Bartyzel: „Nie-polityczna teologia” Erika Petersona

Erik Peterson (1890-1960), teolog zrazu ewangelicki, lecz w grudniu 1930 r. konwertujący na katolicyzm – czego ceną było zakończenie kariery akademickiej – przez długi czas rozpoznawany był raczej tylko jako nieubłagany oponent swojego eks-przyjaciela Carla Schmitta (1888-1985), osądzający surowo jego oportunizm wobec reżimu narodowosocjalistycznego, a nie bez związku z tym faktem również jako ten, który dokonał bezwzględnej refutacji, przywróconego nauce akademickiej właśnie przez Schmitta, pojęcia teologia polityczna. I chociaż nazwiska obu uczonych pozostaną już zapewne po wsze czasy złączone ze sobą we wrogim uścisku, jak – gdzie indziej – Filmera i Locke’a, toteż i w poniższym przedłożeniu wątek ich sporu będzie musiał zająć poczesne miejsce, to jednak należy pamiętać, że byłoby niezwykle krzywdzące wspominać Petersona jedynie jako tego, który zaatakował Schmitta, a ten odpowiedział mu (co też jest ewenementem) dopiero po 35 latach i po jego śmierci, albowiem Peterson był myślicielem ważnym samoistnie, oryginalnym i głębokim, zwłaszcza jako niezrównany egzegeta tekstów biblijnych i literatury wczesnochrześcijańskiej. Należy jeszcze nasamprzód podkreślić, że – paradoksalnie – chociaż Peterson odrzucał pojęcie teologii politycznej, to jednak nolens volens jego rozważania mieszczą się jak najbardziej w obszarze tej dyscypliny i pomimo kontrowersyjności podejścia stanowią cenny wkład w jej rozwój, z tym tylko zastrzeżeniem, że nie chodzi tu o intencjonalnie uprawiany jakiś swoisty dział teologii, lecz jako wnikanie w teologiczny wymiar polityczności.

W punkcie wyjścia naszych roztrząsań musimy uwzględnić centralną figurę myślową Erika Petersona, którą jest „zastrzeżenie eschatologiczne” (eschatologische Vorbehalt). Znaczy to, że każda rzecz tego świata jest już zastrzeżona eschatologicznie, czyli stoi pod znakiem końca (eschaton) wszystkich rzeczy. Eschaton „wdziera się” w każdą rzeczywistość. Z doświadczenia wszystkich rzeczy tego świata jako „eschatologicznie zastrzeżonych” wynika postawa chrześcijańskiego dystansu, w tym dystansu wobec świata polityki i kultury”. Chrześcijanin wraz z chrztem przechodzi „ze statusu starego eonu do statusu nowego eonu”. Wśród obywateli państwa chrześcijanie mają zatem w pewnym sensie podwójny status i dlatego w ostatecznym, absolutnym sensie nie można ich już jednoznacznie zdefiniować politycznie. Wraz z chrześcijaństwem w gruncie rzeczy „polityczność została zniszczona jako coś absolutnego w obrębie porządku naturalnego i historycznego”, toteż jako chrześcijanie możemy stanąć wobec sfery politycznej „z pewną obojętnością”. Stary świat jest godzien pewnej uwagi wyłącznie z eschatologicznego punktu widzenia, jako „świat w określonym stanie” politycznej antytezy „jednego eonu względem innego eonu”.

Chrystus jako król i cesarz (rex et imperator)

W ujęciu Petersona przyjście Chrystusa na świat rozrywa całkowicie nowożytną koncepcję czasu jako niezróżnicowanej jakościowo nieprzerwanej linearności, przywracając biblijne rozumienie czasu, który dzieli się na eony. „Pojawienie się Jezusa jako ostatniego posłańca Bożego stanowi koniec sekwencji eonów, które w rozdziale 7. Księgi Daniela wyłoniły się z oceanu świata jednocześnie z dzikimi bestiami, z którymi były powiązane. Nastaje ostatni, pozaczasowy i wieczny eon Syna Człowieczego, Królestwo Boże”. Z odpowiedzi danej przez Chrystusa Piłatowi (J 18,37) wynika wprawdzie, że jest On królem, nie zaś cesarzem nadchodzącego eonu, jednak z uzupełnienia dodanego przezeń: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”, Peterson wyciąga wniosek, „że objawi się On także jako cesarz w walce; tej walce, którą aniołowie toczą przeciw złym duchom, a apostołowie i męczennicy przeciwko potęgom tej ziemi. W świecie z konieczności wyzutym z wszystkiego, co ongiś było w nim  instytucjonalne, gdzie Żydzi nie mają króla, a poganie mają tylko Cezara, król przyszłego świata musi w walce o przyszły eon przybrać także coś z cesarza. Gdyby Królestwo Boże było czymś czysto nadprzyrodzonym – to oczywiście nie mogłoby się to zdarzyć; ale skoro Królestwo Niebieskie «cierpi przemoc», i skoro apostołowie i męczennicy wraz z królewskim Arcykapłanem składają kapłańskie ofiary, aby po królewsku sprawować władzę, to może się tak zdarzyć, że eschatologiczne objawienie Chrystusa niejako uprzednio widziane jest oczami świadków i niebiański Syn Człowieczy postrzegany jest na zasadzie analogii z Cesarzem”. Dlatego właśnie „Kościół, walczący w osobach swoich męczenników, w oczekiwaniu na Króla przyszłego czasu, widzi Chrystusa jako Imperatora, który zwycięży świat, w którym nie ma już króla wśród Żydów i gdzie jest tylko Cezar u pogan”.

Aby przeczytać dalszą część tekstu, kliknij TUTAJ

[Głosów:4    Średnia:4/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *