Agentury obce

(…)

Polityka jest sztuką kierowania uczuciami i emocjami, tak jak inżynieria jest sztuką kierowania żywiołem. Puszczenie narodu, by szedł drogą swoich emocji i odruchów nie jest polityką, lecz brakiem i zaprzeczeniem polityki. Przykładanie ręki do tego, aby polskie uczucia, odruchy i polska nieszczęśliwa sytuacja były wykorzystywane w cudzym wyłącznie interesie politycznym, również za polską politykę uważana być nie może. Zgódźmy się, że w ciągu tej wojny polityka polska nie istniała. Istniała w Londynie agentura angielska – państwa, dla którego losy Polski były zawsze, tradycyjnie gruntownie obojętne, które w sprawach Polski nie jest zaangażowane żadnym bardziej stałym czy poważniejszym interesem politycznym, a które w 1939 roku pchnęło nas do wojny z Niemcami, które było dość bogate, aby w czasie wojny poświęcić kilka groszy na utrzymywanie w Polsce stałej dywersji. Istniała w Polsce ekspozytura rządu londyńskiego, złożona z patriotów czystego serca, poczciwców, ludzi przeważnie znanych nam sprzed wojny z inteligencji miernej, którzy wierzyli, że Anglia jest tak silna i tak kocha Polaków, że rozkaże Rosjanom, aby nam oddali Ojczyznę wolną i całą. Istniało bohaterstwo polskie, istniały dzieci polskie, które na śmierć szły bez chwili jakiegokolwiek wahania. Istniała wreszcie w Moskwie druga konkurencyjna agentura rosyjska – państwa, którego głównym celem narodowym od wieków jest przekreślenie polskiej niepodległości politycznej. Dodajmy do tego, że Niemcy zachowywali się na terenie Polski, po swoim nad nami zwycięstwie we wrześniu 1939 roku, jak głupie, nikczemne i krwawe bestie. Niemcy ujawniali wyraźnie, że celem ich jest zniszczenie biologiczne narodu polskiego. Emocje i odruchy działały oczywiście w kierunku walki, zemsty, odwetu natychmiastowego i bezpośredniego. Ale zarówno strategia, jak polityka są sztukami podporządkowania takich odruchów jakiemuś planowi działania, który by nie powiększał naszej klęski, a przeciwnie – umożliwił nam dalsze życie i powrót niepodległości. „Indywidualne akty terroru”, jak to słusznie pisze dr Litauer, potrzebne były wojskowym władzom brytyjskim, ale jednak władze angielskie nie zachęcały własnych obywateli na wyspach w Kanale do ich dokonywania, również przez Niemców okupowanych, bo wiedziały, że takie indywidualne akty terroru w bilansie ogólnym więcej narodowi szkody niż zysku przynoszą. A przecież w stosunku do obywateli angielskich Niemcy nigdy nie zastosowywaliby tych metod represyjnych, które w stosunku do nas stosowali swobodnie. Na nasze akty terroru nakazane i wsparte przez Londyn Niemcy odpowiadały bezprzykładnym terrorem masowym. Rachunek strat i zysków w tej wojnie Polski podziemnej z okupacją niemiecką był oczywiście dla nas potwornie klęskowy.

Dziś Polacy już jednogłośnie się zgodzili, że wywołanie powstania Warszawy było katastrofą narodową klasy pierwszej. Dziś każdy rozumie, że gdyby nasza stolica nie była bezcelowo zburzona i spalona, a jej mieszkańcy nie byli rozproszeni po całym świecie, mielibyśmy więcej możności działania w interesie przedłużania życia Polski i narodu polskiego. Ale przecież to powstanie warszawskie było tylko najjaskrawszym wyrazem całego systemu. Pomiędzy powstaniem warszawskim, a walkami poprzednimi są tylko różnice ilościowe, nie ma jakościowych, wciąż od samego początku panował u nas system nieproduktywnego marnotrawienia sił narodowych zamiast ich gromadzenia i oszczędzania. Podczas tej wojny wszystkie państwa i wszystkie narody, za jedynym wyjątkiem nas Polaków, starały się jak najpóźniej wstąpić do tej wojny, wszystkie ociągały się z użyciem swych sił narodowych, starały się je użyć w chwili możliwie bliskiej finiszu wojny. Wszystkie działały na podstawie planu politycznego. A cóż my? Rzuciliśmy nasze 33 dywizje we wrześniu 1939 roku do wojny z Niemcami, wtedy gdy przewidujący, oszczędny Stalin zawarł z Niemcami porozumienie wygrywając na czysto dwa lata wojny; myśmy się śpieszyli wskoczyć do wojny jak najprędzej, jakby się bojąc, że nas do niej nie zaproszą. Straciliśmy wszystkie samodzielne siły wojskowe, poszliśmy żebrać za granicę, sprzedawać krew naszych bezbronnych dzieci i pisywać memoriały redagowane przez Retingerów i Litauerów. W kraju pozostały resztki naszych sił w postaci olbrzymiego, niezrównanego, niemającego podobnego sobie na świecie patriotyzmu Polaków i nienawiści do okupanta. Były to siły, które mogliśmy użyć albo w interesie własnym, albo obcym. Użyliśmy je w interesie obcym. Rzuciliśmy je w bój w najgorszych warunkach, użyliśmy je w sposób, które nie można nazwać wojną, a trzeba nazwać aktem narodowego samobójstwa.

Pan Litauer pisze z irytacją o moich broszurach, w których – jak pisze – ogłaszałem wykradzione dokumenty dyplomatyczne. Między wierszami tego, co p. Littauer pisze, znać jego zdziwienie, że Anglicy tolerowali moje broszury demaskujące ich linię polityczną, mogąc łatwo zakazać ich druku a mnie samego zamknąć. Irytacja p. Litauera nie jest słuszna. Doświadczenie polityczne angielskie jest większe a postępowanie mniej nerwowe niż zapalczywość agentów sowieckich. Spełniałem swój dziennikarski obowiązek jak umiałem, ale broszury moje, fakty które ogłaszałem, przestrogi, które wypowiadałem, tragiczne przewidywania, które się później sprawdziły w 100%, najmniejszego wpływu na politykę Polaków nie miały i Anglicy najsłuszniej je lekceważyli, nie wywołując niepotrzebnego hałasu i zamieszania. Polacy zrzucani byli z aeroplanów angielskich do kraju, lecz wieźli z sobą broń i pieniądze i środki wybuchowe, a nie polityczne wiadomości o istotnym stanie rzeczy i o tym co nas czeka. Moje broszury do kraju wywożone nie były. Zresztą bestialstwo niemieckie uniemożliwiało tam w Polsce jakiekolwiek rozsądne rozumowanie, od Polaka w okupowanej Polsce nie można było wymagać trafnego sądu politycznego. Ciężar odpowiedzialności spoczywał tu, na nas, na emigracji. Rzucałem tej emigracji w twarz tyle razy wyraz „Schweigegeld”. Pieniądze brane za milczenie. Braliście pieniądze od Anglików i przesyłaliście do kraju fałszywe wiadomości o istotnym stanie rzeczy.

Przyjeżdżają tu, do Anglii, ludzie z powstania warszawskiego, z walk podziemnych, z więzień niemieckich – pokaleczeni, wymęczeni, wydarci z nerwów, z błyskami triumfu w umęczonych oczach z własnego i swego narodu odwagi i bohaterstwa. Czy mam im powiedzieć, prócz wyrazów czci, podziwu, współczucia i miłości, że bohaterstwo jest jak ogień – przynieść może szkodę lub korzyść zależnie od tego, kto stał z tyłu za tymi aktami bohaterstwa i kto nimi kierował, i że podczas tej wojny ani rząd polski w Londynie, ani kierownictwo czteropartyjne w kraju nie wykazało rozumu politycznego?

Stanisław Cat-Mackiewicz

Jest to fragment książki “Lady Makbet myje ręce. Broszury emigracyjne 1944-1946”: http://www.universitas.com.pl/ksiazka/Lady_Makbet_myje_rece__Broszury_emigracyjne_1944_1946_3284.html

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *