowisko metaprzedmiotowe – że nie należy faworyzować żadnego sposobu życia, ani żadnego pojmowania natury ludzkiej – podczas gdy narzucają swoją własną moralność. Żeby się o tym przekonać, wystarczy zakwestionować któryś ze współczesnych dogmatów, na przykład ten, że żadna rola społeczna nie może być dana z góry (dajmy na to, z uwagi na płeć), aby wywołać oburzenie. Wydaje mi się, że nie ma relatywistów, są tylko strategie relatywizujące.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *